NIENAWIŚĆ: Krzyk w lesie
Ilustracja: Zhenia Oliinyk

14 minut czytania

/ Obyczaje

NIENAWIŚĆ: Krzyk w lesie

Lia Dostlieva

Zniuansowana rozmowa o nienawiści zawsze będzie trudna, bez względu na to, z której strony zaczniemy. Tym bardziej jeśli mowa o kontekście ukraińskim i problemie, jak mówią, „obmierzłej ukraińskiej nienawiści”

Jeszcze 4 minuty czytania


Podczas gdy krążyłam wokół pustej strony nowiutkiego dokumentu tekstowego na moim komputerze pod roboczym tytułem „Nienawiść”, wydarzyła się następująca historia.

Ukrainka, która obecnie przebywa w jednej z europejskich stolic, zdecydowała się zapoznać na Tinderze mężczyznę z Ukrainy i niespodziewanie dla niej samej okazało się, że wiele osób, które podają się tam za Ukraińców – tak naprawdę są obywatelami Rosji. Oburzona i rozgoryczona, napisała o tym na jednej z lokalnych grup feministycznych, aby ostrzec inne kobiety. Wspominała między innymi, że w trakcie rozmowy ci mężczyźni rozpowszechniają typowe dla propagandy rosyjskiej narracje, i zachęcała Ukrainki do ostrożności.

Jednak inne uczestniczki grupy (spoza Ukrainy), zamiast wesprzeć, zaczęły obwiniać ją o rusofobię, kreowanie własnej ksenofobicznej bańki i nawet zarzucały jej, że rosyjscy mężczyźni są zmuszeni do ukrywania swojej tożsamości właśnie przez hejt ze strony takich jak ona. Tych, które wyraziły współczucie lub solidarność, było znacznie mniej niż tych, które pisały rzeczy w stylu „to oczywiste, że celem tego posta jest nawoływanie do nienawiści wobec wszystkich Rosjan”, „paszport nie określa tożsamości, jeśli ci ludzie mówią, że są Ukraińcami – trzeba im wierzyć”, „nie mogę uwierzyć, że taka treść mogła pojawić się w przestrzeni publicznej” i „no cóż to po prostu rasizm”. Jedna osoba skomentowała nawet, że pisząca „najpewniej potrzebuje profesjonalnej pomocy psychiatrycznej”.

Czy jest coś ksenofobicznego w tym, że kobieta, która uciekła przed wojną do obcego kraju, czuje się samotna i szuka wsparcia wewnątrz własnej wspólnoty? Czy jest przejawem ślepej nienawiści pragnienie rozmowy z kimś, kto mówi w twoim języku? Nie sądzę. Jeśli wziąć jeszcze pod uwagę gwałty dokonywane masowo przez rosyjskich żołnierzy na ukraińskich kobietach na terytoriach tymczasowo okupowanych, staje się oczywiste, że traktowanie tej sytuacji jako niebezpiecznej jest najzupełniej racjonalne – tak samo jak racjonalne są i inne kobiece lęki, przestrogi i strategie na przeżycie.

Mimo to w zachodniej grupie feministycznej zostało to przyjęte jako przejaw agresji, niczym nieumotywowanej nienawiści, zbudowanej na etnicznych i ideologicznych kategoriach. To, że ta kobieta albo inne kobiety, które zna, mogły bezpośrednio ucierpieć w wyniku przemocy seksualnej rosyjskich wojskowych, nie zostało wzięte pod uwagę. Wojnę wspominano w komentarzach tylko jako „okropną sytuację”, która przeszkadza jej w uświadomieniu sobie, jak ksenofobiczna jest niechęć chodzenia na randki z rosyjskimi mężczyznami, którzy twierdzą, że są Ukraińcami.

Piszę o tej historii, bo to zręczna wielopoziomowa ilustracja tego, o czym zamierzam mówić dalej. To, z czym zetknęła się ta kobieta, jest tylko jednym z wielu przejawów gaslightingu, z jakim od początku inwazji na pełną skalę spotyka się ukraińska wspólnota. Wystarczy tylko wyrazić pragnienie odgrodzenia od rosyjskiej kultury odrobiny własnej symbolicznej przestrzeni – czy jak w przypadku tej kobiety, własnego łóżka od rosyjskich mężczyzn.

