<![CDATA[Dwutygodnik, strona kultury - aktualności]]> http://www.dwutygodnik.com/rss/aktualnosci/ Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000 Zend Framework Zend_Feed pl-pl http://blogs.law.harvard.edu/tech/rss <![CDATA[OSCARY SUCHARY. Komentuje Jakub Socha...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/390.html Niewiele dobrego można również powiedzieć o filmach, za które Sandra Bullock i Jeff Bridges otrzymali swoje Oscary w kategorii najlepsza aktorka pierwszoplanowa i najlepszy aktor pierwszoplanowy. Bullock zagrała w opartym na faktach filmie „The Blind Side” – poczciwej opowieści o republikance z ludzką twarzą, opiekującej się wielkim czarnoskórym chłopcem, który dobrze gra w football amerykański, tylko zasad nie jest w stanie pojąć. Bridges natomiast wystąpił w sztampowej, sztampowo gorzkiej bajce o pieśniarzu country, który podnosi się z dna, z dnia na dzień wyrywa się ze szpon choroby alkoholowej i znów zaczyna pisać swoje głodne kawałki.

Największymi przegranymi tegorocznej gali są oczywiście filmy najlepsze: „Bękarty wojny” Quentina Tarantino (tylko jeden Oscar za drugoplanową rolę Christopha Waltza), o których pisaliśmy już w „Dwutygodniku”, i „The Serious Man” braci Coen, o którym jeszcze na pewno napiszemy, bo to wielka rzecz (slogan reklamujący film powinien krzyczeć: Coenowie kręcą wreszcie własną wersję „Procesu” Kafki). Zwyczajnie szkoda.

Z jednego faktu trzeba się cieszyć – Kathryn Bigelow jest pierwszą kobietą w historii, która wygrała w kategorii najlepszy reżyser. Zważywszy na to, że Oscary są przyznawane od osiemdziesięciu lat, może jednak powinniśmy się raczej smucić?



Pełna lista tegorocznych zwycięzców:

Najlepszy film: „The Hurt Locker. W pułapce wojny”
Najlepszy reżyser: Kathryn Bigelow – „The Hurt Locker. W pułapce wojny”
Najlepszy scenariusz oryginalny: Mark Boal za „The Hurt Locker”
Najlepszy scenariusz adaptowany: Geoffrey Fletcher za „Precious on the Novel 'Push' by Sapphire”
Najlepsza główna rola męska: Jeff Bridges za film „Szalone serce”
Najlepsza drugoplanowa rola męska: Christoph Waltz, za film „Bękarty wojny”
Najlepsza główna rola kobieca: Sandra Bullock, za film „The Blind Side”
Najlepsza drugoplanowa rola kobieca: Mo'Nique za film „Precious”
Najlepsze zdjęcia: „Avatar”
Najlepsza scenografia: „Avatar”
Najlepszy film animowany: „Odlot”
Najlepsze efekty specjalne: „Avatar”
Najlepszy film nieanglojęzyczny: „El secreto de Sus Ojos”
Najlepszy dokument pełnometrażowy: „The Cove”
Najlepszy dokumentalny film krótkometrażowy: „Music by Prudence”
Najlepsze kostiumy: „Młoda Wiktoria”
Najlepsza charakteryzacja: „Star Trek”
Najlepszy montaż: „The Hurt Locker. W pułapce wojny”
Najlepsza muzyka: Michael Giacchino za „Odlot”
Najlepsza piosenka filmowa: „Szalone serce” z filmu „The Weary Kind (Theme from Crazy Heart)”
Najlepszy dźwięk: „The Hurt Locker. W pułapce wojny”
Najlepszy montaż dźwięku: „The Hurt Locker. W pułapce wojny”
Najlepszy krótkometrażowy film animowany: „Logorama”
Najlepszy film krótkometrażowy: „The New Tenants”
Oscar za całokształt: aktorka Lauren Bacall, reżyser i aktor Roger Corman, oraz operator Gordon Willis

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[SŁOWO i „PRAWDA”. Zofia Król...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/389.html „Dawniej, kiedy ludzie wędrowali przez świat pieszo, jechali na wierzchowcach albo płynęli statkami, podróż przyzwyczajała ich do zmiany. Obrazy ziemi przesuwały się przed ich oczami wolno, scena świata obracała się ledwie-ledwie (...). Dziś nic nie zostało z tych gradacji! Samolot gwałtownie wyrywa nas ze śniegu i mrozu i jeszcze tego samego dnia rzuca w rozpaloną otchłań tropiku” („Heban”).

Miał rację? Czy dusza nadąża za ciałem podróżującego, niesionym przez samolot z prędkością tysiąca kilometrów na godzinę? Jak wiele tracimy, jeśli nie przemierzamy przestrzeni metr za metrem, centymetr za centymetrem, poprzez zapachy, odcienie światła, nierówności ziemi? A może równie wiele daje nam ta prędkość świata, migotanie lądów, błyski wody, widziany przez okno samolotu horyzont zaokrąglającej się kuli?

Te i inne pytania stawiane przez reportaże Kapuścińskiego są  przecież o wiele ciekawsze od tego, które pojawia się w ostatnich dniach na pierwszych stronach gazet – o dziwo także tych, w których kultura zwykle spychana jest na miejsce ostatnie – „czy opisywał prawdę?”.

A nawet, jeśli koloryzował, czy jego słowo staje się przez to słabsze? Mniej przestrzeni otwiera w głowie czytelnika? Czy „prawdą” literatury nie jest raczej precyzja słowa? Czy opisany z uwagą człowiek, który nie istniał, nie staje się jakoś prawdziwy? Słowu z trudnością przecież przychodzi adekwatność wobec rzeczy, także wobec rzeczy wymyślonej. Nie żądajmy od literatury „prawdy” z sądowej sali.

Nawet jeśli uznamy, że reportaż rządzi się odrębnymi prawami, nadal pozostaje literaturą.  W tym przypadku – naprawdę dobrą. Korzystając z całego tego zamieszania zacznijmy rozmawiać o Kapuścińskim.

Zofia Król

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[KWAŚNA LEKTURA. Jakub Socha o książce...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/388.html W obrazie Ryszarda Kapuścińskiego coś zaczęło się psuć w chwilę po jego śmierci. Nie pamiętam, co było pierwsze – artykuł w „Newsweeku” o teczce reportera, czy wywiad z jego żoną, który ukazał się w „Gazecie Wyborczej”. Dla mnie ważniejsze były słowa Alicji Kapuścińskiej, opowiadającej Teresie Torańskiej i Arturowi Domosławskiemu o niełatwym życiu z kimś, dla kogo najważniejsze było zawsze jego pisanie, jego literatura, własny pokój. Po ich przeczytaniu ciężko już było patrzeć niewinnie i naiwnie na to słynne zdjęcie pracowni autora „Imperium” zawalonej książkami. Artur Domosławski, który w pracowni Kapuścińskiego bywał nieraz, naiwności i niewinności z pewnością pozbył się na długo przed przeprowadzeniem wywiadu z Kapuścińską, i na długo przed napisaniem biografii Kapuścińskiego.

Wszyscy ci – no może prawie wszyscy – którzy w ostatnich dniach piszą o jego książce, mają rację. Jest w niej coś bardzo ciekawego, ale i coś kwaśnego, czy może raczej – niskiego. Jakieś przedziwne zacietrzewienie wobec człowieka, o którym autor pisze raz „Rysiek”, a raz – z konsekwentną ironią – „maestro”.

Domosławski robi wszystko dla książki, idzie jak taran. Czy fragmenty o kochankach Kapuścińskiego, o jego notorycznych zdradach, o kłopotach z córką są jakoś istotne? Z pewnością. Czy są warte bólu tych, których dotykają? Z pewnością nie. Domosławski mówi o swoim bohaterze – Rysiek, podkreśla, że widzi w nim swojego przyjaciela – tłumaczę sobie to na chłopski rozum i myślę, że chyba nigdy bym nie zdobył się na napisanie czegoś takiego o kimś, kto jest mi bliski.

