Na scenie własnej głowy
Bob May / CC BY-NC-SA 2.0

20 minut czytania

/ Literatura

Na scenie własnej głowy

Rozmowa z Grzegorzem Bogdałem, Tomaszem Różyckim i Aleksandrą Tarnowską

Sens pisania widać może najwyraźniej, gdy się je kończy. Ze świadomością, że nie posypało się w połowie, choć mogło – mówią autorzy i autorka nominowani do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy w kategorii proza

Jeszcze 5 minut czytania

MAGDALENA CZUBASZEK: Ojciec w waszych książkach – co to za instancja?
TOMASZ RÓŻYCKI: W mojej książce „Złodzieje żarówek” historia się zaczyna od słów: „Słuchajcie, jak skoczyła moja matka”. Ale potem następuje gest ojca, który mówi synowi: „Idź zmielić kawę”. Cała akcja wynika z tego posłania. Potem jest przebitka z fabryki, w której ojciec pracuje jako ślusarz. Na skórze ma pełno powbijanych metalowych drzazg. Świeci cały na srebrno. Widziałem takich ludzi w moim dzieciństwie. Jest kimś księżycowym, wydaje się wręcz nierealny, nieziemski.

ALEKSANDRA TARNOWSKA: A w moim „Wniebogłosie” ojciec jest, bo jest. Mrukliwy, nie zajmuje się dzieckiem. Dbanie o syna zrzuca na matkę. Problem pojawia się, gdy ta umiera. Wtedy dopiero widać, że ojcu nie idzie. Nie myśli o synu. Bo dla niego to nie jest równościowa relacja. Rysiek nie ma prawa do rozmowy z ojcem tak jak inni dorośli. Nie ma prawa do własnego zdania i po prostu się go boi. Nie spędza z nim czasu. Są razem, ale osobno.

GRZEGORZ BOGDAŁ: U mnie ojciec jest ważną postacią w tytułowym cyklu czterech opowiadań „Idzie wielki chłopak”. To historie w dużej części o nim. Ojciec jest dziwny. To człowiek wielu zawodów. Nie tyle ktoś w drodze, ile ktoś, kto wciąż nie znalazł własnego wcielenia. Nie wiadomo, kim jest, kim chciałby być. Tę trudność oddają kostiumy, które na siebie zakłada, zwierzęta, którymi się opiekuje. Mimo że ma już swoje lata, nie nabrał ostatecznego kształtu. Jest postacią migotliwą. I chyba Szymon, jego syn, w kontrze do ojca chciałby raz na zawsze wiedzieć, kim jest.

Ojciec bywa ścianą, przeciwnikiem, ale u was jest chyba coś większego od niego?
Aleksandra Tarnowska: No, we „Wniebogłosie” Ryśka stopuje rodzina. Chłopak chce śpiewać, grać w kapeli, ale wychodzą na jaw zaszłości, przeszłość ojca i innych osób. Z tego powodu bliscy chłopaka nie pozwalają mu na realizację marzeń. Z drugiej strony on sam nie mówi wprost, czego chce. A gdy już mu się to zdarzy, zawsze wybiera najgorszy możliwy moment. Słyszy wtedy odpowiedź taką, jakiej się spodziewał. Stopuje go cała atmosfera.

