Zakwitają dziewczęta
fot. Marta Ankiersztejn

8 minut czytania

/ Teatr

Zakwitają dziewczęta

Anna Pajęcka

W spektaklu „Feblik” Lena Frankiewicz radzi sobie z trudnym tekstem Małgorzaty Maciejewskiej. Nie popada w pułapki zwrotu ludowego, nie estetyzuje, nie tworzy sztuki zaangażowanej. Broni się baśniowością i fantastyką

Jeszcze 2 minuty czytania

„Niech na całym świecie wojna, byle wieś zaciszna, byle wieś spokojna” – tylko że tu wieś jest ciasna, duszna, brudna i trudno się z niej wydostać. W takich warunkach buzuje dorastanie. Ciało zmienia się bezlitośnie: wydłuża się, drży, chodzą po nim mrówki, coś gdzieś wyrasta. W dodatku lokalna Doktorka, odwiedzająca mieszkańców raz na dwa tygodnie, każe zwalczać każdy objaw tej przypadłości.

O tym właśnie jest „Feblik”, sztuka Małgorzaty Maciejewskiej nagrodzona dwa lata temu w pierwszej edycji konkursu o Nagrodę Dramaturgiczną im. Tadeusza Różewicza. To „baśń dla dorosłych” – opowieść o szarpaniu się z rzeczywistością, rozpaczliwym poszukiwaniu wolności w otoczeniu ograniczającym aż do bólu.  

Jest zima, ale na horyzoncie widać wiosnę. Budzi się nie tylko natura, ale i dziewczęce czułości. Dorastanie w dramacie Maciejewskiej ma zupełnie inną estetykę niż w wystawianym chwilę wcześniej również w Teatrze Narodowym „Pikniku pod wiszącą skałą”, choć także czerpie z magicznego realizmu i także jest to sztuka inicjacyjna. I tu w pewnej chwili zawiesza się rzeczywistość, a bohaterka znika bez śladu.

Teatr Narodowy w tym półroczu wypadł poniżej oczekiwań (a były one duże, zwłaszcza w przypadku flagowego „Króla Leara” z główną rolą dyrektora), przynajmniej więc kończy sezon z przytupem. Spektakl Frankiewicz jest powiewem świeżości w instytucji zarządzanej przez Jana Englerta – w końcu polski dramat współczesny pojawia się w instytucji stawiającej raczej na dramat historyczny. Spotyka się tu atrakcyjny materiał dramaturgiczny, poruszający aktualne tematy, i jakość zespołu aktorskiego, jaką gwarantuje jeden z najważniejszych polskich teatrów.

Feblik, Teatr Narodowy w Warszawie, premiera: 14 czerwca 2024„Feblik”, Teatr Narodowy w Warszawie, premiera: 14 czerwca 2024W traktacie „O miłości” Stendhal pisał: „Spotkać na polowaniu piękną i hożą wieśniaczkę, która umyka do lasu. Każdy zna miłość opartą na tego rodzaju przyjemnościach; choćby ktoś miał najbardziej oschły i niewydarzony charakter, zawsze zaczyna się od tego w szesnastym roku”. Miłość wiejska przez lata oznaczała po prostu popęd. Była pierwotna, czasem brutalna, wpisana w otoczenie, w którym się wydarza, związana z cyklami natury. Maciejewska w swoim dramacie czerpie z tej historycznej narracji, ale z dystansem – przenosi ją w otoczenie współczesnej nastolatki, kontrastując mrok i brutalność zasad rządzących miejscem dorastania z niewinnym, delikatnym feblikiem.

Elżbieta Zajko w roli Mani jest blada i potargana, snuje się w wyciągniętym swetrze, zawstydzając widzów swoją niedolą – snuje się do tego stopnia, że aż chce się ją uratować lub nią potrząsnąć. Ale nie na braniu się w garść jest zbudowana ta postać, tylko na niemożliwości wyjścia poza impas. W dusznej atmosferze przedstawienia Zajko często gra samotnie, czasem odnosi się do scenicznych partnerów, ale to ona wykonuje największą pracę, wygrywając spektakl na zmiennych emocjach przez prawie dwie godziny. Tylko czasem mocna, współczesna muzyka rozrywa ten krajobraz wiecznego oczekiwania i porusza ciałem bohaterki.

 

Fot. Marta Ankiersztejn

W dorastaniu Mani towarzyszy pewna siebie szkolna koleżanka Kasiula – to najbarwniejsza postać dramatu. Matka i ojciec zajmują się pracą koło domu. Matka (w tej roli Anna Grycewicz) jest wiecznie zmęczona, krytyczna i oschła. Babcia wysiaduje przy piecu, oczekując na wiosnę i jedząc cukier (Beata Fudalej). Czasem wpada na rowerze lokalna elegantka, sąsiadka Bartkowa (Joanna Gryga), przynosząc wieści o zaginionych we wsi mężczyznach, których, dosłownie, bierze licho. Ten wątek nigdy nie zostanie jednak wyjaśniony. Ojciec (Paweł Tołwiński) pojawia się gdzieś w połowie spektaklu, podobnie jak żonglujący suchymi rymowankami Pleban (Piotr Grabowski) i szkolny kolega Tomek (Hubert Łapacz). Ta historia należy jednak do kobiet.