Może gdyby ta książka była pisana inaczej, gdyby Domosławski starał się więcej objaśniać, rozumieć, tłumaczyć. Domosławski jednak zapędza (nieobecnego, nie mogącego się bronić) Kapuścińskiego w kozi róg, jest sędzią, a nie adwokatem, nie interpretuje zdarzeń na korzyść oskarżonego, zbyt łatwo udziela odpowiedzi. Uwielbia też stawiać ciągi pytań, z których każde kolejne jest odpowiedzią na to poprzednie. Jak to idzie? A no tak: dlaczego nie rozliczył się z komunistyczną przeszłością? Czy się bał? Czy nie chciał, by runął jego krystaliczny obraz?

Razi w tej książce pozorowana naiwność. O jejku, to rzeczywiście straszne, że Kapuściński opowiadając o rodzinnym Pińsku idealizował; to straszne, że w młodości pisał wiersze o Stalinie i potem publicznie za nie nie przeprosił; to straszne, że wcale nie był taki odważny i udawał, że znał się z Che; i wreszcie – straszne, że fantazjował w reportażach. Domosławski raz za razem powtarza: „muszę dotrzeć do prawdy, to trzeba wyjaśnić, przyjaźniłem się, ale to nie zwalnia mnie z obowiązku”... Trudno doprawdy odgadnąć o jaką prawdę tu chodzi i w imię czego autor „musi”.

Domosławskiego (w końcu świetnego reportażystę, autora zbioru reportaży „Gorączka latynoamerykańska”, na którego okładce widnieje gorąca rekomendacja Ryszarda Kapuścińskiego) miejscami za bardzo ponosi. Za dużo tu tanich tropów, prostych interpretacji, w których kluczowymi figurami są konformizm, wyparcie i kompleks chłopaka z prowincji, który chce, by go dostrzeżono. Nawet ten słynny początkowy fragment o uśmiechu-masce Kapuścińskiego, wydaje się cokolwiek nietrafny. Wystarczy pooglądać zdjęcia w książce, by przekonać się, że autor „Cesarza” nie miał go nieustannie przyklejonego do twarzy.

Jedno tej cegle trzeba przyznać: jest w niej mnóstwo informacji, drobiazgowo zarysowane tło społeczno-polityczne, kilkadziesiąt cytatów z Kapuścińskego, których nie znało się do tej pory. Jest też mnóstwo wspomnień tych, którzy się z reporterem zetknęli – choć autor rzadko pyta ich o Kapuścińskiego, raczej każe tłumaczyć się za niego z nieheroicznych czynów.

***

Im dalej jednak tym lepiej, ostatnie kilkadziesiąt stron, ostatnie dni Kapuścińskiego opisuje Domosławski wzruszająco, tak, że moja głowa robi wszystko, by zagłuszyć wcześniejszą kwaśność...

Jakub Socha

Wkrótce w „Dwutygodniku” recenzja Joanny Tokarskiej-Bakir z książki Artura Domosławskiego.

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[JAK ZOSTAĆ SZLACHETNYM CZŁOWIEKIEM...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/386.html W najnowszym „Przekroju” można przeczytać rozmowę Piotra Najsztuba z Edwardem Miszczakiem, która w dużej mierze koncentruje się na przyszłości mediów. I to o niej będzie tu mowa. Miszczak, dyrektor programowy TVN-u, mówi Najsztubowi rzeczy zadziwiające. Naprawdę, aż nie chce się wierzyć. I nie chodzi mi tu nawet o ten fragment wywiadu, w którym jedna z najważniejszych osób w polskich mediach opowiada: „Idąc do toalety, nie rozkładam «Polityki» ani «Przekroju», tylko biorę sobie na kolana kompa”. Nie zamierzam też rozwodzić się nad prawdziwością stwierdzenia, że „Big Brother” był programem edukacyjnym, który nauczył polskich mężczyzn korzystania z torebek kosmetycznych. Tego typu ekstrawagancji jest tu naprawdę sporo, wszystkie one jednak bledną wobec „Świątecznej opowieści” Miszczaka, Charlesa Dickensa polskich mediów. Pozwolę ją sobie przytoczyć w całości:

Dzięki niej [telewizji interaktywnej] można stać się np. szlachetnym człowiekiem. Zobaczyć, jak ogromne pieniądze gromadzi nasza fundacja. Pieniądze społeczne, od widzów dla widzów. Mieliśmy ogromna dyskusję nad wysokością ceny za SMS i wygrał głos, że to będzie złotówka. Miałem okazję w jednym z prywatnych domów podglądać rewelacyjna scenę, intymną: przed telewizorem dzieci, ojciec z telefonem komórkowym, czasy kryzysu, na ekranie wzruszająca opowieść, która robi wrażenie na ojcu i on wysyła SMS za złotówkę. Wraca podziękowanie wydrukowane na ekranie małego telewizora: „Bardzo ci dziękujemy, że wziąłeś udział w akcji charytatywnej. Z tych pieniędzy będą wsparte dzieci chore na mukowiscydozę.” Dzieci patrzą z szacunkiem na ojca, a on wysyła drugi SMS za złotówkę. To ogromna akcja edukacyjna.

Czytam raz jeszcze te słowa i ogarnia mnie błogi spokój oraz ciepło. Mam przecież komórkę; mam telewizor; umiem wysyłać SMS; odbieram TVN. Już teraz wiem, że wszystko się ułoży. Już za chwilę odzyskam moje prawdziwe ja, moje szlachetne oblicze. I to za jedną złotówkę.

Jakub Socha

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[POŚLADKI W WIĘKSZEJ SPRAWIE –...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/385.html W „Wieczorze kuglarzy” Bergmana dyrektor teatru mówi do dyrektora cyrku: „Najgłupszy, najmniej uzdolniony z nas może napluć na najlepszego z was. Dlaczego? Ponieważ wy gracie wasze życie, a my – naszą próżność.” Jeśli potraktować to przeciwstawienie jako metaforę – Krystian Lupa ze swoimi aktorami byłby po stronie bergmanowskich cyrkowców. Oczywiście nie dlatego, że chce, by aktorzy ryzykowali własne życie, ale dlatego, że nie pozwala im grać ich próżności.  Dla niektórych to zadanie ponad siły.

Krótko o rzeczach oczywistych. Teatr jest grą zespołową. Życie spektaklu zależy od całego sztabu ludzi (oświetleniowców, dźwiękowców, maszynistów sceny, garderobianych i aktorów oczywiście). Nie da się sabotować pracy reżysera (pokazanie przez aktorkę dupy na premierze jest takim sabotażem), nie podważając jednocześnie pracy wszystkich tych osób.

Wszystko to jest niezwykle smutne. Smutne jest, że aktorka, która uważa się za profesjonalistkę, tak bardzo skupiona jest na sobie, że traci z oczu ludzi, z którymi pracuje. Smutne, że ktoś, kto ma się za osobę świadomą i dojrzałą, nie znajduje innego sposobu zamanifestowania swojego zdania, niż rozsadzenie pracy, w której brał udział – w kluczowym momencie i za pomocą gestu tak desperacko żałosnego. Smutne, że po wykonaniu takiego gestu aktorka dalej gra w spektaklu, który zniszczyła i smutne, że się oburza, kiedy jest od grania w końcu odsunięta. Smutne, że realizatorzy spektaklu są zmuszeni publicznie potwierdzać swoją lojalność wobec reżysera. Smutne jest też, że w dziennikarskich komentarzach stawia się na dwóch szalach tej samej wagi wartość spektaklu (moim zdaniem niezaprzeczalną, choćby dlatego, że opartą na bezwzględnej uczciwości i gotowości podjęcia skrajnego ryzyka) i sabotaż dokonany na nim przez aktorkę.

Zasmucają też wypowiedzi Joanny Szczepkowskiej, które mają jej premierowe pokazanie dupy usprawiedliwić i uczynić znaczącym w szerokim kontekście dyskusji o dzisiejszym teatrze. Demonstracyjny protest wobec metod pracy Krystiana Lupy urasta nagle do rangi wiekopomnego aktu sprzeciwu wobec tych, którzy „uważają, że teatr jest miejscem poszukiwań i daleko idącego eksperymentu w ramach świadczeń państwa”. To zresztą jest już nie tylko smutne.