Nagroda Literacka m.st. Warszawy Nagroda Literacka m.st. Warszawy to jedna z największych nagród literackich w Polsce. Nagrody przyznawane są w pięciu kategoriach: proza, poezja, literatura dziecięca, książka o tematyce warszawskiej oraz komiks i powieść graficzna. W przypadku literatury dziecięcej, a także komiksu i powieści graficznej nagradzani są również ilustratorzy i ilustratorki. Nagrody wynoszą 30 tys. zł, nagrodę pieniężną w wysokości 10 tys. zł otrzymują także nominowani we wszystkich kategoriach. Szczególnym wyróżnieniem jest tytuł warszawskiej twórczyni/warszawskiego twórcy, przeznaczony dla pisarek i pisarzy w szczególny sposób związanych z Warszawą. Otrzymują oni nagrodę w wysokości 100 tys. zł. Fundatorem i organizatorem nagrody jest miasto stołeczne Warszawa.  Oto tegoroczne nominacje w poszczególnych kategoriach:   Proza ·        Grzegorz Bogdał, „Idzie tu wielki chłopak”, Wydawnictwo Czarne  ·        Tomasz Różycki, „Złodzieje żarówek”, Wydawnictwo Czarne  ·        Aleksandra Tarnowska, „Wniebogłos”, Wydawnictwo ArtRage  Poezja ·        Justyna Kulikowska, „Obóz zabaw”, Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Poznaniu  ·        Marcin Orliński, „Późne słońce”, Wydawnictwo Wolno  ·        Marta Podgórnik, „Erwin i Fatum”, Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Poznaniu  Literatura dziecięca ·        Anna   Kaźmierak (tekst i ilustracje), „Gdzie ty jesteś, koguciku?”, Wydawnictwo Wytwórnia  ·        Marta Lipczyńska-Gil (tekst), Marta Ignerska (ilustracje), „Ferment w mieście”, Wydawnictwo Hokus-Pokus  ·        Maria   Strzelecka (tekst i ilustracje), „Hajda. Beskid bez kitu”, Wydawnictwo Libra PL  Książka o tematyce warszawskiej ·        Katarzyna Chudyńska-Szuchnik, „Świdermajerowie”, Wydawnictwo Dowody  ·        Tymon Grabowski, „Paskudnik Warszawski”, Wydawnictwo Złomnik  ·        Michał Książek, „Atlas dziur i szczelin”, Wydawnictwo Znak  Komiks i powieść graficzna ·        Katarzyna „Falauke” Czarna, „Czy wszystko smakuje?”, Kultura Gniewu  ·        Maciej Sieńczyk, „Spotkanie po latach”, Wydawnictwo Literackie  ·        Jacek Świdziński, „Festiwal”, Kultura Gniewu  Zwycięzcy tegorocznej edycji zostaną ogłoszeni 15 czerwca podczas gali finałowej.Nagroda Literacka m.st. Warszawy

Nagroda Literacka m.st. Warszawy to jedna z największych nagród literackich w Polsce. Przyznawana jest w pięciu kategoriach: proza, poezja, literatura dziecięca, książka o tematyce warszawskiej oraz komiks i powieść graficzna. Nagrody wynoszą 30 tys. zł, a nagrodę pieniężną w wysokości 10 tys. zł otrzymują także wszyscy nominowani. Szczególnym wyróżnieniem jest tytuł warszawskiej twórczyni/warszawskiego twórcy, przeznaczony dla pisarek i pisarzy w szczególny sposób związanych z Warszawą. Otrzymują oni nagrodę w wysokości 100 tys. zł. Fundatorem i organizatorem nagrody jest miasto stołeczne Warszawa.

Oto tegoroczne nominacje w poszczególnych kategoriach:
Proza: Grzegorz Bogdał, „Idzie tu wielki chłopak”; Tomasz Różycki, „Złodzieje żarówek”; Aleksandra Tarnowska, „Wniebogłos”
Poezja: Justyna Kulikowska, „Obóz zabaw”; Marcin Orliński, „Późne słońce”; Marta Podgórnik, „Erwin i Fatum”
Literatura dziecięca: Anna Kaźmierak (tekst i ilustracje), „Gdzie ty jesteś, koguciku?”; Marta Lipczyńska-Gil (tekst), Marta Ignerska (ilustracje), „Ferment w mieście”; Maria Strzelecka (tekst i ilustracje), „Hajda. Beskid bez kitu”
Książka o tematyce warszawskiej: Katarzyna Chudyńska-Szuchnik, „Świdermajerowie”; Tymon Grabowski, „Paskudnik Warszawski”;  Michał Książek, „Atlas dziur i szczelin”
Komiks i powieść graficzna: Katarzyna „Falauke” Czarna, „Czy wszystko smakuje?”; Maciej Sieńczyk, „Spotkanie po latach”; Jacek Świdziński, „Festiwal”

Zwycięzcy tegorocznej edycji zostaną ogłoszeni 15 czerwca podczas gali finałowej.