Prostota i ciasnota otoczenia oddane są w dosłowności języka – kiedy dziewczyna kwitnie, to naprawdę zakwita i gdzieniegdzie wychodzą z niej pąki, kiedy znika, to staje się przezroczysta, a kiedy tnie się powietrze siekierą, to naprawdę wprawia się tę siekierę w ruch. Feblik odrywa od rzeczywistości, więc aktorka także odrywa się od ziemi. Przez dużą część spektaklu wykonuje akrobacje, wisząc na harfie zwieszonej nad sceną. Te akrobacje to jedyna forma wolności, jaka jest jej dostępna. Cała reszta oddana w scenografii Barbary Hanickiej to raczej zakorzenienie, stupor, obraz biedy i marazmu, smutnej zimy i oczekiwania na wiosnę – sztafetowe deski, siano na podłodze, rdzewiejące maszyny, drewniane stołki, okno, gdzie wysiaduje babcia, którą – jak Agatę w „Chłopach” – przyjęto do domu na zimę, tylko chwilowo. Jak przyjdzie lato, to babcia trafi do skrzynki, gdzie będzie użyźniać glebę na ziemniaki – taka jest dosłowność w tej sztuce.

Abstrakcji jest tu więcej. Aby odczynić zło, które „bierze chłopów”, wieś chce poświęcić w ofierze dziewicę. Wyraźnie twórczynie wyciągają, co się da, z ludowych mitów i zabobonów. Trochę żartem, bo zabobon ma odprawić ksiądz. Mieszają się porządki – wiara i ludowe pogańskie mitologie. Reżyserka podkręca także postaci, ubiera je w futra albo wyciągnięte swetry, kolorowe chusty, nadaje im charakterystyczny ton mówienia, sięga po poetyckie zwroty, takie jak „chabazienie”, „rozpucanie” i rozmaite barwne regionalizmy.

Również „Cyganie”, którzy pojawiają się we wsi, mówią wymyślonym narzeczem, dzięki któremu od razu widać, kto tu jest obcy. Wtargnięcie obcego w przestrzeń, która jest nudna aż do bólu, wprowadza atmosferę święta. Romowie przywożą zamek, wyciągają raki z rzeki i gotują zupę, tańczą przy ognisku. Precyzyjnie skonstruowana choreografia wolnego kręgu (świetna choreografia Agnieszki Kryst), prawdziwego wyzwolenia, sprawia, że dojrzewające bohaterki idą na całość. Wejście do zamku to właśnie moment inicjacji.

Aby przemiana Mani była pełna, musi wybrać dla siebie nieakceptowalną partię. A kto w biednej wsi jest gorszy niż wędrowny tabór i przypadkowi, wyzwoleni Romowie? Kto zresztą stanowi większy kontrast dla konserwatywnej wsi, gdzie nie mówi się prawdy, na której tak zależy Mani? Mania chce wiedzieć, a jeden z Cyganów, Wonuliss, ma „Castrum Verum – prawdy serum”, jego wspólnota to wspólnota śpiewu i wolności, zna zresztą sposób na wyleczenie z feblika.

Reżyseria: Lena Frankiewicz
Dramaturgia: Małgorzata Maciejewska
Scenografia: Barbara Hanicka
Kostiumy: Michał Dracz
Muzyka: Miłosz Pękala
Choreografia: Agnieszka Kryst
Reżyseria światła: Aleksandr Prowaliński
Projekcje wideo: Mateusz Zieliński
Obsada: Elżbieta Zajko, Beata Fudalej, Anna Grycewicz, Joanna Gryga, Magdalena Warzecha, Anna Chodakowska, Aleksandra Sroka, Paweł Tołwiński, Piotr Grabowski, Robert Jarociński, Hubert Łapacz 

Za scenografią z desek kryje się dywan z kwiatów, który odsłonią dla bohaterki Cyganie przybywający do wioski. To wydarzenie uruchomi jej przemianę. Publiczność widzi go już wcześniej przez szpary, sama bohaterka jednak jeszcze o nim nie wie. Rozsadza ją ciekawość, ale przed wyjrzeniem za płot hamują i rodzina, i obyczaj, i konwenans. Na końcu okazuje się, że być wolnym znaczy rozpłynąć się, porzucić ciało i uciec z dziewczyną. W ostatniej minucie spektaklu odsłania się queerowy wymiar tej opowieści. 

Frankiewicz radzi sobie z trudnym tekstem Maciejewskiej naładowanym dziwnością. Nie popada w pułapki zwrotu ludowego, nie estetyzuje, nie tworzy sztuki zaangażowanej. Wprowadza baśniowość i fantastykę, to dzięki nim wychodzi z reżyserskiego zadania obronną ręką. To jest historia niestworzona, nie ma tu dydaktyki, nie ma morałów. Może poza tym, że pokazuje, jak beznadziejne jest dojrzewanie – zawieszone, nijakie, pełne oczekiwania i niezrozumienia. Dobrze, że szybko mija, a później już się nie pamięta, że w ogóle się przez nie przechodziło.