Szczepkowska na nowo ustanawia kryteria tego, co jest działaniem artystycznym, a co nim być przestaje. „Artysta musi się mieścić w konwencji, a kiedy pozwala sobie na przekroczenie granic, czyli konwencji, przestaje być artystą.” – mówi w rozmowie z Piotrem Pacewiczem. Nie ma żartów, cała historia kultury do przepisania. Eurypides? Szekspir? Goethe? Czechow? Beckett? Albo może Meiningenczycy? Stanisławski? Copeau? Craig? Brecht? A mało to oni granic przekroczyli, żeby wciąż nazywać ich artystami? Nasi nie lepsi: te Norwidy, Wyspiańskie, Gombrowicze… Albo Osterwy, Kantory i Swinarskie. Zresztą co tam teatr. El Greco i Picasso, Fellini i Tarkowski, Villon i Joyce – jakim cudem uważa się te wszystkie postacie za artystów, ba, nawet klasyków, skoro każdy z nich ma na sumieniu grzech przekraczania obowiązujących w ich czasach konwencji? Sztuka jest przecież odtwarzaniem tego, co znane, a bycie artystą nie polega na niczym innym, niż na precyzyjnym rozpoznaniu granic – po to, żeby ich, broń boże, przypadkiem nie przekroczyć.

W „Siódmej pieczęci” (znowu Bergman) rozochocony tłum w gospodzie drwi z wędrownego aktora: „Wstań, by wszyscy mogli cię usłyszeć. I mów głośno.” I jeszcze: „Stań na głowie, by każdy mógł ocenić, jak dobrym jesteś aktorem.”

No właśnie, aktorzy. Według kryteriów Szczepkowskiej od dzisiaj rację (bytu) mają tylko ci spośród nich, którzy są świadomi, że – jak mówi okrutne i bezmyślne środowiskowe powiedzonko – „aktor jest do grania, jak dupa do srania”. Ci, którzy wiedzą, że praca w teatrze ma jasne zasady: wykonawca dostaje tekst oraz instrukcje, jak go rozumieć i jak go mówić (to znaczy: z jaką intencją, w jakim tempie i z którego kąta sceny), na trzeciej generalnej ćwiczy się ukłony, a potem jest premiera (gotowy produkt) i bankiet, i kolejne reprodukcje. Ci, którzy rozumieją, że cel jest jeden i bardzo przejrzysty: zrealizować publiczne zamówienie, czyli mówić na tyle głośno i wyraźnie oraz stawać na głowie z takim profesjonalizmem, żeby widzowie nie żałowali, że płacą podatki.

Myślę, że urzędnicy miejscy (od Jeleniej Góry, przez Łódź, po stolicę) ucieszyliby się, mając wśród doradców do spraw kultury Joannę Szczepkowską – z jej rewolucyjnymi poglądami na temat funkcji sztuki, a teatru w szczególności. Skończyłyby się problemy z ludźmi, którzy – bezprawnie uważając się za artystów – uparcie próbują przewrócić do góry nogami nasze święte konwencje i przekroczyć granice, w ramach których tak nam jest wygodnie i bezpiecznie.

Niech ci artyści w końcu sczezną. Niech już będzie można ogłosić, że się w naszym kraju coś znowu skończyło.

Joanna Wichowska

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[NA WALENTYNKI NIE NA TEMAT – pisze...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/383.html W ostatnim wydaniu „New Yorkera” mamy okazję przeczytać artykuł „The Very Rich Hours”, w którym to tekście – zwięzłym i przejrzystym jak nakazuje odwieczna reguła pisma – autor James Wood dokonuje przeglądu najnowszej amerykańskiej prozy, borykającej się z problemem finansowego kryzysu. Wysoka ekonomia tekstu nie przeszkadza mu rozpocząć swoich przemyśleń od zacytowania Marksa oraz przeprowadzenia kontekstowo zamaszystej lecz dość oczywistej analizy psychologicznych i moralnych konsekwencji posiadania dużych pieniędzy (wspomniany Marks spotyka się w niej ze św. Pawłem i Orwellem, a całość zajmuje dosłownie akapit, przypominający intelektualne zaklęcie).

Taki jest styl „New Yorkera”, o czym wiemy choćby od Trumana Capote’a, jednak nie chodzi mi o ten intelektualny pasaż skomponowany na potrzeby nowojorskiego czytelnika, ale o warte uwagi, szczególnie u nas, podejście autora recenzji do materii, jaką jest proza zaangażowana.

Morał tej prozy jest następujący: pieniądze napędzają pieniądze, a chciwość, tratująca wartości rodzinne oraz humanistyczne ideały, służy samej chciwości. „Inteligentna” proza amerykańska jest w stanie tę przykrą zależność oraz mroczne błędne koło ukazać. Znacznie ciekawszy jest jednak wniosek samej recenzji, w której pieniądze i sam kryzys ekonomiczny potraktowane są jako metafora, odsłaniają mechanizm, jakim rządzi się polityka naszych pragnień. Dla Wooda „pieniądze są magiczną kombinacją całkowitej namacalności i nieodłącznej od niej metaforyczności”, są „uosobieniem wszystkiego” – w tym: nieznanego. Namacalność pieniędzy (trywialność banknotowego papieru) ograbia nasze pragnienia z emocjonującej tajemnicy, pozbawia je metafizycznego wyrazu. Właśnie taka jest konsekwencja ich metaforycznego oprocentowania. Jak mówi bohater jednej z analizowanych powieści: „Proces produkcji pieniędzy przez banki jest tak prosty, że umysł go odrzuca. Nie ma w tym głębszej filozofii. Przypuszczam, że tyle pozostaje z tajemnicy”.

James Wood umiejętnie więc wyzyskuje z tematu społeczno-ekonomicznego, i to jeszcze tak hermetycznego jak kryzys ekonomiczny, treści bardziej subtelne i właśnie filozoficzne. Dodatkowo w jego analizie nie mówi się nic o świecie pędzącym ku zatraceniu, o tym, że żyć dziś nie jest fajnie, bo współczesność, z jej liberalnym modelem kapitalizmu, czyni z nas zakładników podaży i popytu. Mówi zaś coś istotnego o konstrukcji naszych marzeń i potrzeb, opowiada o napięciu między materialnym i abstrakcyjnym, o kapitale widzialnego i niewidzialnego zawartym w banknotowym nominale. Czysto symboliczny status pieniądza jako przedmiotu staje się dla niego pretekstem do wciągnięcia współczesnej prozy amerykańskiej w przestrzeń zupełnie innych, nie finansowych, nie bezpośrednio społecznych (i dlatego głęboko społecznych) zagadnień.

Bardzo bym sobie życzył, by podobnie – z większą intelektualną subtelnością – traktowano literaturę zaangażowaną także u nas.

Paweł Soszyński

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[JARUZELSKI, CZYLI ZŁO WCIELONE –...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/381.html W poniedziałkowy wieczór w programie pierwszym TVP po wiadomościach nie pokazano spektaklu teatralnego. Tradycja ta już dawno umarła, nie znaczy to jednak, że skończono z misyjnością. Co najwyżej lekko ją przemodelowano. Dziś głównym przejawem misji są filmiki, w których prezenterzy TVP zachęcają do płacenia abonamentu – mój ulubiony jest ten, w którym Iwona Schymalla i Michał Olszański równocześnie mówią o zaletach publicznego nadawcy i klonują się na naszych oczach.

Tego typu postmodernistyczne igraszki, w których zawiera się przekaz: „płaćcie abonament, a my będziemy za niego robić coraz więcej filmów zachęcających do płacenia abonamentu”, na pierwszy rzut oka wydają się nieszkodliwe. Ale nie są – z abonamentu powstają nie tylko filmy odsyłające do płacenia abonamentu. Starcza ich na coś więcej.

