Wstydliwy element nostalgii
Naama Tsabar, Untitled (Babies), fot. B. Górka

Wstydliwy element nostalgii

Piotr Kowalczyk

Od kilku lat polska sztuka chętnie flirtuje z kodami muzyki popularnej. Kulminacją tego zjawiska jest festiwal The Artists, którego druga edycja odbyła się w ostatni weekend w warszawskiej Zachęcie

Jeszcze 2 minuty czytania

Zaczęło się od prac artystów wywodzących się z Grupy Ładnie i związanych z Galerią Raster. Wilhelm Sasnal w swoich obrazach często odwołuje się do kultury rocka („Perkusja”) i współczesnych ikon muzyki („Girl Smoking (Peaches)”). Ma też na koncie remake okładki legendarnej płyty Brygady Kryzys. W 2007 roku na wernisażu w Zachęcie występował zaproszony przez Sasnala łódzki zespół punkowy 19 Wiosen (ich płyta „Pożegnanie ze światem” została wydana przez Raster, a okładkę zdobi obraz autorstwa malarza z Tarnowa). Galeria prowadzona przez Łukasza Gorczycę i Michała Kaczyńskiego wydała też w 2014 roku płytę „supergrupy” Mister D (w składzie m.in Dorota Masłowska i  Kuba Wandachowicz). 

Należy też wspomnieć o serii płyt-słuchowisk wydanych przez Art Bazaar Records (kolekcjonerów sztuki Piotra Bazylkę i Krzysztofa Masiewicza), do której oprawę graficzną przygotowywali polscy artyści, czy o twórczości Konrada Smoleńskiego. Ten ostatni, współautor performersko-muzycznego projektu BNNT, równie chętnie zapraszany jest na festiwale muzyczne (w 2012 roku BNNT było jednym z największych objawień krakowskiego festiwalu Unsound), co na imprezy stricte artystyczne, m.in. na biennale w Wenecji w 2011 roku). W końcu trzeba pamiętać o niezliczonych ściśle muzycznych projektach reprezentantów sztuk wizualnych – zespołach, projektach didżejskich i kuratorskich, działalności dziennikarskiej. Są też postacie – takie jak Anna Zaradny, Wojciech Kucharczyk czy grafik, fotograf i multiinstrumentalista Macio Moretti – łączące art world i scenę muzyczną. 

The Artists. Zachęta, 14 czerwca 2014W pierwszym numerze magazynu „Szum” (wiosna-lato 2013) Daniel Muzyczuk pisze: „współczesna  (bo przecież nie jest to pierwsza fala) fascynacja sceną muzyczną jest owocem tęsknoty za bezpośredniością doświadczenia, które w przestrzeni galerii z ekstatycznego przeżycia zamienia się w kontemplację. Wydaje mi się jednak, że do tego wszystkiego przyczynił się również inny, bardziej wstydliwy element, który można zamknąć w pojęciu nostalgii. Dorośli fani Nirvany, Mayhem czy Iggy’ego Popa stawiają ołtarzyki swoim świętym, a motywacją do zachowań tego typu jest próba odzyskania przeszłości”.

Grunt pod imprezę pokazującą muzyczne projekty artystów sztuk wizualnych został więc bardzo solidnie przygotowany. Początkowo koncert The Artists miał być jednorazowym wydarzeniem. Okazał się jednak wielkim sukcesem  frekwencyjnym.  Żywiołowo reagująca publiczność w amfiteatrze w Parku Skaryszewskim – to uczucie, którego coraz rzadziej (ze względu na topniejącą publikę biletowanych koncertów) doświadczają nawet największe gwiazdy rocka w Polsce.