Tomasz Różycki: Powiem sentymentalnie, że to, z czym próbuje się zmierzyć bohater w „Złodziejach…”, to czas. Albo los. Próbuje poradzić sobie z przemijaniem, istnieniem chorób i zła. Wymyśla więc, że wszystko jest sprawką bogów, którzy rozrabiają, dosiadają ciał znajomych sąsiadów. Dlatego jego kolega Staś jest takim minotaurem. Zamknięty w domu, pod kluczem, żeby nie było widać, że jest coś nie tak. Tadeusz odbija się od tego wszystkiego. Ale też problemem jest brak młynka do kawy.

Grzegorz Bogdał: U mnie największą ścianą jest nieumiejętność wielu bohaterów nawiązania lub utrzymania relacji. Do prowadzenia bezpośrednich rozmów z bliskimi. Z tego powodu te postacie oddalają się od siebie, mijają, nie znają nawzajem swoich potrzeb. Chciałbym też powiedzieć „los”, ale Tomasz już użył losu.

Nie gramy chyba w karty, co?
Tomasz Różycki: Może być dwa razy „los”.

Grzegorz Bogdał: Ja ten los właśnie ciut inaczej rozumiem. Jako coś, co na moich bohaterów spada nieoczekiwanie. I powoduje, że są uwięzieni w swoim życiu. To jest ta ściana, którą część z nich próbuje przebić. Wyrwać się ze swojego losu.

Piszesz o pracowniku dźwigu, który wprasza się do kolegi na noc, naturalnie z butelką wódki. O punkowym koncercie i zadymie z policją, z której Szymon chce ocalić syna. O tym ojcu, który bezskutecznie szuka wieży radiowej, schodzi gdzieś po skarpie, a syn już kompletnie nie rozumie jego wyborów.
Grzegorz Bogdał: To opowiadanie z dźwigiem było pierwotnie opowiadaniem wigilijnym, pisanym na zamówienie. Kiedy je oddałem, to w redakcji się załamali. Ale każda z postaci próbuje na tyle, na ile może. Ojciec Szymona widzi wieżę po drugiej stronie wielkiej dziury. Co może zrobić? Już tylko w ten dół zejść i wyjść po drugiej stronie.

I jesteśmy w Twin Peaks.
Grzegorz Bogdał: No, albo na tej wyspie, gdzie matka chłopca w kryzysie psychicznym dokonuje mobilizacji, pewnego zrywu, by dać coś od siebie jeszcze synowi. Nauczyć go wiosłować. Te postaci próbują coś zrobić z sytuacjami, w których się znalazły, albo ogromnym wysiłkiem woli, albo przez odpuszczenie. Tak jak w pierwszym opowiadaniu – o kucyku. Bohater klęka przed ogniem i odpuszcza. To też jest sposób, by poradzić sobie z losem.

Poważne zadanie, ale czy wy, pisząc swoje książki, śmialiście się trochę?
Aleksandra Tarnowska: Śmiałam się ze zdań. Tych, które mi brzmiały. Najbardziej lubię, nie wiem dlaczego, sceny śmierci. To przy nich dobrze się bawiłam. Ale mi się zdania ładnie tam układały! Choć śmiechu nie było aż tak wiele. Za mało fragmentów piszę naraz, by to tyle trwało.

Grzegorz Bogdał: Ja się może raczej uśmiechałem, niż śmiałem. Momentami zależało mi, żeby czytelnicy się śmiali, ale to trudne. Chciałbym napisać coś zabawnego, komedię, ale pewnie sam w ogóle bym się potem nie śmiał.

Aleksandra Tarnowska: No, to jest trudne, prawda. Najgorsze ze wszystkiego.

Aleksandra Tarnowska  Ur. 1990 r., absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Publikowała opowiadania między innymi w „Drobiazgach”, „Malkontentach” i „Helikopterze”. „Wniebogłos” jest jej powieściowym debiutem.Aleksandra Tarnowska
Ur. 1990 r., absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Publikowała opowiadania m.in. w „Drobiazgach”, „Malkontentach” i „Helikopterze”. „Wniebogłos” jest jej powieściowym debiutem.

