NOC NA ZIEMI:  Dziewczyny na wystawie
fot. Trey Ratcliff / Flickr CC

NOC NA ZIEMI:
Dziewczyny na wystawie

Grażyna Plebanek

Bruksela, rue d’Aerschot. Pracują tu kobiety z całego świata. Latynoski łatwo poznać po gestach, Włoszki po scenicznym makijażu, Rosjanki siedzą napuszone

Jeszcze 2 minuty czytania

Na mój widok zaczęła kręcić pupą. Trochę nerwowo, była w tej zachęcie nuta desperacji. Siatkowe pończochy z wycięciem na pośladki ukazywały brązową skórę, plecy ściskał połyskujący gorset. Gdyby nie to, że poruszając się gadała jak najęta przez telefon, pomyślałabym, że naprawdę ma ochotę.

I wtedy mnie zobaczyła. Pupa natychmiast się uspokoiła, spojrzenia straciło zaczepność, na twarzy pojawiło się rozczarowanie. Wrzuciłam jedynkę i potoczyłam się wzdłuż ulicy, pod kolejne okienka. Rzuciła mi ostatnie, tym razem karcące spojrzenie. Miała prawo się wkurzyć, ona tu pracowała, a ja robiłam jej nadzieję, zatrzymując auto przed jej kramikiem. Nie byłam klientem, to po co zawracałam głowę?

Ile razy ktoś mówi: „Bruksela? Nuda, świat urzędników”, wysyłam go w myślach na rue d’Aerschot, którą wymawia się „Askot”, tak jak nazwę brytyjskiej miejscowości Ascot, gdzie w dniu wyścigów konnych angielskie damy wbijają się w niebywałe kapelusze. Kobiety w brukselskim „Ascot” stawiają na efektowny negliż, nie zawsze w wulgarnym stylu – wkładają staniki i majtki podobne do kostiumów plażowych albo stają w pełnym rynsztunku „sexy”: gorsety, siatkowe pończochy, skórzane szorty. Ubrania, które noszą do pracy, niewiele się różnią od tych, prezentowanych na scenie przez Rihannę, Jenifer Lopez czy Beyonce – niektóre są wręcz w lepszym stylu.

Noc na ziemi

W Polsce trwa właśnie debata publiczna, w której ścierają się dwie wizje miasta nocą – czy centrum powinno mieć wyjątkowy status jako publiczna przestrzeń barów, nocnych imprez i klubokawiarni, czy też powinno być zwyczajną przestrzenią mieszkalną, objętą nakazem ciszy nocnej? W wakacyjnym cyklu dwutygodnik.com pokażemy, jak ten konflikt interesów wygląda w innych miastach, opowiemy, jak bawią się miasta na świecie. W poprzednich numerach opublikowaliśmy tekst Huberta Klimko-Dobrzanieckiego o Reykjaviku, rozmowę z animatorką kultury z Salwadoru i Radkiem Dutkowskim o Lagos

W brukselskiej dzielnicy czerwonych latarni pracują kobiety ze wszystkich stron świata. Latynoski łatwo poznać po zamaszystych gestach, Włoszki po scenicznym makijażu, Słowianki po wysokich kościach policzkowych. Rosjanki kuszą dziewczęcymi uśmiechami albo siedzą napuszone, szyba obnaża ich nagość, ale one odgradzają się od widowni esemesując, żując gumę, czy po prostu siedząc obojętnie. Bywają zmęczone, nie co dzień są w formie. To często studentki, które chcą zarobić na naukę, albo młode matki, żony, dorabiające nocami do domowego budżetu.

Podjeżdżam pod kolejne okienko, jednostronny ruch i tak się ślimaczy, wszyscy tu zwalniają, żeby popatrzeć na dziewczyny na wystawach. Jedna wyszła przed bramę na papierosa, na kostium do pracy – trudno go nazwać bielizną, nie ma w nim nic intymnego, to raczej strój sceniczny – narzuciła sweter. Młody mężczyzna, który przechodzi z grupą napitych kolegów, wsuwa jej rękę między uda. Dziewczyna odskakuje, pstryknięty niedopałek leci łukiem nad jego głową; zanim on zdąży się zorientować, ona zatrzaskuje mu drzwi przed nosem. Wściekły wali w nie, jak bohater kreskówki. Pozostałe dziewczyny zza szyby nie zwracają na scenę uwagi, bo oto pod ich oknem zatrzymuje się inna grupka – ci mężczyźni wyglądają na zainteresowanych. Platynowa blondynka w białym kostiumie wodzi po opalonym brzuchu palcami uzbrojonymi w tipsy, wystawia w górę cztery – przyjemność z nią kosztuje czterdzieści euro. Mężczyźni uśmiechają się przepraszająco i odchodzą, dziewczyna nie jest na nich zła, zachęca, żeby wrócili później. Jest dopiero północ, stawki rosną, ale nad ranem zaczną spadać, można będzie się załapać na okazję za dwadzieścia, a nawet i za dziesięć euro.