Zniuansowana rozmowa o nienawiści zawsze będzie trudna, bez względu na to, z której strony zaczniemy. Tym bardziej jeśli mowa o kontekście ukraińskim i problemie, jak mówią, „obmierzłej ukraińskiej nienawiści” do wszystkiego, co rosyjskie, widzianej oczyma Zachodu – przyjdzie nam długo rozsupływać ten węzeł.

Zacząć trzeba nieco z dystansu. Rosyjska inwazja na pełną skalę wywołała w świecie bezprecedensowe zainteresowanie wszystkim, co ukraińskie. Ilość Emergency Residencies, stworzonych specjalnie dla ukraińskich działaczy kulturalnych, była na tyle duża, że z czasem, jak się zdaje, przewyższyła zapotrzebowanie: już na początku lata na prośbę znalezienia jakiegoś ukraińskiego artysty/artystki na kolejny program rezydencyjny byłam zmuszona odpowiadać, że wśród moich znajomych wszystkie potencjalnie zainteresowane osoby albo już są na takich programach, albo nie mogą (czy dla zasady nie chcą) wyjechać z Ukrainy, albo służą w Siłach Zbrojnych Ukrainy. Jednak zainteresowanie ukraińską tematyką i „stworzenie przestrzeni, w której mogą swobodnie rozbrzmiewać ukraińskie głosy” (cytat z jednego z licznych anonsów) nie oznacza gotowości do rozumienia, wchodzenia w szczegóły, a nawet wysłuchania, o czym te tak zwane ukraińskie głosy mówią. Czasami po wzięciu udziału w wydarzeniach poświęconych Ukrainie miałam wrażenie, że gdybym zamiast tego poszła do lasu pokrzyczeć – siła wpływu na dyskurs byłaby mniej więcej taka sama. W sali byli albo swoi i ci, którzy i tak o Ukrainie już wszystko wiedzą, albo ci, którzy przyszli wypluć na uczestników wyświechtany zbiór stereotypów (Zabroniliście języka rosyjskiego! Jak to tak z Dostojewskim? What about Azov?), albo ci, którzy niby to są po ukraińskiej stronie, ale nie starają się nawet zastanowić nad tym, o co chodzi uczestnikom spotkania. Sam fakt ukraińskiej obecności zupełnie im wystarcza. „Wszystkie wasze formy wyrazu artystycznego były bardzo ciekawe, a myśli – bardzo głębokie. Dziękujemy!” – tak zakończył przemowę dyrektor instytucji na otwarciu jednej z wystaw, której znaczna część dotyczyła Ukrainy.

Od początku wojny na pełną skalę próby prowadzenia głębokich rozmów, jak równy z równym, z zachodnimi środowiskami odbijają się jak od ściany, stale od jednego i tego samego – niezdolności do zobaczenia Rosji jako imperium (imperialna niewinność, jak trafnie określiły to zjawisko Botakoz Kassymbekova i Erica Marat), nieprzepracowanej kolonialnej dynamiki wewnątrz samego zachodniego społeczeństwa i braku gotowości do zobaczenia ukraińskiej podmiotowości jako istniejącej a priori, a nie jako czegoś takiego, co trzeba za każdym razem udowadniać i o co walczyć. Czasami ta ściana powoli się poddaje – na przykład: obraz ukraińskiego artysty Wasyla Jermiłowa, który pięć lat przewisiał w MoMA do góry nogami pomimo ciągłych prób skontaktowania się z instytucją ze strony ukraińskiej, po 24 lutego niespodziewanie udało się przewiesić.

Podobnie jak i przed 24 lutego, to, co mówią osoby z Ukrainy, najczęściej postrzega się jako „ukraiński punkt widzenia”, emocjonalne osądy, które opierają się na subiektywnym doświadczeniu, a nie realnej wiedzy. Miałam na przykład przyjemność być słuchaczką na konferencji poświęconej Ukrainie, gdzie wszystkich ukraińskich kolegów, bez względu na ich stopień naukowy i zainteresowania, zgrupowano w jeden panel pod nazwą „ukraińskie głosy”, podczas gdy prelegenci z zachodnich uniwersytetów występowali w panelach tematycznych, niezależnie od pochodzenia. Czy często słyszymy w takim kontekście o „niemieckich” albo „francuskich głosach”? Nigdy? Czasem mam wrażenie, że kiedyś często wykorzystywane przez badaczy określenie native informant, które wyszło z mody ze względu na swoje kolonialne brzmienie, wydeptało sobie ścieżkę z powrotem do społecznego dyskursu w przebraniu Ukrainian voice.