Tomasz Różycki: Najgorsze jest, gdy tobie się wydaje, że jest śmieszne, a dla innych w ogóle nie. Mam taką zasadę, że piszę, dopóki praca mnie bawi albo bardzo mocno angażuje. Kiedy to, co robię, staje mi się obojętne, porzucam to, bo wtedy przestaje mieć sens. Rzeczywiście się śmiałem, gdy pisałem „Złodziei…”. Jest tam fragment, w którym przywołuję autora, czyli siebie. Autor przeprasza czytelnika, bo musi wstać i odtańczyć swoje, bo przypomina sobie, jak smakowała galareta, którą w dzieciństwie mama robiła. Nawet jeśli nie jem takich rzeczy teraz, kiedy przypomniałem sobie o niej w trakcie pisania, napadła mnie jakaś dzika chęć. Żeby wstać od komputera i zrobić coś dziwnego. Bywały momenty, że musiałem odreagować. Śmiałem się też z samego trybu pracy, jaki sobie narzuciłem. Zainstalowałem aplikację, która liczyła słowa. Codziennie miałem napisać 2000. Wydawało mi się to tak idiotyczne, że aż mnie śmieszyło. I pisałem po te 2000 słów. Po czym odkrywałem, że opowieść mnie wciąga. Miałem pokusę, by pisać dalej, całą noc, i zrobić 5000 słów. Albo żeby skończyć tę historię teraz, zaraz, już. Jednak wiedziałem gdzieś z tyłu głowy, że to pułapka.

Dlaczego?
Tomasz Różycki: Bo gdybym tak zrobił, to rzeczywiście bym skończył.

To źle?
Tomasz Różycki: Gdybym napisał wszystko za jednym razem, to moja książka skończyłaby się po dwudziestu stronach. Wypaliłbym całą energię od razu. Aplikacja przypominała: następnego dnia ma być kolejne 2000, więc zacząłem powoli się jej podporządkowywać. Zacząłem pracować tak, by układać rozdziały. Zostawiać sobie coś na później.

Mnie rozśmieszyło, że ustawiłeś różowe laczki przed zsypem, bez właściciela. A Grzegorza książka to już cała jest obleczona w czarny humor. Zaczyna się od tego biednego kucyka.
Grzegorz Bogdał: Jeśli chodzi o kucyka, to słyszę pretensje czasami, dlaczego coś takiego mu zrobiłem.

Aleksandra Tarnowska: A o tę dziewczynkę nie mieli żalu?

Grzegorz Bogdał: Chyba nie, straciła oko poza momentem, w którym dzieje się akcja, więc jakoś przeszło…

Aleksandra Tarnowska, „Wniebogłos”. ArtRage, 220 stron, w księgarniach od kwietnia 2023Aleksandra Tarnowska, „Wniebogłos”. ArtRage, 220 stron,
w księgarniach od kwietnia 2023

A czy sami jako dzieci chcieliście mieć kucyka? O czym marzyliście?
Aleksandra Tarnowska: Ledwie pamiętam swoje dzieciństwo. Same migawki. Na pewno coś było, ale nie wiem, czy warte wspominania.

Tomasz Różycki: Też mam migawkowe wspomnienia. Z czasów przedszkola, niektóre traumatyczne. Pani mnie straszyła, gdy nie chciałem jeść. Zamykała mnie gdzieś po ciemku. Dzwoniła do taty, a ja się cieszyłem, że dzwoni. Myślałem sobie: „Tata mnie uratuje, przyjdzie i mnie uratuje, dzwoń!”. W swojej książce wracam do dzieciństwa. Bohater jest ciut ze mnie sklejony, ale ma też elementy moich znajomych, przyjaciół, innych dzieciaków, które wtedy znałem. Punktem wyjścia zawsze jest ktoś rzeczywisty, ale potem to już jest literatura – potwór zlepiony. Frankenstein, który żyje własnym życiem.