Pierwsza edycja The Artists miała wyraźnie campowy charakter. Dominowały projekty, które można zakwalifikować jako muzyczny pastisz z konceptualnymi elementami. Zespół Gówno gdańskiego artysty Michała Witkowskiego prześmiewczo (albo śmiertelnie serio?) nawiązywał do jarocińskiego punk rocka à la Dezerter. Mające kosę z mizoginicznym rapem dziewczyny z Cipedrapskuad pokazały, że tzw. dobry smak i nienaganne maniery niekoniecznie są ich priorytetami, a ich występ spotkał się ze skrajnymi reakcjami. The Galactics, discopolowy projekt Rafała Dominika, nawiązywał do najlepszych tradycji rodzimej odmiany niezależnego popu. Szczególne uznanie z mojej strony należy się Dominikowi za imitację koncertowych choreografii zespołów z tej estetyki. Zwieńczeniem festiwalu był intensywny (a trwający jakieś 30 sekund) występ deathmetalowego Napalm of Death i depresyjny antyrecital Wojciecha Bąkowskiego. Występ tego ostatniego, jednego z liderów grupy Penerstwo, krzyczącego z pustej sceny „Kształt!” i „Ściana!” do minimalistycznych industrialnych podkładów, mógł zachwycić albo wprowadzić w konsternację. Nie zdziwiłbym się też, jeśli komuś pojawił się w nocnych koszmarach.

Warszawska Orkiestra Rozrywkowa im. I. Krenza, fot. B. Górka

Tegoroczna odsłona The Artists ponownie okazała się zaskakująca. Może dlatego, że miała bardziej przemyślany charakter, a występujących na niej artystów trudno jednoznacznie zaszufladkować w takich kategoriach jak „camp”, „pastisz” czy „jajcarstwo”. Jednocześnie najmocniejsze punkty programu organizatorzy odkrywali bardzo niespiesznie. Imprezę przeniesiono z Parku Skaryszewskiego do Narodowej Galerii Sztuki ze względu na pogodę. Warunki akustyczne w przestrzeniach Zachęty pozostawiają wiele do życzenia, co zaważyło nieco na moim odbiorze pierwszego koncertu, występu Warszawskiej Orkiestry Rozrywkowej im. Igora Krenza. 9-osobowy big-band, którego patronem jest współzałożyciel artystycznej grupy Azorro, przygotował selekcję bardzo solidnej muzyki stockowej pod tytułem „lata 50.”. Usłyszeliśmy utwory autorstwa Jerzego Woźniaka, „zapomnianego” (jak czytamy w materiałach promocyjnych i wynikach wyszukiwania w Google) kotlisty Filharmonii Narodowej oraz Lesa Baxtera – klasyka muzyki filmowej, mistrza exotiki  i delikatnych kompozycji jazzowych.

Daniel Malone, fot. B. Górka

Następne dwa projekty raczej nie zachwyciły ani od strony muzycznej, ani artystyczno-wizualnej. Daniel Malone wygenerował z komputera poprawne field recording z projektu „Donbass Symphony (1990Now!/1990ЗАРАЗ!)” o wyraźnym podtekście politycznym związanym z wydarzeniami na Ukrainie. Niestety słuchając jego setu, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że to po prostu kolejny „koleś z laptopem”. Dean Allen Spunt, artysta, performer i połowa popularnego punkowego duetu No Age, puszczał z walkmanów newage’owy psychodeliczny noise. Po zalaniu walkmanów farbą dźwięk zanikł, a Spunt ogłosił koniec występu. Był to prosty, mocny, ale w gruncie rzeczy mało angażujący gest.

Pierwszym naprawdę ciekawym punktem programu była prezentacja projektu Jana Smagi „Sekundy”. Artysta rozciągnął dźwięk uderzenia wskazówki zegara do 30 minut i następnie przełożył go na partyturę. Kilkunastoosobowy ansambl (fortepian, kontrabas, flet, klarnet, instrumenty perkusyjne) zaprezentował powstałą w ten sposób współczesną kompozycję – dziwnie migotliwą i rządzącą się piękną wewnętrzną logiką. Chyba najmocniejszy muzycznie występ całej imprezy.