Cóż, odmawianie dawnemu kolonizowanemu prawa do własnego głosu poprzez marginalizację i ogłoszenie go zbyt emocjonalnym, zbyt straumatyzowanym, nie dość zdystansowanym czy jeszcze jakimś zbyt i nie dość, żeby zadowolić sztywne i wymyślne kryteria tak zwanej obiektywności (która właśnie powinna oddzielać histeryczne lamenty od niezaangażowanej informacji), nie jest niczym nowym – pisali o tym prawie wszyscy badacze kolonializmu od Edwarda Saida do Frantza Fanona i od Gayatri Chakravorty Spivak do Leeli Gandhi.

A co ma z tym wspólnego nienawiść? Oto co: traktowanie stwierdzeń, które padają ze strony ukraińskiej, jako surowych emocji, pozwala charakteryzować je jako przejawy nienawiści. Zbyt łatwo traktować jako hate speech absolutnie wszystko, co z jakichś przyczyn wywołuje dyskomfort i wychodzi poza ramy ustalonego postrzegania świata, często kreślonego przez ten sam kolonialny mind set i wbudowaną w niego dynamikę władzy. Szczególnie dotyczy to starań ukraińskich działaczy kulturalnych, aby oddzielić własną przestrzeń symboliczną od rosyjskiej – nalepienie etykiety „nienawiść” zazwyczaj łączy się także z zarzutami o ksenofobię i idzie w parze z obwinianiem o wojowniczy nacjonalizm. Ciekawe jest także to, że często w obronie swojej dominującej pozycji rosyjska kultura wykorzystuje aparat pojęciowy, opracowany w celu ochrony grup wrażliwych i różnego rodzaju mniejszości: obwinianie o cenzurę, wywoływanie wrogości i prześladowanie za przynależność etniczną padają nawet wtedy, kiedy jest zupełnie jasne, że ukraińska strona nie dysponuje takimi narzędziami opresji.

Ukraińska reżyserka wyłącza swoją pracę z programu znanego zachodniego festiwalu, bo nie chce być w tej samej kategorii z twórcami, którzy identyfikują się jako rosyjscy? Język nienawiści, próba cenzurowania swobody wyrazu artystycznego. Ukraińska kuratorka odmawia tworzenia wspólnej rosyjsko-ukraińskiej wystawy antywojennej? Agresywny nacjonalizm. Uczestnicy z ukraińskiego miasta, które codziennie od ośmiu miesięcy ostrzeliwują Rosjanie, wstają i schodzą ze sceny, kiedy wcześniej niezapowiadana uczestniczka dyskusji okazuje się Rosjanką i decyduje się odczytać swoje wiersze o tym, jak ciężko żyje się jej przez pochodzenie? Nienawiść. Ukraińska uchodźczyni w berlińskiej instytucji państwowej prosi, żeby rozmawiać z nią po angielsku, a nie po rosyjsku? Znowu nienawiść. Ukraińska kobieta boi się rosyjskich mężczyzn, którzy udają Ukraińców? Jasne, że nienawiść.

Tych historii jest tak wiele, że można byłoby je opowiadać w nieskończoność. Mają jedną wspólną cechę: nienawiścią nazywa się głośne „nie” wypowiedziane przez dawnego kolonizowanego, usłyszane z kolonialnej perspektywy.

W tych historiach o „obmierzłej ukraińskiej nienawiści” jest jeszcze jeden wymiar, który nazwałabym genderowo-psychiatrycznym. Czytając komentarze o nadmiernej emocjonalności i psychicznej niestabilności, z którymi musi stykać się ukraińska wspólnota, warto pamiętać, że poza podważaniem w ten sposób wszystkiego, o czym mówią Ukraińcy, te komentarze mają też długą kolonialną tradycję. W ciągu swojego istnienia zachodnia psychiatria służyła już za instrument kolonialnego rasizmu, homofobii i systemowej przemocy wobec kobiet (pisze o tym Richard C. Keller w książce „Psychiatry in French North Africa” (2007)). Przez stulecia inny sposób okazywania emocji, inne zachowanie, punkt widzenia czy nawet inny wygląd mogły stać się powodem izolacji człowieka od reszty społeczeństwa i konieczności przymusowego leczenia. Tak na przykład u uczestników ruchu walki o prawa obywatelskie i antyrasistowskich demonstracji w USA często diagnozowano tak zwaną psychozę protestu, a „czarna schizofrenia” w latach 60. i 70. uważana była za przyczynę kryminalnych zachowań: media mnożyły obrazy zezwierzęconego czarnoskórego złoczyńcy, który zaślepiony nienawiścią z bronią w ręku błąka się po mieście, szukając swojej kolejnej białej ofiary. O tym szczegółowo pisze Jonathan Metzl w pracy „The Protest Psychosis: How Schizophrenia Became a Black Disease” (2011).