Grzegorz Bogdał: Ja w dzieciństwie marzyłem, żeby trenować karate, mieć psa i dużo klocków Lego. To nie są jednak marzenia bohaterów mojej książki. Właściwie żadnego z nich. Zupełnie inaczej zrobiłem te postaci. Siebie samego chyba rozsiałem po nich wszystkich, obdzielając raczej troskami i obawami. Marzenia zostawiłem sobie.

To o co chodzi waszym bohaterom?
Grzegorz Bogdał: Przepraszam, mojemu psu właśnie się coś śni i hałasuje. Pytasz, czego chciałby np. Szymon?

Tak.
Grzegorz Bogdał: To akurat trudne, bo Szymon jest postacią dopiero na drodze do zrozumienia, czego chce. Szymon jest w drodze.

Dlatego Zyta Rudzka powiedziała o twojej książce „egzystencjalny western”?
Grzegorz Bogdał: Bo większość bohaterów w tych opowiadaniach jest gdzieś nie u siebie – w drodze, u kogoś w domu. Zorientowałem się, że tak jest, dopiero na pewnym etapie pisania. Było za późno, by to zmienić. W tym sensie te opowiadania są do siebie podobne. Jednak uznałem, że skoro tak podpowiedział mi instynkt, to trzeba to wykorzystać. Zrobić z tego podróż przez wewnętrzny Dziki Zachód.

Aleksandra Tarnowska: U mnie, we „Wniebogłosie”, nie ma nic z kolei rozbudowanego. Na pierwszym planie jest marzenie o graniu na instrumencie i śpiewaniu. Potem marzenie o pogodzeniu się z ojcem, próba pojednania. Elementy dodatkowe, które pogłębiają tę historię, to prawdziwe pożegnanie z matką. Jednak moja historia jest prosta, ścisła, trzyma się jednego tematu, bez wielkiej rzeczy.

Tomasz Różycki  Ur. 1970, ma w swoim dorobku dziewięć tomów wierszy (ostatnio „Ręka pszczelarza” w 2022 roku – Nagroda im. Wisławy Szymborskiej), dwa poematy epickie (ostatnio „Ijasz” w 2021), dwie powieści (ostatnio „Złodzieje żarówek”, 2023 – Nagroda Grand Continent) a także dwa tomy szkiców (ostatnio „Próba ognia. Błędna kartografia Europy”, 2020, uhonorowana Nagrodą Ambasador Nowej Europy). Jest laureatem nagród m.im. Kościelskich, im. Vaclava Buriana, im. Samuela Lindego. Gość stypendium Berliner Kuenstlerprogramm i Siegfried-Unseld Professorship w Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie. Fot. Grzegorz MehringTomasz Różycki
Ur. 1970, ma w swoim dorobku dziewięć tomów wierszy (ostatnio „Ręka pszczelarza” w 2022 roku – Nagroda im. Wisławy Szymborskiej), dwa poematy epickie (ostatnio „Ijasz” w 2021), dwie powieści (ostatnio „Złodzieje żarówek”, 2023 – Nagroda Grand Continent), a także dwa tomy szkiców (ostatnio „Próba ognia. Błędna kartografia Europy”, 2020, uhonorowana Nagrodą Ambasador Nowej Europy). Jest laureatem nagród m.in. Kościelskich, im. Vaclava Buriana, im. Samuela Lindego. Gość stypendium Berliner Kuenstlerprogramm i Siegfried-Unseld Professorship na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie.
Fot. Grzegorz Mehring

Bez wielkiej rzeczy? A muzyka? Właściwie w każdej z waszych książek jest mniej lub bardziej. Gdyby te teksty były albumami muzycznymi, to jakimi?
Aleksandra Tarnowska: Na początku trochę pieśni pogrzebowych, smutnych, a cappella. Potem muzyka skoczna, emocjonalna, grana na harmonii, akordeonie. Choć w tradycyjnych zespołach ludowych rzadziej używają akordeonów, częściej harmonii. Akordeon przyszedł później i w niektórych rejonach wyparł skrzypce i inne instrumenty.

