Jeszcze 1 minuta czytania

Jakub Socha

SAM NIE WIEM:
Festiwal w Gdyni (1) – zrozum Polaka

Jakub Socha

Jakub Socha

Rozpoczął się festiwal w Gdyni. Po cichu mówi się, że w tym roku nie będzie tak dobrze, jak w poprzednim. To się jeszcze okaże. Na razie buchalteria: w Konkursie Głównym znalazło się tylko trzynaście filmów, z czego pięć jest już w normalnej dystrybucji, kolejne trzy miały swoje premiery na innych festiwalach. W Panoramie zaledwie sześć tytułów, dwa z nich były już w kinach. Trochę mało tych niespodzianek. Liczb jednak bym się tak bardzo nie czepiał – wprowadzona przez Michała Chacińskiego, dyrektora artystycznego festiwalu, selekcja to dobry pomysł. Przynajmniej nikt nie bije piany i nie sprawdza na widzach, czy rzeczywiście ilość przechodzi w jakość.

Festiwal – przynajmniej dla mnie – rozpoczął się w cieniu mistrzostw świata w snookera. Kalendarz jest w tym roku napięty, więc naprawdę się nie gniewam, że w Gdyni organizatorzy uparli się wystartować w poniedziałek, a nie we wtorek. Ja poniedziałek wolałem jednak spędzić przed telewizorem – w Crucible Theatre w Sheffield zawodnicy rozgrywali decydujące partie finałowego pojedynku. To były ciekawe mistrzostwa, ciekawe dwa tygodnie. Faworyci zawodzili, debiutanci przechodzili dalej; Stephen Hendry najpierw wbijał maksymalnego breake'a, a potem ogłaszał koniec kariery; Mark Allen po przegraniu z chińskim snookerzystą pastwił się nad Chińczykami; Dominic Dale wchodził do teatru przy dźwiękach arii operowej; Ronnie O’Sullivan jak zwykle drapał się po czole, przecierał oczy, wywijał językiem, zaciskał szczękę, ale nie tracił panowania nad sobą – w trudnych momentach grał odstawne i sukcesywnie eliminował byłych mistrzów: Williamsa, Ebdona, Robertsona.

W finale spotkali się dwaj rekonwalescenci. Ronnie O’Sullivan, który niedawno zachorował na mononukleozę zakaźną i Allister Carter, który przez wiele lat nie mógł uporać się z chorobą Leśniowskiego-Crohna. Carter, wspierany przez Ebdona, wroga numer dwa O’Sullivana (zaraz po Marku Selby), naprawdę się starał, ale grał z geniuszem. Chyba nawet Messiego komentatorzy tak często nie nazywają geniuszem, jak Anglika. Mówi się, że nie było dotychczas snookerzysty równie utalentowanego, obdarzonego taką intuicją. To, że O’Sullivan – zwany przez fanów Rakietą – nie wygrywa turnieju za turniejem, wynika chyba tylko z jednego problemu. Wieść niesie złotą myśl Włodzimierza Szaranowicza, odpowiedź najprostszą z możliwych: „Problem tkwi w głowie”. Kiedy patrzy się na zachowanie Anglika przy snookerowym stole, trudno pomyśleć inaczej. Jednak od jakiegoś czasu Rakieta chodzi do psychologa – czy psycholog, do którego chodzi, musi przez to też chodzić do psychologa, to już inna sprawa, ważne, że zawodnikowi pomaga. To widać podczas gry. Efektem jest puchar.

Gdzie powinni chodzić polscy filmowcy? Gdzieś powinni – że potrzebują pomocy, to oczywiste. Gdyby Anna Plutecka-Mesjasz, reżyserka filmu „Nad życie” (Panorama), opartego na życiu Agaty Mróz, zapytała się kogoś kompetentnego, może dowiedziałaby się, że lepiej w ogóle nie pokazywać meczów i treningów siatkarskich, niż pokazywać je bez żadnej znajomości tematu; może ktoś inny powiedziałby jej, że nie jest dobrze scenę miłosną przeplatać ujęciami rozpalonego kominka; może jakiś miły człowiek zasugerowałby, że afrykańsko-dyskotekowo-rockowo-sentymentalna muzyka Mateusza Pospieszalskiego wcale nie wniesie jej filmu na wyższe piętro.

Nie wiadomo jednak, czy nawet najlepszy specjalista byłby w stanie pomóc naszym filmowcom. Zrozumieć Polaka jest niełatwo. Weźmy taką Edytę z „W sypialni” Tomasza Wasilewskiego. Kobieta ucieka od męża, wsiada do auta i jedzie do Warszawy. Wynajmuje luksusowy hotel, ale szybko kończą się jej pieniądze. Co robi bohaterka? Nie, nie sprzedaje auta, nie zastawia zegarka, telefonu, nie bierze pożyczki, nie prosi znajomych, rodziny o pomoc, zamiast tego idzie do supermarketu i zaczyna w swojej drogiej sukience zjadać towar z półek sklepowych. Nie ląduje w Urzędzie Pracy, w ogóle nie bierze do ręki gazety z ogłoszeniami, ale od razu kieruje się do kafejki internetowej, gdzie przed małą kamerą nagrywa swoje wystąpienie, w którym ogłasza, że szuka sponsora. Chętni szybko się zjawiają, ale Edyta nie ma ochoty na seks. Zamiast kochać się ze swoimi sponsorami, dosypuje im środek nasenny do alkoholu. Gdy panowie już śpią, wykrada z ich lodówek kiełbasę, bierze kąpiele w ich wannach. Spróbujcie wmyśleć się w tę postawę.

Gdyby jeszcze Wasilewski pozostał przy pętach kiełbasy i ablucjach, może udałoby się zrobić z „W sypialni” jakąś prawdziwie polską parodię „Zawodu: reporter” – rzecz o rozpadzie tożsamości, kryzysie podmiotu, który, mimo że w kryzysie, ciągle swoje potrzeby ma. Niestety, z warszawskich przedmieść wyłania się szybko artysta-fotograf, niejaki Patryk, miły chłopak, skrzywdzony przez ojca. Wraz z nim życie Edyty nabiera barw, pojawia się wino, poranna jajecznica, niewinny skręt, wreszcie uczucie – prawdziwe, autentyczne. Potem bohaterowie jadą nad morze.

Jestem tu razem z nimi. Na razie jest strasznie zimno.

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).