Jeszcze 3 minuty czytania

Klara Cykorz

GADANIE:
Czarodziejskie pudło

Klara Cykorz

Klara Cykorz

Doktor Who jest nie tylko Panem Kleksem. Jest też Orlandem kroczącym przez epoki, jest złośliwą Mary Poppins, która przybywa licho wie skąd, dzierżąc parasolkę z papuzią główką i dywanikową torbę, większą w środku niż na zewnątrz

Przyleciałam do Londynu opiekować się pewnym psem-dżentelmenem. Moja ulubiona trasa porannych spacerów biegła nad błotnisty brzeg Tamizy – Tamiza jest w tym miejscu śmiesznie wąska, stare budynki przycupnęły przy rzece, po angielsku skurczone, jak na pocztówce z prowincji, wszystko wydaje się miniaturowe a zarazem swojskie, jak z książki dla dzieci. To czwarta strefa; do roku 1965 nie była nawet Londynem.

Aby polubić tak wielkie miasto, organizowałam sobie wycieczki wokół tzw. terenów zielonych, najlepiej z tropem filmowym. Na przykład przez deweloperskie pustynie Greenwich do Maryon Park, tam gdzie wałęsał się bohater „Powiększenia”. Ja też postanowiłam się powałęsać – i natychmiast przepadłam, to znaczy zgubiłam się, w sąsiedniej Gilbert’s Pit. Jak w baśni albo jakiejś angielskiej książce o niegrzecznych dziewczynkach: mylisz furtki i znajdujesz przejście do innego świata, włazisz na jakąś glinianą górę. Ale i Maryon Park się w końcu odnalazł, meandryczny i uwodzicielski, miejsce dla wielbicieli kryminałów, zakochanych i dzieci. Nie to co Ogrody Kensington, upstrzone fluorescencyjnymi gęsimi odchodami, miejsce może i dla literatury dziecięcej ważne, ale nad wyraz paskudne; ni park, ni wybieg. Ale czego oczekiwać od miejsca, które Piotrusia Pana uwięziło w brązie? Później Londyn odsłonił mi swoją niesamowitą podszewkę w zgoła innej scenerii. Pomagałam współlokatorce przeprowadzić się do dzielnicy Ealing, i kiedy już było po wszystkim, odkryłam, że jestem rzut beretem od osiedla Perivale – bocznej furtki do historii brytyjskiej telewizji. Furtki przez śmietnik, telewizyjny oczywiście.

BBC rozsiadła się w Ealing w latach 50., ale moja furtka prowadzi do roku 1989, kiedy królowa telewizji emituje ostatnie odcinki serialu dla dzieci o szalonym podróżniku w czasie pt. „Doktor Who”. Serial ten leciał przez ćwierćwiecze z okładem i po latach kurczenia się wyników oglądalności spotyka go tymczasowy koniec, zesłanie do archiwum na piętnaście lat. Scenariusz tych ostatnich odcinków napisała Rona Munro, późniejsza scenarzystka „Biedroneczko, biedroneczko” Kena Loacha, ale za fabularną koncepcję serii odpowiada trzydziestoletni Andrew Cartmel, który nie zrobi już w telewizji nic znaczącego. Wpisanie jego imienia i nazwiska do wyszukiwarki daje jednak pewne pojęcie o tym, jakiego formatu była to postać: „Doctor Who Tried To Overthrow The British Government”, „Doctor Who tried to exterminate Thatcher”. Nie udało się, mówicie, Thatcher będzie rządzić jeszcze przez rok, a jej duch wciąż jest z nami, tak jak i Doktor Who – przywrócony do ramówki kilkanaście lat później, dziś w formie globalnej megafranczyzy. Poza tym – co to za pomysł, telewizyjne bajki nie obalają rządów!

Czasami jednak warto spojrzeć na coś z perspektywy śmietnika.

Jest rok 1989 i w odcinkach o ironicznym, zważywszy na okoliczności, tytule „Survival” („Przetrwanie”), mały człowieczek z parasolką o rączce w kształcie pytajnika zupełnie dosłownie ugania się między śmietnikami. Takich śmietników w Perivale już nie ma, są kubły do segregacji śmieci, zmieniły się też samochody, wzrosła liczba polskich mieszkańców. Poza tym wszystko po staremu, Perivale to typowe osiedle angielskich bliźniaków z typową niespójnością kolorystyczną elewacji. Przyszłam tu od południa, przez zagłębie minigolfa i zupełnie swojskich ogródków działkowych. Boisko i plac zabaw wyglądają z grubsza tak samo jak trzy dekady wcześniej. Dalej jest stacja metra, a po jej drugiej stronie, mówi mi mapa Google’a – nowe archiwum BBC. Archiwum jest niby przeciwieństwem śmietnika, ale w 1989 roku pewien serial dla dzieci mógłby się z tym nie zgodzić.

Mały człowieczek ugania się między śmietnikami i zastawia pułapki na koty. To Doktor Who, szalony podróżnik w czasie, na tropie zagadki w miejscu, w którym czas udaje, że się zatrzymał. Koty – rzecz jasna – znają przejście do innego wymiaru. Hop! Tu Perivale, gdzie wszystko usnęło – tam płonąca planeta Ludzi-Kotów, nieubłaganie zmierzająca ku unicestwieniu. Dwie sklejone ze sobą rzeczywistości, codzienność uśpiona w rzekomym bezczasie i dziejąca się jednocześnie planetarna katastrofa. W roku 1989 i – hop! – 2018.