Grzegorz Bogdał: U mnie raczej playlista, nie album. Eklektyczna, z dominacją gitar, perkusji, czasami z elektroniką. Muzyka pomaga mi przed rozpoczęciem pisania nastawić się emocjonalnie. Potrzebuję jej, by nabrać rozpędu. Gdy nie mam go w sobie i puszczę coś mocnego, łapię odpowiedni nastrój. Dzięki niemu mogę stukać w klawisze.

Czego słuchałeś poza Analogsami, Neilem Youngiem i Dead Can Dance?
Grzegorz Bogdał: Ich akurat niekoniecznie słuchałem, pisząc, ale pojawiają się odniesienia do nich w opowiadaniach. Słuchałem dużo ciężkiej muzyki, minimalistycznej, powtarzalnej, instrumentalnej. Gitary bez wokali. Pod koniec głównie włoskiej kapeli Ufomammut. Albo Russian Circles. Też instrumentalna mocna muzyka.

Wokal ci przeszkadza?
Grzegorz Bogdał: No, przeszkadza w myśleniu nad zdaniami. Obcy głos z zewnątrz rozbija pracę nad tekstem. To musi być zagłuszacz. Wystarczająco intensywny, by trafić w moje rejestry.

Tomasz Różycki: Mam podobnie, gdy piszę, ale w „Złodziejach żarówek” akurat nie było konkretnego podkładu muzycznego. Owszem, pojawia się Radio Tirana i Wolna Europa, piosenki biesiadne na imieninach, ale właściwie to wszystko. Musiałbym zmyślać i przypominać sobie, co tam było w tych latach 80. Pewnie Lady Pank. Lista Przebojów Trójki.

Tomasz Różycki, „Złodzieje żarówek”. Czarne, 256 stron, w księgarniach od maja 2023Tomasz Różycki, „Złodzieje żarówek”. Czarne, 256 stron, w księgarniach od maja 2023

Pytam was o słuchanie, słuchanie świata w ogóle, bo wydaje mi się kluczowe w pisaniu. Jak rejestrujecie dźwięki, mowę?
Tomasz Różycki: Jestem poetą przede wszystkim, więc dla mnie głos, brzmienie i sekwencja mają największe znaczenie. Nawet gdy piszę zdanie, ono wyznacza jakiś czas trwania – rytm. Gdy zdań jest dużo, składają się w paragraf i wtedy pojawia się albo jakaś koda, albo refren. Muzyka, choć muzykiem jestem beznadziejnym. Wątpię, bym miał słuch, ale staram się tak pisać, by brzmiało. To ważniejsze niż sama historia. Kiedy nie jest zaczerpnięta z pamięci, z rzeczywistych wydarzeń, od razu czuję się z tym niezręcznie i nie fair.

Czemu?
Tomasz Różycki: Bo to jakaś przesada zmyślać coś, wciskać komuś kit. Muszę trzymać się prawdy, jakkolwiek to patetycznie by nie zabrzmiało. To i styl. Wiem, że dla wielu to zgroza, co powiem, ale układanie ładnych zdań sprawia mi większą frajdę.

Ola, a ty z czym się osłuchałaś przy „Wniebogłosie”?
Aleksandra Tarnowska: Ten język wypracowałam na podstawie wywiadów radiowych. Z rozmów z ludowymi muzykami. Z ich wypowiedzi. Głównie z Programu II Polskiego Radia. Słuchałam, co mówili wiejscy śpiewacy, muzycy, grajkowie. Mam playlisty na kilkaset godzin. Czasami się wkręcałam w szukanie jakiegoś słowa. Ale zależało mi, żeby cały tekst brzmiał naturalnie. Trzeba było tylko się naczytać, znaleźć odpowiedni język. A potem wejść w ten świat, by brzmiał jednolicie. Wielu pisze taką prozę. Ja nie chciałam, żeby ona była za bardzo, jak np. u Mariana Pilota, bo on jest już takim wielkim stylistą. Paweł Sołtys też używa takiego języka w swoim zbiorze opowiadań „Nieradość” o małym miasteczku, nie wiejskiego. To język małej społeczności.