W poniedziałkowy wieczór w programie pierwszym TVP pokazano „Towarzysza generała”, dokument Roberta Kaczmarka i Grzegorza Brauna, film nakręcony siekierą. Ogląda się go jak żałosny relikt z przeszłości, z czasów, w których filmy robiono na zamówienie i pod z góry ułożoną tezę. W „Towarzyszu generale” nie ma żadnych dwuznaczności, niejasności, żadnej szarej strefy, żadnych pytań. Wszystko jest jasne, prawdziwe i przejrzyste. Srogi głos narratora oraz srogie głosy historyków (wśród nich prym wiedzie Lech Kowalski, autor książki „Generał ze skazą”, ale również wieloletni oficer polityczny, członek PZPR, absolwent Wojskowej Akademii Politycznej) zdzierają kurtyny z polskiej rzeczywistości, rządzonej ciągle przez Służby Specjalne. Ich głosy są jak kołatki, przeznaczone do tego, by mówić: tak, tak; nie, nie.

Co kierowało autorami „Towarzysza generała”, co skłoniło ich do opowiedzenia własnej wersji historii? Większość z nich pewnie powiedziałaby, że decydujące znaczenie miała tu tzw. „kwestia smaku”. Co to, to nie. Wszystko o filmie Kaczmarka i Brauna można powiedzieć, tylko nie to, że jest dzieckiem dobrego smaku.

No właśnie, gdyby nas autorzy trochę lepiej kusili, gdyby ich retoryka nie była „nazbyt parciana”, gdyby „Towarzysz generał” nie składał się z „łańcuchów tautologii”, „paru pojęć jak cepy”, może by się udało. Jednak na tak prymitywną zagrywkę, jaką zaprezentowano wczoraj, niewielu całe szczęście się nabierze. Chociaż w tej ostatniej kwestii mogę akurat się mylić.

Jakub Socha

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[J.D. SALINGER JAK MICHAEL JACKSON...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/380.html J. D. Salinger jak Michael Jackson

Prasowe wspomnienia po  śmierci J.D. Salingera (1.01.1919-27.01.2010), jednego z najbardziej tajemniczych pisarzy XX wieku, miały niewiele wspólnego z literaturą. Przypominano głównie  jego wieloletnie milczenie (pisarz nie opublikował żadnego utworu przez ostanie 45 lat życia), nikły kontakt ze światem zewnętrznym, fascynację alternatywnymi rodzajami duchowości i systemami odżywiania (m.in. jogą, makrobiotyką, scjentologią i naukami Wilhelma Reicha), nieuregulowane życie uczuciowe, procesy sądowe wytyczane tym, którzy próbowali upublicznić jego korespondencję, walkę z potencjalnymi biografami.

W amerykańskim świecie wydawniczym zapanowało poruszenie nie mniejsze od tego, które ogarnęło świat muzyczny po ubiegłorocznej śmierci króla popu. Nic dziwnego – w grę wchodzą spore pieniądze. Salinger pozostawił ponoć w szufladzie kilkanaście nieopublikowanych powieści, a Hollywood od lat marzy o sfilmowaniu „Buszującego w zbożu”, na co autor od wielu dekad nie wyrażał zgody. Skłóceni spadkobiercy już zacierają ręce.

Najlepszym sposobem upamiętnienia Salingera wydaje się w tej sytuacji wygrzebanie z zakurzonego regału jego książek. Niekoniecznie mocno zmitologizowanego „Buszującego w zbożu” (książka czytana w wieku odpowiednio młodzieńczym już wtedy wydała mi się okropnie naiwna), ale znacznie lepszych opowiadań i małych powieści zebranych w tomach: „9 opowiadań”, „Franny i Zooey” oraz „Wyżej podnieście strop, cieśle. Seymour. Introdukcja”. Na Allegro marsz!!!

Juliusz Kurkiewicz

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[MUZYKA ŁAGODZI OBYCZAJE? – Tomasz...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/379.html Koncert na kaszel, klaskanie i kichanie

Recital fortepianowy, Filharmonia Narodowa w Warszawie. Pianista kończy jedną część utworu, by natychmiast przejść do drugiej (tak to przecież zostało napisane), ale… Chr chr apsik ekh ekh ekh… Jednak przerwa – na kaszel, kichanie i chrząkanie (nie dla pianisty oczywiście, tylko dla widowni). Nie muszę sprawdzać w nutach: tych dźwięków tam nie ma. Nie powinno być.

Uroczysty koncert otwierający Rok Chopinowski, Filharmonia Narodowa w Warszawie. Kończy się pierwsza część Koncertu fortepianowego f-moll Chopina, a tu rozlegają się… brawa. Spontaniczne, lakoniczne (bo wyciszone przez innych na widowni), ale jednak. A przecież to dopiero 1/3 utworu! Jak nakazuje dobry obyczaj, w filharmonii nie przerywamy utworu oklaskami w trakcie jego trwania. Przynajmniej nie powinniśmy. Świadczy to o: znajomości dzieła (II Koncert Chopina nie kończy się po Maestoso, tylko po Allegro vivace); o znajomości zasad obowiązujących w danym miejscu (czyli o etykiecie – od etyka…); poniekąd także o tzw. kulturze osobistej. Ktoś powiedział, że były oklaski, bo na widowni były tzw. VIP-y. Może.

Czytam właśnie o nowym rekordzie Guinnsessa ustanowionym przez polskiego muzyka i podróżnika, Romualda Koperskiego z Gdańska, który grał na fortepianie (tylko utwory muzyki klasycznej, jazzowej, filmowej i musicalowej) od środy rano do niedzielnego popołudnia – czyli przez 103 godziny i 8 sekund. Bez przerwy. Tzn. prawie bez przerwy, bo pomiędzy utworami mógł mieć 30 sekund przerwy, a co godzinę prawo do 5-minutowego odpoczynku. Właśnie.

Pierwsze primo. Prawo do przerwy podczas koncertu ma tylko muzyk, nie publiczność.
Drugie primo. Koncert na kaszel, kichanie i klaskanie możemy uprawiać swobodnie w domu.
A filharmoniom proponuję rozmowy z potencjalnymi sponsorami – producentami tabletek i syropów wykrztuśnych, łagodzących itp. Przerwa, kaszlnięcie, banerek...

Dawniej to muzyka łagodziła obyczaje. Nic nie trwa wietrznie.

Tomasz Cyz

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[DIGITALIZUJ SIĘ SAM – Katarzyna...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/378.html DIGITALIZUJ SIĘ SAM

Niedawno razem z przyjacielem wspominaliśmy nasze wspólne (choć przeżywane osobno) fascynacje muzyczne z tak zwanej wczesnej młodości. Powróciły do głowy nazwy egzotyczne, niszowe i zupełnie przykryte kulturową niepamięcią. Jednak w nas ta niepokorna muzyka pozostawiła ślad. O ile filmy i fotografie prawdopodobnie prędzej czy później doczekają się swojego drugiego żywota w pamięci komputera, o tyle setki magnetofonowych kaset, nierzadko nagranych w wersji DEMO w garażu lub piwnicy, choć posiadają niekwestionowaną wartość artystyczną i intelektualną, niszczeją i wkrótce na dobre znikną. To smutne, tym bardziej, że muzyka ta niezwykle twórczo wpływała na rozwój niezależnego myślenia i kształtowała wartościowe postawy wobec świata (nawet jeśli niektórzy nazwą je bezproduktywnym buntem lub tzw. wczesnymi próbami).

Tymczasem dowodów zostaje coraz mniej. Sytuację pogarsza fakt, że utwory te powstawały w latach 80. i początku 90., a wiec p.n.I (przed narodzeniem Internetu). Zatem także Wielka Pytia – zazwyczaj wszechwiedząca i informująca skrupulatnie o najmniejszym śmieciu – milczy i nie wychodzi naprzeciw tęsknocie za tamtą muzyką. W tej sytuacji postanowiliśmy wcielić w życie następujący plan ochrony dziedzictwa kulturowego – zgodnie z zasadą DIY, polecamy go każdemu.

