Tomasz Cyz
Gdzieś pod koniec interesującej debaty o roli religii w życiu społecznym, włoski filozof Giovanni Reale porównał dyskusję o wierze z niewierzącym z rozmową z niewidomym o kolorach, albo z głuchym o muzyce.
Z całą sympatią: a co z Beethovenem? (Tak na pierwszy rzut ucha.) A co z tymi, co stracili słuch i wzrok nie od urodzenia, tylko później, po tym już, jak coś słyszeli i widzieli?
Ta myśl wydała mi się wypowiedziana za szybko, za gwałtownie, niesprawiedliwie. Głuchy Beethoven napisał przecież choćby cudowny kwartet smyczkowy zwany „Wielką fugą”… Może trudno się z nim wtedy dyskutowało (pamiętacie Gary’ego Oldmana z filmu „Immortal Beloved”?), ale jaka muzykę stworzył?
Nie wiemy – do końca – co słyszy osoba nie-słysząca, co widzi osoba nie-widząca. w co wierzy-nie-wierzy nie-wierzący. Nie odzierajmy tego z tajemnicy.
Komentarze (1)
Komentarze zwiń/rozwińhmm...wydaje mi się, że zbyt dosłownie podszedł Pan do komentarza Realego. Jego wypowiedź nie odziera z tajemnicy tego, co czują osoby niesłyszące czy niewidome. Reale ma na myśli tutaj doświadczanie, pojmowanie świata, które w przypadku właśnie takich osób, jest inne, co nie znaczy, że gorsze. Realemu chodzi o kantowskie a posteriori, o nic więcej.