A gdy kończyłaś książkę, nie chciało ci się powiedzieć komuś: „Ty chyba się w ojca wdałeś, co? Mało gębę otwierasz. A do śpiewania to by się jednak przydało otworzyć, co?”.
Aleksandra Tarnowska: Nie, w ogóle nie. To jest coś całkiem odrębnego. Na co dzień mówię po angielsku, więc to nie wchodziłoby w rachubę. To, jak mówię i kim jestem, to jest kompletnie coś innego niż moja książka. Dlatego większość osób wokół mnie była tak zdziwiona, że potrafiłam coś takiego napisać. Coś, co zupełnie do mnie nie pasuje.

Grzegorz Bogdał: Ja czasami też trochę nasłuchuję. Nie żebym chodził z mikrofonem po ulicach, ale mam wyczulone ucho. Cieszę się, gdy coś wpadnie w tramwaju czy na ulicy. Czasami to wykorzystuję, ale mam też sporo zdań i fragmentów rozmów pozapisywanych, które leżą, czekają, właściwie nieprzydatne. Lubię słuchanie. Słucham, by złapać melodię języka albo jego potknięcia.

Grzegorz Bogdał  Ur. 1984, autor opowiadań. Publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Piśmie”, „Tygodniku Powszechnym” i „Znaku”. Za debiutancki zbiór „Floryda” (2017) nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia, Nagrody Gombrowicza oraz Nagrody Conrada. W 2023 roku ukazał się jego kolejny tom opowiadań „Idzie tu wielki chłopak”, za który otrzymał nominację do Paszportów Polityki, Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, Nagrody Literackiej Gdynia oraz Odkryć Empiku. Fot. Jacek TaranGrzegorz Bogdał
Ur. 1984, autor opowiadań. Publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Piśmie”, „Tygodniku Powszechnym” i „Znaku”. Za debiutancki zbiór „Floryda” (2017) nominowany do Nagrody Literackiej Gdynia, Nagrody Gombrowicza oraz Nagrody Conrada. W 2023 roku ukazał się jego kolejny tom opowiadań „Idzie tu wielki chłopak”, za który otrzymał nominację do Paszportów „Polityki”, Nagrody Literackiej m.st. Warszawy, Nagrody Literackiej Gdynia oraz Odkryć Empiku.
Fot. Jacek Taran

Ta melodia się non stop zmienia. Inaczej mówili ludzie przed wojną. Inaczej mówiły nasze babcie. Ta mowa jakby się nie kończyła, koronkowa, przystrojona, w kółko o tym samym. Dziś śmiejemy się ze zwrotu „proszę ja ciebie”. Ludzie za nami, młodsi, też mówią inaczej – skrótami, tagami, dzikimi anglicyzmami. Jak wam z tą zmianą?
Tomasz Różycki: Wystarczy posłuchać wywiadów z dziećmi z przedszkola z lat 70. Mówią długimi zdaniami, z wyszukanym słownictwem. Nie wiem, może ćwiczyły dwa miesiące wcześniej, bo to była komuna – wszystko jest możliwe. Ale już samo to, jak ludzie wypowiadali się w radiu. Słychać tę mowę. Zdania mają swoją kadencję – rozwijają się, opadają. Ludzie mówią, jakby śpiewali. Dziś mowa bywa chaotyczna. Nawet my tutaj, gdy mówimy, używamy setek słów wewnątrz naszych zdań: „typu”, „jakby”, „na przykład”. A one rozbijają narrację. Może to jest odpowiedź na to, jak wygląda świat. Teraz się po prostu gada, żeby zabić ciszę, prawda? A radio ma za zadnie po prostu wypełnić czas dźwiękiem. Nie chcę brzmieć jak dziad, no, już koniec.