Oto struktura projektu:

- znajdź lub pożycz działający magnetofon,
- przejrzyj gruntownie swój dobytek z czasów młodości – kartony, szuflady lub kuferki, pod kątem zlokalizowania osobistego muzycznego repozytorium,
- jeśli nic nie znalazłeś albo sądzisz, że to trochę mało i podejrzewasz, że koledzy z klasy mogą mieć więcej, odnów z nimi kontakt,
- podłącz do magnetofonu kabel z urządzeniem nagrywającym (dyktafon, minidisc, kartę muzyczną w komputerze etc.),
- z urządzenia przerzuć dane do komputera,
- nazwij i podziel na pliki i opisz je możliwie dokładnie,
- jeśli posiadasz odpowiedni program [np. audacity – opensource] i umiejętności spróbuj pozbyć się największych szumów i zakłóceń.

Ponieważ przeczuwamy, że muzyka tworzona obecnie nigdy już z taką odwagą i intensywnością nie powróci do tamtych barw, oddolne działanie może mieć znaczenie ocaleńcze dla ciągłości kulturowej. Jeśli więc nie wiesz co robić w długie, mroźne wieczory proponujemy: DIGITALIZUJ SIĘ SAM ZANIM SYSTEM ZROBI TO ZA CIEBIE!

Katarzyna Tórz

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[P. Soszyński pisze o bydgoskich...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/374.html Czarownice z Bydgoszczy

Teatr Polski im. Konieczki z Bydgoszczy szczęścia do dzieci nie ma. W 2008 roku głośno się o nim zrobiło za sprawą „Kajtusia Czarodzieja” Korczaka/Bolesty, w którym – donosiła zaniepokojona Joanna Derkaczew – pojawiły się podejrzane (również artystycznie) „żarty o stanie wojennym, wątki satanistyczne i pedofilskie czy prowokacyjna lekcja religii”. Teraz zamęt powstał wokół „Szelmostw Lisa Witalisa” Brzechwy, w którym to przedstawieniu – i tym razem o sprawie donoszą nie zniesmaczeni krytycy, a zaniepokojeni rodzice – szczególnie „bulwersujące są dwie sceny. W jednej tytułowy lis Witalis rozmawia z niedźwiedziami, które z wyraźnym rosyjskim akcentem deklarują swoją przynależność terytorialną i wynikającą z tego skłonność do alkoholu. W tej scenie lis podaje jednemu z bohaterów butelkę. Jest pusta, bez naklejki, ale to rozpoznawalna butelka po piwie”.

Sprawa jest więc – mówię to zupełnie serio – bardzo poważna. Kto to słyszał? Pozostawię jednak na boku gorszące moralnie wpadki bydgoskiego teatru, by zadać takie pytanie: co jest w Bydgoszczy takiego, jaka energia nagromadziła się w mieście, w szczególności zaś w Alejach Mickiewicza nr 2, że Kajtuś jest tam – widać musi być, nie ma rady – satanistą, a Witalis „terytorialnie” podejrzanym pijaczyną?

Jest pewna legenda, bydgoszczanom zapewne znana, która wiele w tym temacie może wyjaśniać. Otóż – przytaczam jej treść za „Legendami i przypowieściami” Kuczmy i Derendy – kiedy w XIV wieku Cystersi przepędzili słynne na całą Polskę czarownice z Koronowa, te „długo błądziły, aż pewnego dnia, a było to pod koniec XIV wieku, do Bydgoszczy na miotłach zjechały. Naczelna czarownica wybrała dogodne miejsce na bydgoskich Karpatach przy drodze kujawskiej. Osiadłszy na najwyższym wzgórzu — Łysej Górze, różne czary czyniły: to pomór na miasto sprowadziły, choroby na bydło rzuciły, pożary w mieście powodowały. Bywało, że kominy zatykały, wodę czerpaną do piwa wyrobu zepsowały”. Były to więc czarownice potężne i wyjątkowo złośliwe. Nic dziwnego, że bydgoszczanie postanowili je wytępić. Czarownice jednak uciekły, słuch po nich zaginął, a w Bydgoszczy zapanował spokój.

Nie wiem, czy bydgoskie czarownice dzieciom szkodziły – przypuszczam jednak, że szkodziły, jak to czarownice. Szkodzą więc w Bydgoszczy i teraz? A co, jeśli szkodzą – w tamtejszy teatr w trakcie przedstawień dla dzieci się wcielając? Dziwne w końcu medium z tego teatru – potężne, godzące wymiary, światy i czasy, o czym wiemy nie tylko z XVI lekcji Mickiewicza danej w paryskiej Collège de France, ale i z dwudziestowiecznych opracowań z dziedziny antropologii teatru (Katedrę Antropologii Teatru w tej samej Collège de France utworzono w 1997 roku specjalnie dla innego naszego rodaka, Jerzego Grotowskiego).

W teatrze, jeśli teatr to dobry, ożywają zatem duchy, spełniają się mity i wszystko jedno – jak się okazuje – czy jest to teatr dla dorosłych, czy dla dzieci; czy grane są „Dziady” czy „Lis Witalis”. Teatr takie rozróżnienia ma za nic, a może nie ma za nic lub, inaczej, nasze rozróżnienia przeciwko nam wykorzystuje? Może wiedziony dziwaczną przekorą, przekorą starych, potężnych duchów (te uwielbiają być niestosowne) teatr spełnia swą tajemną misję, dopełnia swojej liturgii, nie w towarzystwie widzów dojrzałych, nie przed obliczem wytrawnej widowni, a właśnie w asyście – myślenie to bardzo romantyczne – publiki złożonej z dzieci.

Rodzicom więc radzę: uważajcie, gdy dzieci swoje do teatru wprowadzacie, bo z teatrem nie ma zabawy, i nie miejcie pretensji, gdy Witalis pije w nim piwo, a Kajtuś bije pokłony przed Szatanem, bo uczył nas Mickiewicz w 1843 roku, że teatr to „poważny dramat, w którym wywołuje się niejako z grobu postacie świętych i bohaterów”; także bohaterów regionalnych legend, także bydgoskie czarownice, które – jeśli tylko medium teatralne odpowiednio jest rozgrzane, a z taką chyba sytuacją musimy mieć do czynienia w Bydgoszczy, w Alejach Mickiewicza nr 2 – z grobu czy zbiorowej pamięci powstają i, gdzie się da, także w Kajtusia i Witalisa, wstępują. Jeśli bowiem święci wstają, to i diabły wstają i muszą także one wstawać. Nie ma się więc co dziwić ani oburzać. Taka to już – przypominam za Wieszczem – specyfika naszego teatru narodowego.

Nie mielibyśmy bowiem „Dziadów”, gdyby Kajtuś z Bydgoszczy w jakiejś dziwnej lekcji religii udziału nie brał, a Lis Witalis nie chlapnął paru głębszych z jednym czy drugim niedźwiedziem. A „Dziadów” nie mieć bardzo byśmy sobie przecież – my rodzice i my krytycy – nie życzyli.

Paweł Soszyński

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[Bogusław Deptuła o KŁOPOTACH...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/373.html Muzeum Narodowe w kłopocie

Nastanie nowej dyrekcji w Warszawskim Muzeum Narodowym przyniosło środowisku, ale pewnie i nie tylko, wielkie  nadzieje.

Do wielkich zmian jeszcze nie doszło – obecność nowego ducha w muzeum ujawniła się za sprawą tak zwanych „Interwencji”. To dość stary muzealniczy pomysł, by w historyczny czy tematyczny dukt prezentacji wprowadzić ahistorycznie eksponaty z innej epoki, w tym wypadku dzieła wyłącznie współczesne. Jako się rzekło, pomysł znany i sprawdzony: ma wytrącać z utartych myślowych tropów, dopowiadać, komentować, poszerzać; przede wszystkim zaś pokazywać odwieczne wspólnoty zainteresowań artystów z różnych epok czy kontynentów.

Przyjmując, szczególnie na początek, że to całkiem dobry pomysł, należy wyrazić poważne zastrzeżenie co do kompletnie prowizorycznej, wręcz niechlujnej formy jego zrealizowania. Muzeum, które powinno wyznaczać estetyczne standardy, zrealizowało tę prezentację na poziomie powiatowym. Argumentem nie może tu być brak środków. Jeżeli bowiem nie ma dość pieniędzy, by interwencje miały dobrą estetycznie realizację, to sobie lepiej dajmy z nimi spokój, bo niezbyt piękne – stają się też niezbyt mądre.

