Jeszcze 2 minuty czytania

Maria Poprzęcka

NA OKO: Święty Wincenty

Maria Poprzęcka

Maria Poprzęcka

Dlaczego to Van Gogh stał się herosem kultury popularnej, najbardziej znanym malarzem sztuki nowoczesnej, sławą bijącą na głowę nawet mistrza autopromocji Picassa? Żaden inny artysta nie spełniał warunków procesu kanonizacyjnego

Jeszcze nie zatarła się pamięć animowanego „Twojego Vincenta” Doroty Kobieli i Hugha Welchmana, gdy na tegorocznym festiwalu filmowym w Wenecji Julian Schnabel zaprezentował kolejny film biograficzny poświęcony van Goghowi. Schnabel, idąc za tytułem znanego rysunku artysty „At Eternity’s Gate”, skupił się na ostatnim etapie życia malarza. Odtwórcy głównej roli, Willemowi Dafoe, jury przyznało nagrodę na najlepszą rolę męską. Aktor dołączył tym samym do otwieranego przez Kirka Douglasa korowodu neurotycznych rudych osobników miotających się przed sztalugami i toczących dzikim wzrokiem. Sam zaś film świadczy, że życie van Gogha nie przestaje być tematem atrakcyjnym i dla twórców, i dla publiczności. Chociaż zdawać by się mogło, że wiadomo wszystko: wielki artysta dotknięty szaleństwem, obcięte ucho, Arles, słoneczniki, brat Theo, tragiczna śmierć, malarz przeklęty, nierozpoznany geniusz, niezrozumienie współczesnych, dzisiejsze rekordy cenowe etc.

Od zmonetaryzowanego przez rynek i zbanalizowanego do cna malarstwa van Gogha znacznie bardziej interesujące wydaje się pytanie – dlaczego to on właśnie stał się herosem kultury popularnej, najbardziej znanym malarzem sztuki nowoczesnej, sławą bijącą na głowę nawet mistrza autopromocji Picassa? Dlaczego, na przykład, nie stał się nim przewijający się przez życie van Gogha Paul Gauguin, którego fascynująca akolitów charyzma, ekscytująca tajemniczością sztuka, poszukiwanie utraconego raju na wyspach Pacyfiku, czy wreszcie bujne życie erotyczne wydają się znacznie bardziej pociągające dla szerokiej publiczności?

Najbardziej ogólna odpowiedź brzmi: żaden inny artysta nie spełniał warunków procesu kanonizacyjnego.

fot. M. Poprzęckafot. Maria Poprzęcka

W miasteczku Auvers-sur-Oise, gdzie 29 lipca 1890 roku Vincent van Gogh zmarł śmiercią samobójczą, oczywiście stanął pomnik. Osip Zadkine przedstawił malarza niosącego sztalugi w sposób przywołujący dźwigającego krzyż Chrystusa. W ramach przygotowań do obchodów stulecia śmierci Vincenta oberża, w której mieszkał i zmarł, została przekształcona w „miejsce pamięci”, a następnie cel pielgrzymek. Przy okazji rekonstrukcji wykonano szereg fałszywych przedmiotów – relikwii, mających świadczyć o autentyzmie miejsca. W dniu stuletniej rocznicy zgonu odbyły się podwójne uroczystości. Kościelne przewidywały kazanie „Sztuka i Wiara”, modlitwę ekumeniczną oraz cichą procesję na cmentarz do grobu van Gogha. Manifestacje laickie z udziałem władz rozgrywały się przed merostwem i także zakończyły zbiorowym przejściem na cmentarz. Obie ceremonie połączył kult grobu, jak wiadomo przekraczający granice wyznaniowe i bezwyznaniowe. Wszystko w towarzystwie telewizji, fotografów. Pompa oficjalnych uroczystości sprowokowała młodych ludzi do wieczornej parodystycznej pielgrzymki do samozwańczej „kaplicy świętego Vincenta”. W rozgrywce świętości ze świeckością znalazło się też miejsce dla bluźnierczego „świata na opak”.           