Aleksandra Tarnowska: Zszedłeś na niebezpieczny temat, ale to ciekawe. Ja sama uważam, że mam problemy z wysławianiem się. Zdecydowanie lepiej piszę, niż mówię. Rzeczywiście radio obrazuje tę zmianę. Sama lubię słuchać archiwów, ale gdy odkrywam, czego słuchają w radiu moi rodzice, jest różnica. Zmiana nie tylko zaszła w mowie, ale też w mediach, dziennikarstwie.

Grzegorz Bogdał: Ja się do tego nie przywiązuję. Wszystko się zmienia. Język, ubrania, samochody. Ale wciąż jeszcze istnieje jakaś podstawa, na której się możemy porozumieć. Niezależnie od tego, co dzieli pokolenia. Nie zmienia się więc ten język aż tak radykalnie, żeby wnuk z babcią się nie dogadał. Wciąż możemy wspólnie rozpoznawać elementy świata. Trzeba by się chyba cofnąć dużo, dużo dalej. Może my za kilkaset lat będziemy niezrozumiałymi szkieletami?

Tomasz Różycki: A ja bym chciał wrócić do was, do tu i teraz. Mogę? Co się działo w was, gdy kończyliście książki? Jakie emocje były?

Aleksandra Tarnowska: Oj, byłam bardzo zadowolona. Co ja mówię! Byłam zachwycona, że wreszcie. To była moja pierwsza książka, więc nie wiedziałam, co robię. Kończąc, miałam poczucie, że się udało. Totalna ulga i szczęście. Szczerze, przez wszystkie etapy pracy nad książką myślałam, że się na pewno rozwali.

Grzegorz Bogdał: Również odczułem radosną ulgę. Jednak przez to, że są to opowiadania, miałem też po drodze mniejsze chwile ulgi. To jest między innymi to, co mnie trzyma przy pisaniu krótszej prozy. Mogę co jakiś czas odczuć radość, że skończyłem pisać. Wyobrażam sobie, że trudno byłoby mi wytrzymać to długie napięcie przy pisaniu powieści.

Aleksandra Tarnowska: Pisanie opowiadań to pewnie jak pisanie poezji.

Tomasz Różycki: Cieszę się, że tak mówicie, bo dla mnie sens pisania widać może najwyraźniej, gdy się je kończy. Ze świadomością, że nie posypało się w połowie, choć mogło. Często mam takie kryzysy, że chyba już niestety to zostawię. Czuję, że coś idzie w złą stronę. Ale potem nagle następuje euforia, bo wszystko jest w porządku. Sens pisania zostaje wypełniony.

Aleksandra Tarnowska: Najlepszy w pisaniu jest koniec pisania.

Grzegorz Bogdał, „Idzie tu wielki chłopak”. Czarne, 200 stron, w księgarniach od sierpnia 2023Grzegorz Bogdał, „Idzie tu wielki chłopak”. Czarne, 200 stron,
 w księgarniach od sierpnia 2023

Nie wierzę wam. Musi być coś jeszcze.
Aleksandra Tarnowska: No, są drobne przyjemności. Skończona scena. Skończony akapit. Zawsze to jakiś koniec, nie?

Grzegorz Bogdał: Jak z akrobacją po prostu. Wiesz, gdy lądujesz na nogach.

Aleksandra Tarnowska: I możesz podziwiać potem. Fajnie wyszło, ale to koniec.

Grzegorz Bogdał: Ale w trakcie starasz się nie połamać.

Czyli pisarz jako kuglarz? Salto na koniec i lądowanie?
Tomasz Różycki: No, schodzi się wreszcie ze sceny i można pójść, nie wiem, zrobić obiad.

Aleksandra Tarnowska: Coś tam potem można podredagować. Ale to już całkiem inna praca.

Grzegorz Bogdał: Czasami myślę o tej metaforze: pisanie jako aktorstwo. Że tak wcielasz się w różne postaci, gadasz nimi, robisz coś. To właśnie wychodzenie na scenę we własnej głowie. I potem fajnie jest się tak ukłonić, przejść na widownię i bić sobie brawo.

logo

Tekst powstał we współpracy z miastem stołecznym Warszawą, fundatorem i organizatorem Nagrody Literackiej m.st. Warszawy.