Jan Smaga „Sekunda”, fot. Bartosz Górka

Dobre reakcje wzbudził też występ francuskiego duetu Peine Perdue, nawiązującego do synth-popu i minimalistycznego electro wczesnych lat 80. Stephane Argillet i wokalistka Coco Gallo brzmieli jak Grace Jones nagrywająca płytę „Nightclubbing” za kołem podbiegunowym, a nie na Bahamach.

Większość kolejnych punktów programu miało charakter performatywny. Ogromne wrażenie zrobił na mnie (i na większości widzów) występ Leszka Knaflewskiego. Artysta wydobywał dźwięki z trumny z rozpiętą struną i podłączonym zestawem przetworników. Występ miał coś ze śmiertelnie poważnego dźwiękowego misterium, choć nie zabrakło tam momentów, w których Knaflewski puszczał oko do widza. Pod względem ekscentryzmu artysta zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko.

Leszek Knaflewski, fot. Bartosz Górka

Występujący po nim „aktor, rzecz i duch” Andrzej Szpindler (w ramach minibloku „Libera i jego nowe babcie”) pokonał ją bez problemu – owinięty w gazetę zachowywał się jak lunatyk, powtarzający serię bełkotliwych, szorstko brzmiących fraz, by znienacka powiedzieć coś z sensem. Bardzo prosty, ale efektowny był projekt Alony Rodeh „Black Eurythmics”. Izraelska artystka zaprosiła do niego tancerza Idana Porgesa, którego jedynym zadaniem było zręczne wywijanie kablem od mikrofonu w rytm bluesowego podkładu granego przez warszawskiego songwritera Adama Repuchę. Przyniosło to hipnotyczny efekt dźwiękowy i wizualny.

Alona Rodeh, „Black Eurhythmics”, fot. B. Górka

Im bliżej finału, tym koncerty coraz więcej miały wspólnego ze „wstydliwym elementem nostalgii”, o którym pisał w „Szumie” Daniel Muzyczuk. „Headlinerem” festiwalu był laureat prestiżowej nagrody Turnera Anglik Martin Creed z zespołem. Pierwszą część jego występu można śmiało zakwalifikować jako mało wyszukany (ale wzbudzający entuzjazm publiczności) pastisz stylu country-western. Creed ubrany w stylu wąsatego kowboja prowadził konferansjerkę z silnym teksańskim akcentem i śpiewał piosenki, które nawet Neil Young uznałby za zbyt sentymentalne. Ciekawie zrobiło się w drugiej części, gdy zamiast puszczać oko do publiczności, zaczął zabawę z dekonstrukcją piosenki – recytował alfabet, krzyczał przez cały utwór jedno niecenzuralne słowo po angielsku na f. Kolejne utwory bardziej przypominały ironiczną wariację na temat art-punku w stylu grupy Wire czy słodyczy à la Stereolab niż kolejny jajcarski projekt.

Martin Creed, fot. B. Górka

Wieczór zakończył się performansem „Babies” projektu Naamy Tsabar. Pochodząca z Izraela artystka zaprosiła do niego trzy dziewczyny – Polki Magdalenę Siemieniako (gitara) i Joannę Jurczak (bas) oraz Kostarykankę Teni Segurę (perkusja). Stworzony naprędce band zagrał tylko jeden utwór – koszmarnie wykonany cover piosenki „Babies” grupy Pulp. W połowie liderka grupy zaczęła uderzać gitarą o scenę. W tym czasie reszta zespołu grała noise’ową improwizację. Niszczenie sprzętu to oklepany rytuał kultury rocka, znany wszystkim, którzy nosili w liceum koszulki z Kurtem lub słyszeli o grupie The Who. Nie wiem, czy Tsabar miała zamiar rozwalić instrument – ten wydawał się niezniszczalny. Po kilkunastu minutach demolki sceny (gitara chyba naprawdę była zrobiona z żelaza i zmasakrowała delikatną drewnianą konstrukcję sceny) artystka niemal padła z wyczerpania.  Ten występ był jak udawanie gwiazdy pop przed lustrem – akt cudownie bezwstydnej nostalgii.