Okna-wystawy przypominają te z dzielnicy czerwonych latarni w Amsterdamie: krzesełko ustawione na podwyższeniu wyściełanym materiałem, magnetofon, żeby było przy czym tańczyć. Czasem widać cały pokój: dziewczyny się przechadzają, rozsiadają na krzesełkach, rozmawiają, palą papierosy. Kiedy pracują, znikają za przepierzeniem albo zasuwają kotarę.

Mój wzrok przyciąga napis: „zatrudnię kelnerkę”. Obok barów, gdzie faktycznie można pić, znajdują się tu przede wszystkim takie lokale, jak „Caprice bar”, „Eropolis”, czy „Paradise”, które bary imitują. Na wysokich barowych stołkach siedzą najmłodsze dziewczyny, niektóre wyglądają na nastolatki. Przed maską samochodu przechodzi dwóch chłopców, rówieśników wystawowych dziewczyn. Naradzają się, przejęci. W pierwszej chwili myślę, że tylko sobie oglądają, nie wydaje mi się, żeby było ich na cokolwiek stać, wyglądają dość skrofulicznie. Oczywiście, mylę się – na nogach mają najnowsze modele Nike, czapki bejsbolówki też markowe.

Skręcam w rue de la Riviere, gdzie rozciąga się królestwo Afrykanek. Ich wystawy są ciaśniejsze, dziewczyny wabią aktywniej, czasem tańczą dla przechodzących. Starsze siedzą na krzesełkach, zerkając dumnie spod peruk. Na mój widok odwracają wzrok, wolałyby, żebym sobie pojechała i nie tamowała ruchu. W lusterku wstecznym widzę znajome twarze – dwóch nastolatków w Nike’ach dotarło i tu.

Jadę w stronę rue de Pelican, o której mówi się, że to ulica mniej efektownych dam, eufemistycznie rzecz ujmując. Tu już nie ma okienek, negliż jest uliczny, niebotyczne szpilki, symboliczne spódniczki, długie włosy spod prostownicy w kolorach blond lub czarnym. Trudno na pierwszy rzut oka powiedzieć, jakiej prostytutki są narodowości, z daleka wyglądają jak typowe „blachary”. Pracują dla siedzących w pobliskich knajpkach opiekunów, nieliczne wybierają się na łowy we własnym zakresie, zaczepiając przechodzących ulicą mężczyzn. Ryzykują bezpieczeństwem, zdrowiem, życiem. Samochód jadący przed moim zatrzymuje się, dziewczyna w krótkiej spódniczce wsiada do środka. Jest drobna i bardzo młoda, odruchowo zastanawiam się, jak się obroni, jeśli ten klient to wariat.

Kolejny zakręt i ląduję w dzielnicy transwestytów. To dzięki nim tu jestem. Jadę wzdłuż trotuaru, po którym przechadzają się długowłose laski z wyraźnym jabłkiem Adama. Przypominam sobie, jak znalazłam się tu pierwszy raz. Wracałam z teatru KVS, jednego z najlepszych w Brukseli, gdzie wystawiano sztukę „Missy”. Przedstawienie skończyło się dość późno, do tego doszły drinki ze znajomymi. Przed północą uświadomiłam sobie, że zostawiłam samochód na parkingu oddalonym o przystanek metrem. Ale metro już nie działało, a mnie nie chciało się tuptać na obcasach do głównej ulicy, postanowiłam pójść skrótem. To wtedy natknęłam się na „kobiety” z przerośniętą grdyką, a potem oczy coraz bardziej mi się otwierały – nastolatki, studentki, matki, kobiety po czterdziestce, po pięćdziesiątce krążyły wokół szacownego gmachu błyszczącego złoceniami, mieszały z tłumem wychodzących z KVS teatromanów. Uderzył mnie kontrast: ludzie w butach i futrach za setki euro i kobiety oferujące numerek za dwadzieścia euro; jedni nasyceni sztuką, drudzy przygnieceni biedą; obywatele odpalający drogie samochody, by wrócić do przestronnych domów i pracujące na czarno desperatki bez prawa pobytu.

Zawróciłam na rue d’Aerschot, rue de la Riviere, rue de Pelican. W jednym z okienek zobaczyłam krótkowłosą kobietę. Miała koło sześćdziesiątki, w skąpym wdzianku odkurzała swoje włości: pucowała poręcz krzesełka, przetrzepywała zasłonkę. Nadal tu pracowała, pewnie od dawna znała właściciela „baru”. Powiedziano mi, że takie jak ona cieszą się szacunkiem pozostałych dziewczyn. Młodsze podziwiają starsze, po lepszych nocach robią zrzutkę dla seniorek. Niewiele z nich tak długo zostaje w zawodzie. Niektóre kończą studia, dostają dobrze płatne prace, zakładają rodziny. Inne nie mają tyle szczęścia, zarażają się chorobami albo przepadają bez wieści. Bruksela jest pięknym i przyjaznym miastem – o tym w przewodnikach – ale i jednym z najbardziej niebezpiecznych w Europie. Na pewno nie ma tu miejsca na nudę.