Co więcej, systematycznie pogłębia się estetyczna degradacja samego budynku muzeum. Realizacje odbywają się przypadkowo, bez ustalonego z góry planu, i mają charakter łataniny. Najnowszym tego przykładem jest zamontowanie nowoczesnej, ruchomej i automatycznej szatni w miejsce starych wieszaków, zaprojektowanych dla muzeum jeszcze przed wojną. Owszem, w Luwrze są identyczne automaty do wieszania palt, ale tam je schowano. W warszawskim budynku szatnie są zupełnie na wierzchu, więc teraz pierwszą rzeczą, jaką spotka widz, będzie owa ultranowoczesna szatnia rodem z pralni chemicznej. A przedwojenny architekt zaprojektował takie wieszaki, jakie wtedy były do pomyślenia.

Wiem, że zrobiono to, by utworzyć miejsce na księgarnię, ale ta z kolei będzie najpewniej kolejną prowizorką. I tak w kółko.

Za jakiś czas Muzeum Wojska ma wynieść się z budynku. To nie rozwiąże wszystkich problemów lokalowych. Może więc należy się zastanowić nad kompleksowym projektem przebudowy i modernizacji muzeum, a nie rzeźbić je po kawałku.

Swoistym otwarciem i wizytówką nowej dyrekcji ma być wystawa „Ars Homo Erotica”, która została zamierzona jako prezentacja zjawiska od zachowanych jego początków, aż po dzień dzisiejszy. Ale tak szeroko pomyślna wystawa zostanie zrealizowana tylko za pomocą eksponatów z warszawskiego muzeum, a to z powodu braku środków na wypożyczanie. Oczywiście, to wcale nie musi być zła prezentacja. Jednak obawiam się, że jej ubóstwo i ograniczenia będą prezentowane szanownej publiczności nie jako brak, ale jako cnota, zaleta i wartość.

Ta wystawa na pewno i tak narobi wokół siebie niezłego szumu. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Może zarazem stać się swoistym miernikiem otwartości polskiego społeczeństwa na inność, a z tym jak wiadomo najlepiej nie jest. Zatem co do succes du scandal możemy być pewni. Jeśli spowoduje wyrzucenie dyrekcji, tym większy będzie jej – dyrekcji – sukces w międzynarodowym światku muzealnym. Może nieco demagogicznie napiszę, że wolałbym by powodem do protestów widzów była wystawa merytorycznie perfekcyjna, ale na to chyba nie ma szans.

Bogusław Deptuła

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[KTOŚ ZWARIOWAŁ – Tomasz Cyz komentuje...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/372.html Body nie dla dzieci

W czwartek 7 stycznia w warszawskiej Filharmonii Narodowej uroczyście otwarto Rok Chopinowski. Urząd Miasta Stołecznego Warszawy – Miasta Chopina przecież! – promuje ten jubileusz od dawna.

Jedną z ostatnich akcji jest niemowlęce body w rozmiarze 62, które otrzyma każde urodzone w Warszawie w 2010 roku dziecko, z nadrukowanym tekstem: „Rodem Warszawianin, / sercem Polak, / a talentem obywatel świata”. Pięknie.

Tylko że to fragment nekrologu, który po śmierci Chopina napisał Cyprian Kamil Norwid. Nekrologu, który kończą słowa: „zszedł z tego świata”.

Ktoś zwariował.

Drodzy Rodzice! Nie odbierajcie tego prezentu wraz z aktem urodzenia dziecka.

Droga Pani Prezydent! Proszę zostawić dzieci (i rodziców) w spokoju. I w ciszy. Bo tylko wtedy będą mogli usłyszeć muzykę Chopina. Choćby któregoś walca.

A tym, którzy wymyślili całą akcję, proponuję czuwanie (leżenie krzyżem?) przy sercu Chopina w Kościele św. Krzyża w dniach 22 lutego – 1 marca. Geniusz rodził się przecież długo…


Tomasz Cyz

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[MUZA NA RURZE – Paweł Soszyński...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/371.html Muza na rurze

Historia literatury polskiej przyzwyczaiła nas do elektryzujących, okraszonych aurą kawiarnianego skandalu, sporów między wieszczami, frakcjami i literackimi środowiskami. XIX wiek upłynął nam pod znakiem bojów między Adamem Mickiewiczem i Litwinami a Juliuszem Słowackim. Tu swoistym zenitem była pamiętna Improwizacja czy też Uczta Grudniowa, kiedy to złoty puchar wieszczenia (pierwsza polska nagroda literacka?) trafił w ręce Adama, a towarzystwo – z radości i wzruszenia – posnęło w okolicach zaimprowizowanego przez braci Januszkiewiczów baru w ich paryskim apartamencie przy rue l’Echaude 9.

Początek wieku XX to dla odmiany błyskotliwa i bardzo śmieszna, i bardzo złośliwa wymiana zdań między Witkacym i Karolem Irzykowskim, która rozegrała się na łamach poczytnych magazynów.

Do niedawna zdawało się, że czas literackich skandali i zajazdów przeminął. Trudno jednak o większą pomyłkę. Początek XXI wieku, w szczególności zaś rok 2009, był pod tym względem bogaty w wydarzenia, pomówienia oraz docinki mnożone na wysokich szczeblach kultury literackiej (a w końcu – powie za Towiańskim Mickiewicz – to właśnie „o szczeblowanie” w historii narodu polskiego chodzi).

Wszystko zaczęło się wraz ze zmierzchem roku 2008, kiedy to krytyk oraz wydawca, Piotr Marecki, w krótkim, acz ostrym jak brzytwa felietonie zaatakował Marcina Świetlickiego, posądzając go w grubych słowach o drobnomieszczaństwo. Atak ten – zauważony natychmiast – miał wiele wspólnego z wydaną chwilę wcześniej powieścią „Jedenaście”, w której Marecki został przez Świetlickiego pokazany w co najmniej podejrzanym świetle. W monologach powieściowego Mistrza uszczerbku doznaje zresztą całe środowisko Krytyki Politycznej. Nic więc dziwnego, że także Jaś Kapela – poeta, więc szanse stają się teoretycznie wyrównane – uderzył w Świetlickiego, insynuując, że Świetlicki nie tylko nie ośmieszył idei lewicowej sztuki, ale swym dziełem wystawił pomnik homoerotyzmowi. Insynuacja ta – jestem więcej niż pewien – bardzo się Świetlickiemu nie spodobała. Nie wiem tylko, czy dlatego, że – jak chce Marecki – poeta ten „zdrobnomieszczał”, czy dlatego, że, jak każdy twórca, źle znosi, kiedy w dzieło jego obcą treść się pompuje. Dociekania Kapeli nie bazują zresztą ani na zbyt wyrafinowanych przesłankach teoretycznoliterackich, ani – tym bardziej – psychologicznych: „Dziewczyna Doktora opowiadając Mistrzowi o swoim z nim związku cytuje jego słowa: «Ty młoda panno nie wiesz wszystkiego o mnie, nie możesz wiedzieć, ty nie wiesz, że to, co pokazuję na zewnątrz, to jeszcze nie jest wszystko.» Czyżby słowa te miały oznaczać, że w istocie jest on gejem, maskującym swoją tożsamość kolejnymi związkami z kobietami, które zmienia jak rękawiczki?”. Rozpoznanie naciągane, ale o to w nim – o naciągnięcie, przekłamanie, literackie pomówienie – właśnie chodzi. W tekście Mareckiego podobny zabieg musiałby nas – słusznie – oburzyć. W tekście Kapeli oburzyć nas – także słusznie – nie może.