„Doktor Who” miał i ma do dziś ciekawy stosunek do codzienności. Ograniczenia budżetowe i techniczne, jak to przy telewizyjnym programie dla dzieci, oraz konwencja podróży w czasie, wymuszająca ciągłe przebudowywanie scenografii, tworzyły fantastyczne światy rodem z dziecięcej zabawy – te wszystkie solniczki i trzepaczki, obsadzane w rolach kosmicznych nazistów, potworne folie bąbelkowe i statki międzygalaktyczne z kołder, traktowanie serio omamów, dziecięcych lęków przed ciemnością i przed tym co pod łóżkiem. Jednocześnie przez swoje pierwsze ćwierćwiecze istnienia niestrudzony tropiciel przygód rzadko odwiedzał świat swoich małych widzów, nad angielską teraźniejszość przekładając dalekie planety ze sklejki i tajne bazy wojskowe. Dziś wygląda to trochę inaczej (na przykład dwa tygodnie temu Doktor Who spadła z nieba do całkiem współczesnego Sheffield), ale w roku 1989 „Survival” był czymś dla serialu wyjątkowym, a zarazem esencjonalnym. Użył przestrzeni codziennych i oswojonych (boiska, placu zabaw, świetlicy osiedlowej) do zainscenizowania, w tymczasowym pożegnaniu, opowieści o oglądaniu samego „Doktora Who”: praktyki wtopionej w codzienność (sobotnie wieczory przed telewizorem w living roomie), a zarazem okienka na to co przedziwne, czasami straszne (świat degeneracji społecznej, umierającej planety). W końcu sam wehikuł czasu, popis scenograficznej przebiegłości z czasów sklejki i styropianu, jest tutaj metaforą telewizji, czarodziejskim pudłem z opowieściami, zakamuflowanym jako latająca policyjna budka telefoniczna („police box”). Tak jak przystało na genialne dziecko telewizji publicznej i kontrkultury.

To czarodziejskie pudło jest ikonicznym i do dziś niezmienionym elementem serialu, którego formuła pozwala na nieskończoną wymienialność obsady i scenografii, kombinowania przy strukturze sezonów itd. Metamorfozy tytułowego Doktora Who, którego w samym serialu grało dotąd w sumie trzynastu aktorów (a może dwunastu? czternastu? niczego nie można być pewnym), wydają się zrozumiałe i oczywiste, kiedy już rozpozna się w nim dobrze znany typ awanturnika i czarownicy-gawędziary, która oprowadza dzieci po różnych literackich światach. Kto dzisiaj wpisze, nawet do polskiej wyszukiwarki, „Doktor Who”, dowie się, że właśnie teraz, po raz pierwszy w historii, w Doktorę wciela się kobieta; i będzie to prawda, tak jak to, że ogień płonie, a lód jest zimny. Bo przecież Doktor Who jest nie tylko Panem Kleksem. Jest też Orlandem kroczącym przez epoki, jest złośliwą Mary Poppins, która przybywa licho wie skąd, dzierżąc parasolkę z papuzią główką i dywanikową torbę, większą w środku niż na zewnątrz. Jest też małą Momo, stuletnią dziewczynką z powieści Michaela Endego (tego od „Niekończącej się historii”), która mieszka w opuszczonym amfiteatrze i może kiedyś nas uratuje, odda ludziom zrabowany im czas. Ograniczę się do postaci z literatury XX wieku, bo chyba już wiecie, o co chodzi. Doktor Who jest tymi wszystkimi tricksterskimi postaciami, które otwierają przejścia do innych opowieści. Archetypicznym włóczęgą po ludzkiej wyobraźni. Bajarzem i głupcem. Oszustką i arcybłaźnicą. Jest też, tak się składa, postacią, która zmusza nas do przemyślenia języka, jakim mówimy o serialu telewizyjnym, ciągłego wymyślania go na nowo.

Bo skoro wehikuł czasu Doktora Who jest telewizją – może być też tak, że telewizja w takim wykonaniu stała się wehikułem czasu. Nie mam na myśli dinozaurów na statku kosmicznym czy niezlicznonych wariacji na temat końca świata. Podróż w czasie nigdy nie jest tylko podróżą z miejsca A do B; jej skutkiem niby ubocznym, ale tak naprawdę ważniejszym od samej podróży, jest zaplątanie czasoprzestrzeni. Podróż w czasie zaburza linearność historii. Przez ponad półwiecze „Doktor Who”, popularna bajka puszczana brytyjskim dzieciom w sobotnie wieczory, stała się archiwum przemian, na skutek których samo opowiadanie o niej w sposób linearny przestało być wykonalne. (Największy internetowy blog poświęcony historii serialu ma na pierwszy rzut oka strukturę chronologiczną – ale w rzeczywistości zawiera mnóstwo skoków i pętelek czasowych). Niewykonalne stają się też linearne praktyki oglądania – chociaż od wyemitowanego w listopadzie 1963 roku pierwszego odcinka dzieli nas dziś tak naprawdę maźnięcie palcem po padzie. „Doktor Who” nie pozwala na oglądanie od A do Z – jest serialem zbyt starym, zbyt dziwnym, zbyt kłączowatym, podważa logikę początków i zakończeń, spójnych, zamkniętych opowieści. Kiedy „Gwiezdne wojny” fundują Yodzie kolejny manicure (ponieważ: #realizm), BBC na fetę z okazji półwiecza lepi sobie ostentacyjnie rozpikslowane kolaże. W epoce rozmytych ramówek i streamingów, a zarazem porządkującego, powszechnego dostępu do archiwalnych telewizyjnych hitów trzydzieści lat wstecz, „Doktor Who” wciąga widzkę w oglądanie frywolne, dziecięce odnajdywanie się w serialu jako formie niekończącej się metamorfozy.


Ciąg dalszy, a może wcześniejszy, nastąpi.