Nadużywane w odniesieniu do artystów (zwłaszcza gwiazd rocka) słowo „legenda” w wypadku van Gogha nie jest metaforą. Stworzona przez krytykę zaledwie kilkanaście lat po śmierci biografia malarza nosiła już wszystkie cechy hagiograficzne przekazane przez średniowieczną „Złotą legendę” – wielki zbiór żywotów świętych, z którego przez stulecia czerpała wzory cała chrześcijańska Europa. Życiowych, nierzadko baśniowych wariantów jest tam wiele, wszystkie łączy jednak kilka niezmiennych biograficznych toposów o ewangelicznej genezie. Pierwszy to powołanie – a zatem wybraństwo. Wybraniec jest dla otoczenia odmieńcem, jest samotny, wyobcowany, odtrącony, często prześladowany. Zaniechanie spraw przyziemnych i nędzne życie zbliżają go do ludzi niskiego stanu. Nieprzystosowanie do życia praktycznego, zwłaszcza jego presji społecznych i ekonomicznych, wyróżnia i oddziela wcielone weń sacrum od otaczającego go profanum.  

Jeśli kandydat do świętości – tak, jak van Gogh – jest artystą, jego powołaniem jest sztuka, a zatem nie może z niej czerpać jakichkolwiek profitów, za czym idzie asceza i ubóstwo. Cechuje go bezinteresowność, oderwanie od dóbr ziemskich na rzecz wartości duchowych. Wyrzeczenie się kariery, dobrobytu, sukcesu skutkują lekceważeniem i faryzejskim niezrozumieniem ze strony współczesnych, co znosi z pokorą. Albowiem składa z siebie ofiarę, lub ofiarą się staje – Antonin Artaud oskarżał obojętne społeczeństwo o zamordowanie van Gogha, nazywając go le suicidé de la societé. I konieczny warunek kanonizacyjny – męczeństwo, którym w wypadku van Gogha jest samookaleczenie i znoszona heroicznie trzydniowa agonia po samobójczym (a może zabójczym?) postrzale. Spełnia się tu kolejny wymóg – ofiara krwi. Wszystko zaś wieńczy motyw najważniejszy – rezurekcyjny. To pośmiertne zadośćuczynienie/zmartwychwstanie w postaci bezprecedensowej sławy artysty, który niczym w barokowych apoteozach unosi się ku niebiosom w glorii obłoków z miliardów dolarów płaconych za jego płótna. Święty prawdziwie dociera do „progu wieczności”.

Apostolski charakter twórczości van Gogha podnosiły też popularne, beletryzowane biografie, także te filmowe. Vincent, syn pastora, początkowo chciał przecież iść w ślady ojca. Jako duszpasterz poniósł jednak klęskę. Jedynym sposobem porozumienia z Bogiem i ludźmi stało się malarstwo. Gdy w wieku 27 lat podjął decyzję o pozostaniu malarzem, zmienił tylko narzędzie ewangelizacji. Argumentów na rzecz chrystianizacji biografii artysty dostarczają także jego listy, pisane kaznodziejskim językiem, pełnym biblijnych odniesień. Podobnie jak przywoływanie cnót, takich jak miłość bliźniego, cierpienie, cierpliwość, ubóstwo, pokora, wstrzemięźliwość, odrzucenie sławy.

Lecz co wobec tego z awanturami, pijaństwem, włóczeniem się po burdelach? Przecież nawet odcięte ucho było makabrycznym podarkiem dla arlezjańskiej prostytutki. Główną przesłanką kultu van Gogha jest potężny, religijny topos martyrologiczno-rezurekcyjny, niosący obietnicę pośmiertnego zbawienia i zadośćuczynienia. Jak dawni męczennicy malarz oddaje życie za wiarę, którą jest dla niego sztuka. Ale święty Vincent jest też artystą swojego czasu, któremu romantyczny mit obłąkanego, przeklętego twórcy dodał nowego żaru. Sprzężone świętość i obłęd okazały i wciąż okazują swą kanonizującą i heroizującą moc.

Natomiast jeśli nie możemy już patrzeć na „Słoneczniki” ani słuchać „Starry, starry night”, sięgnijmy po listy van Gogha pisane do utrzymującego go brata Theo. Tam jeszcze można znaleźć wzruszenie.