Krytyk rozporządza w boju gazetą, poeta – strofą. Świetlicki strofuje więc przeciwników w swoim najnowszym tomiku, „Niskie pobudki” (tytuł to sprytny bardzo), gdzie w wierszu pod tytułem „Wola Ludu” nazywa Sierakowskiego „telewizyjnym działaczem młodzieżówki komunistycznej”. Nazywa więc nieładnie i niesprawiedliwie, a i pobudki kierują nim – podejrzewam – rzeczywiście „niskie”. Dosadniej rzecz określiła Kinga Dunin, która – donosi w „Przekroju” Marcin Sendecki – publicznie uznała twórczość Świetlickiego za ogólnie „gównianą”, a w ten sposób z (socjologicznym?) poślizgiem wjechała w centrum toczącego się sporu. Ta sama Kinga Dunin uznała wreszcie w ankiecie Dwutygodnika.com, że przyznanie poecie nagrody przez gdyńskich jurorów to „największy niesmak 2009 roku”.

Tomik Świetlickiego został również poddany krytyce, choć nie został z równą siłą „sflekowany”, przez Kapelę, który – bardzo zresztą dowcipnie – odniósł się do zamieszczonej w nim poezji na internetowych łamach „Krytyki Politycznej”; głównie zaś skupił się na treści zawartej w zaangażowanej i angażującej frazie z „Wiersza doraźnego”, w której Świetlicki ironizuje (?): „Wkurwić lewaka, obśmiać mentalnego pedała: całe moje zadanie”. „Mentalnego pedała” Kapela – w ramach retorycznego chwytu – wziął do siebie, z czego bardzo wesoły i pouczający morał wyciągnął w końcowym rozpoznaniu swego felietonu: „Świetlicki, nie bez udziału Krytyki Politycznej, w końcu zrozumiał, że ma do wyboru już na zawsze pozostać wyrafinowanym kloszardem albo zacząć się spierać. Na szczęście, dla polskiej poezji i sfery publicznej, wybrał to drugie.”

Można by powiedzieć: tak spierają się „poety”. Sprawa nie jest jednak pewna, gdyż Roman Honet – także poeta – wyjaśnił ostatnio, iż Kapela poetą wcale nie jest, odwołując się – świadomie? przypadkiem? za sprawą duchowych podszeptów? – do strategii, którą 170 lat temu zastosował Mickiewicz w stosunku do Słowackiego (przypomnijmy sobie słowa wieszcza, rzucone pod adresem przyszłego autora „Beniowskiego” w trakcie wspomnianej Uczty z 1840 roku: „W świątyni jego Boga nie ma”). Nie wiem co prawda, czy Honet zrzuca Kapelę z Parnasu, bo w świątyni Boga nie ma, czy też świątynia nie jest nawet kaplicą, a w kaplicy, o czym wiemy od Mickiewicza, Bóg się raczej nie objawia, co najwyżej grzeszne duchy – w każdym razie Kapela od „muz czystego zdroju” zostaje odcięty (czytaj: jego wiersze nie ukażą się w zbiorze „Poeci na Nowy [XXI] Wiek”). Nie mam jednak pewności, czy Honet do zrzucania Kapeli z Parnasu ma prawo – no, chyba że jest Mickiewiczem…

Ciekawe, co będzie dalej? Rok 2009 należałoby – w każdym razie – uznać za bardzo udany. Gorączka romantyczna bowiem trwa i ma się bardzo dobrze, co literaturze „na nowy wiek” wróży chyba nienajgorzej.

Paweł Soszyński

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[Tomasz Cyz życzeniowo o kulturze...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/369.html Trzy zasady na Nowy Rok

O cięciach budżetu na produkcje kierownictwo TVP Kultura dowiedziało się nieoficjalnie.

O cięciach budżetu o 50% pracownicy Notatnika Teatralnego dowiedzieli się nagle, kilka dni przed nowym rokiem.

O planach likwidacji radiowych zespołów artystycznych ich dyrektorzy dowiedzieli się z prasy.

Co w tym dziwnego?

Nic. I wszystko. Bo najmocniej mówiąc, świadczy to o głębokim – ale naprawdę głębokim – kryzysie kultury. Kultury jako elementu życia społecznego. Kultury  jako dobra wspólnego.

Dla władzy – każdej, nie oszukujmy się – kultura jest tylko dodatkiem. Dlatego zawsze będzie traktowana instrumentalnie. I z pełnym cynizmem.

Dlatego kolejne zarządy TVP i PR, tłumacząc się kryzysem, spadkiem abonamentu i szukaniem oszczędności, będą „obcinały” wydatki na kulturę (tzw. wysoką). Dlatego włodarze (gminni, samorządowi, ogólnopolscy) zawsze znajdą pretekst, żeby odwołać dyrektora muzeum, teatru, filharmonii, żeby zlikwidować czasopismo.

Co można zrobić. Można podpisywać listy poparcia, sprzeciwu itp.

Można też zapamiętać trzy zasady. Na Nowy Rok:

1) Może w życiu nic nie ginie. Ale w kulturze ginie wszystko. Szybko. I bardzo trudno to wskrzesić.

2) Kultura nie przynosi dochodu od razu. Jest inwestycją, liczoną na lata, czasem na wieki. (Weźmy takiego Mozarta. Umarł bez echa, pochowany w bezimiennym grobie. A dziś?)

3) Kultura – powtórzę – jest dobrem wspólnym. Więc jeśli – Panie Prezydencie, Panie Prezesie, Panie Prezesie – coś likwidujecie i nic nie proponujecie w zamian, to niszczycie to dobro i tę wspólnotę.

Pamiętajcie o tym, słuchając na przykład „Eine Kleine Nacht Musik”. Wszystkiego najlepszego!


Tomasz Cyz

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[CO MA ZROBIĆ ŻUBR Z BIAŁOWIEŻY,...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/368.html CO MA ZROBIĆ ŻUBR Z BIAŁOWIEŻY, ŻEBY NIE ZDECHNĄĆ?

To pytanie jest według Pawła Passiniego metaforycznym opisem dramatycznej sytuacji, w jakiej znaleźli się młodzi polscy twórcy teatralni. Teoretycznie zrobić może niewiele, ale już sam fakt snucia rozważania i  aktywizmu daje szansę na odwrócenie smutnych kolei losu (czytaj: sytuacji w polskim życiu teatralnym i proponowanych reform). Takie przekonanie towarzyszyło też „dobrowolnej i spontanicznej” inicjatywie Forum Obywatelskiego Teatru Współczesnego. Mimo niesformalizowanej i niebudżetowanej struktury, FOTW stworzył manifest oraz listę postulatów, które mają szansę stać się punktem wyjścia do rozmowy z Ministrem Kultury. Czy coś może z tego wyniknąć, czy też (nie)spodziewana obecność na równoległym Forum Polskiego Teataru i słowa Jana Krzysztofa Bieleckiego należy odczytywać jako bezdyskusyjną emanację poglądów Systemu?

W REŻIMIE CO DRUGI POLAK MOŻE GŁODOWAĆ, ALE TEATRY BĘDĄ DOBRZE DOFINANSOWANE.

Tak były premier skomentował wypowiedź z sali, wzywającą do traktowania kultury z należytą powagą – jako sferę rzeczywistości pozwalającą społeczeństwu uchronić się od całkowitego upadku. Zaraz potem dodał, że główną wartością kultury jest stymulowanie kreatywności u obywateli (a jak wiadomo, z kapitałem społecznym w naszym kraju nie jest najlepiej). Z tą tezą na pewno zgodził się w duchu Michał Boni – siedzący na końcu tego samego rzędu. Nie zgodziła się natomiast publiczność: w odpowiedzi padło – „niech Pan prezes skończy”. Jednak nienaganna pod względem konstrukcji retorycznej mowa była zgodna z duchem pragmatyzmu panującym na podium panelistów. Dyrygentem debaty „Ustrój i system finansowania teatrów – obecny stan prawny i założenia reformy” był Paweł Dangel – przedstawiciel jednej z największych firm finansowych świata, wspierającej, jak głosi dołączona do programu biograficzna nota, szczególnie i hojnie teatr.

Do słów najbardziej znaczących – dedykowanych politykom wprost – zaliczam natomiast te wypowiedziane przez Macieja Nowaka: polskie władze nie dość dobrze dbają o warunki pracy artystycznej i nie traktują twórczości jako podstawy polityki kulturalnej.