Współczesnym wymiarem problemu jest medykalizacja doświadczeń traumatycznych: często kobietom, które doświadczyły przemocy i molestowania, stawia się różnorodne diagnozy psychiatryczne – od depresji po zaburzenia osobowości, podczas gdy stany i emocje, które odczuwają, są bezpośrednią reakcją na traumę, a nie chorobą (na przykład badania dr Jessiki Taylor w „Sexy But Psycho: How the Patriarchy Uses Women’s Trauma Against Them” (2022)). Skrzywdzona kobieta może odczuwać brak zaufania do nowych ludzi. Ograniczyć kontakty z mężczyznami albo unikać przebywania z nimi w jednym pomieszczeniu. Ponieważ przejawianie negatywnych emocji we współczesnym świecie jest tabu i niepożądane, presja otoczenia – przyjaciele, rodzina, partner – będzie na różne sposoby skłaniać ją do tego, żeby zwróciła się po pomoc medyczną, która najprawdopodobniej związana będzie z postawieniem diagnozy i lekami na receptę. Kontekst, w którym te emocje się pojawiły, jest ignorowany, a odpowiedzialność za związaną z przemocą traumę przenosi się z tego, kto dopuścił się przemocy, na ofiarę.

Brzmi znajomo, czyż nie? Szczególnie jeśli dodać do tego fakt, że ze względu na ograniczenia możliwości wyjazdu dla mężczyzn w wieku poborowym i na proporcję płci w sektorze kulturalnym znaczny procent osób, które biorą udział w tych niekończących się dyskusjach i wydarzeniach, to ukraińskie kobiety.

Do skarbonki z historiami o psychicznie niestabilnych Ukrainkach dorzucę też swoją własną. Na otwarciu zbiorowej wystawy (niezwiązanej z Ukrainą), na której wystawiono też moją pracę, podszedł ze mną porozmawiać – a raczej urządzić mi prysznic stereotypów – jeden ze zwiedzających, zachodni biały mężczyzna w średnim wieku. Po serii pytań typu: „Kiedy Ukraina zrozumie, że sprzeciw nie ma sensu, i odda swoje terytorium?”, „Czemu nie chcecie ratować ludzkiego życia i się poddać?”, „Czemu tak nienawidzicie wszystkiego, co rosyjskie?”, i moich dość ostrych odpowiedziach podsumował naszą rozmowę zdaniem: „You are hateful and clearly unstable, that’s not how you win a war!”. Poprosiłam, żeby więcej się do mnie nie zbliżał, czym tylko potwierdziłam wrażenie, że w oczywisty sposób jestem niestabilna.

I mimo wszystko cóż mamy począć z nienawiścią, która jest tym, czym jest – właśnie nienawiścią? Myślę, że wkrótce przyjdzie nam o tych rzeczach dyskutować: co to takiego nienawiść i wobec kogo jest ona faktycznie skierowana?, gdzie zaczyna się i kiedy kończy? Jednak ta rozmowa może odbyć się tylko pod jednym warunkiem: inicjatywa powinna wyjść od ukraińskiego społeczeństwa wtedy, gdy będzie na to czas, potrzeby i możliwości, i odbyć się na naszych własnych zasadach, naszymi własnymi słowami i dla nas samych.

Przeł. Joanna Majewska-Grabowska  

Dział ukraiński powstaje dzięki dofinansowaniu European Cultural Foundation, Instytutu Goethego w Warszawie, Krakowskiego Biura Festiwalowego, Centrum Dialogu im. Juliusza Mieroszewskiego oraz Instytutu Nauk o Człowieku w Wiedniu.

Partnerzy działu ukraińskiego w Dwutygodniku