Notowała: Katarzyna Tórz

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[Grotowski 2010? Nigdy w życiu....]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/367.html Być może Paweł Soszyński chciałby, żeby Grotowski świętowany był nieustająco. A może chce zupełnie odwrotnie. Nieważne. Rok 2010 i tak jest i będzie Rokiem Chopina. I basta!

16 grudnia 2009 roku na specjalnej konferencji w Operze Narodowej (pewnie dlatego, że Chopin nie napisał żadnej opery, a operę kochał jak mało kto) Bogdan Zdrojewski (Minister Kultury), Waldemar Dąbrowski (Koordynator Roku) oraz Andrzej Sułek (dyrektor NIFC) ogłosili plan wydarzeń 2010 roku. Bogaty. Ciekawy. A jakże. (Pewnie dlatego zrobili to we trójkę.)

Powiedzieli m.in. o „Międzynarodowym Komitecie”, w którym – obok Prezydenta (Honorowego Patrona Roku 2010) czy Premiera (Przewodniczącego Komitetu) – „zasiadają” m.in. Martha Argerich, Krystian Zimerman, Marc Minkowski, Valery Gergiev, Henryk Mikołaj Górecki, Wojciech Kilar, Krzysztof Penderecki, Plácido Domingo, Jose Manuel Durao Barroso, Magdalena Abakanowicz, Frank Gehry, Andrzej Wajda, Al Gore…
O „Komitetach Honorowych” powstałych w kilkudziesięciu krajach, w których zgodzili się być m.in. Frédéric Mitterrand, René Martin, Bernardo Bertolucci, Umberto Eco, Seamus Heaney, Frank Gehry, Książę Abdullah bin Faisal bin Turki… O koncertach w Europie (Paryż!, a także Festiwal „Białe noce” w Petersburgu czy „La Folle Journée de Nantes”), Azji (specjalny Rok Chopina w Chinach), Ameryce…
Oczywiście o XVI Konkursie Chopinowskim (2-23 października 2010), o powstającym właśnie multimedialnym Muzeum Chopina w Pałacu Ostrogskich w Warszawie (planowane otwarcie 1 marca 2010), o odnawianych właśnie Dworku Chopina w Żelazowej Woli i kościele w Brochowie, gdzie Chopin był chrzczony…

Jak to ogarnąć? Na czym się skupić? Powstaną nowe opery, balety, płyty, omówienia, interpretacje, książki. Piotr Adamczyk powinien mieć specjalny tour de Pologne (a może lepiej nie po francusku?), by przybliżyć wszystkim „pragnienie miłości” Fryderyka Chopina. Głowa boli już od samych nazwisk, ilości miejsc, częstotliwości zdarzeń. (Może wystarczy samo to, że chiński pianista Lang Lang grał utwory Chopina 10 grudnia 2009 w Oslo, podczas uroczystości wręczenia Barackowi Obamie Pokojowej Nagrody Nobla...)

Ja chciałbym tylko jednego. Żebyśmy za rok o tej samej porze chcieli jeszcze słuchać muzyki Chopina. Tak normalnie, nie od święta. Słuchać, a może lepiej grać. Samemu. Z nut albo z pamięci. Byle od serca.

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000
<![CDATA[Rok Grotowskiego 2010? Komentuje...]]> http://www.dwutygodnik.com/aktualnosci/366.html Rok Grotowskiego 2010?

Można już mówić o pewnej tendencji (zwrocie?) w historii teatru wywodzącego się z tradycji Grotowskiego. Otóż teatr ten po początkowej ucieczce z miasta rozumianego jako centrum kultury i teatru instytucjonalnego oraz późniejszych podziałach (które nie miały zazwyczaj zbyt wiele wspólnego z promowaną przez Grotowskiego, szlachetną, a więc pożądaną, zdradą mistrza przez ucznia), ulega nagłej centralizacji – przynajmniej geopolitycznej.

Włodzimierz Staniewski porzuca Gardzienice, by spożytkować nieodkryty podobno (źle odkryty?) potencjał teatralny warszawskiej Pragi, gdzie od lat działa jego były współpracownik, Piotr Borowski wespół z innymi teatrami (choćby byłą niestety Komuną Otwock, której – Staniewski powinien porozmawiać z Laszukiem – przyjazd do Warszawy dobrze chyba nie zrobił). Nowym „ośrodkiem” Gardzienic ma stać się tak zwana „Hala Wysokich Napięć” (wcześniej odkryta choćby przez organizatorów Warszawskiej Jesieni) przy warszawskiej SWPS. Sprawa jest jednak niepewna: wymieniono listy, nie podpisano umowy. Staniewski szuka dalej, mimo że proponowana siedziba przy uczelni wyższej tworzy szansę na, jak przypuszczam cenną dla Staniewskiego, współpracę merytoryczną z ośrodkiem akademickim. Staniewski jednak nie chce się zdecydować – być może przeszkadza mu fakt, że SWPS jest uczelnią prywatną. Związanie się z Uniwersytetem Warszawskim wprowadziłoby zapewne większą jasność w zasady finansowania „Gardzienic”, choć na wahanie ich twórcy mogą też mieć wpływ czynniki bardziej „merytoryczne”, lub – jak wynika z wywiadu, udzielonego Gazecie Wyborczej - „merytoryczne” pośrednio.

We wspomnianym wywiadzie, przeprowadzonym przez Romana Pawłowskiego, Staniewski stwierdza gorzko: „w całym kraju następuje degrengolada aspiracji społecznych i zawężenie myślowych horyzontów. Nie myśli się w kategoriach długofalowych działań, ale doraźnych i przyziemnych. W efekcie coraz trudniej jest działać na światową skalę, operując na prowincji”. Czy SWPS działa na wystarczająco „światową skalę”? Trudno orzec, ale z pewnością to Instytut Kultury Polskiej, UW, a nie SWPS, organizuje międzynarodową konferencję, zamykającą obchody Międzynarodowego Roku Grotowskiego, gdzie gościć będą międzynarodowi współpracownicy/komentatorzy pracy polskiego reżysera. Co by to było – myślę sobie – gdyby uszu Thomasa Richardsa, Jamesa Slowiaka czy Jairo Cuesty, dyskutujących o spuściźnie Grotowskiego, dobiegły białe zaśpiewy i tupot bosych stóp aktorów Staniewskiego, ćwiczących budynek obok? Byłaby to scena wielce wymowna. Pewnie tylko dla mnie, w końcu Staniewski od zawsze odżegnuje się od jakichkolwiek związków z teatrem Grotowskiego. W każdym razie Staniewski, choć na SWPS zdecydować się nie może, do Warszawy zawita.

Kolejny, mocny reprezentant teatru wywodzącego się, by nikogo nie urazić, z tradycji około wrocławskiej drugiej połowy ubiegłego wieku, to Grzegorz Bral – były aktor teatru „Gardzienic” i założyciel świetnego „Teatru Pieśni Kozła”. I on wkrótce zawita w Warszawie, jako nowy dyrektor artystyczny Teatru Studio w PKiN (o czym dowiadujemy się dzisiaj). Tu zmiana jest mniej drastyczna, bo Bral urzędował dotychczas we Wrocławiu. Jednak tendencja warszawska działa i w tym przypadku.

Przyznam więc, że najbliższy rok zapowiada się emocjonująco. Podczas gdy naukowcy i oficjalni spadkobiercy dyskutują o spuściźnie Grotowskiego, w teatrze wywodzącym się z jego tradycji zachodzą dramatyczne zmiany, a Rok Grotowskiego może – na zupełnie innych zasadach oraz dzięki innym bohaterom – potrwać także w roku 2010. Czy miejscem centralnym obchodów będzie „Hala Wysokich Napięć” czy Plac Defilad, przyjdzie nam jeszcze rozstrzygnąć. Wiadomo już jednak, że to nie Wrocław, a Warszawa (co samo w sobie jest na zmianę znamienne i zastanawiające) będzie główną areną sporów i dyskusji, a także gruntem pod teatralną widownię.  

Paweł Soszyński

]]>
Thu, 11 Mar 2010 07:40:31 +0000