Chamy i psychopaci
HEWRA, materiały festiwalu Up To Date

24 minuty czytania

/ Muzyka

Chamy i psychopaci

Piotr Kowalczyk

Nowa generacja polskiego rapu kpi z hiphopowej mitologii,  podkręcając ją lub czyniąc z niej groteskowy internetowy spektakl. Świat w piosenkach newschoolowych polskich raperów jest jak w dwuwymiarowej grze przygodowej. Ta dwuwymiarowość jest niezrozumiale pociągająca

Jeszcze 6 minut czytania

W recenzji wydanej w 2015 roku „Antologii polskiego rapu” Borys Dejnarowicz pisze o nieprzystawalności języka krytyki muzycznej do polskiego hip hopu. Gdy autorzy antologii – zauważa Dejnarowicz – poszukują w rapie środków poetyckich czy erudycyjnych odniesień kulturowych, tak naprawdę wyrządzają temu gatunkowi szkodę. Szczególnie mniej zorientowanych czytelników wprowadzają w błąd, umniejszając to, co jest rzeczywistą siłą tego gatunku muzyki. Wtłaczają w format wieczorku poetyckiego czy szkolnej akademii. Każą raperom startować w jednej konkurencji z Różewiczem czy Świetlickim. „Skoro rap jest tak prężny, ma własną tradycję i swój specyficzny przelot, to pozwólmy przemawiać mu własnym głosem” – apeluje Dejnarowicz.

Problem braku adekwatnego języka opisu muzyki rapowej ujawnił się jeszcze dobitniej w ostatnich latach. Na scenę wkroczyło nowe pokolenie polskich hiphopowców. Nagrania Rogala DDL,  Młodego G (Belmondo) i MOBBYN, Kaza Bałagane, grup TUZZA i LSO, kolektywów Alcomindz i HEWRA, Malika Montany, Frostiego Rege, Young Igiego, Bedoesa czy Pikersa wzbudziły spolaryzowany odzew wśród obserwatorów i fanów sceny. Marcin Flint, jeden z najbardziej zasłużonych polskich dziennikarzy rapowych (zresztą współautor wzmiankowanej antologii), o Kazie Bałagane napisał ostatnio tak: „ulubieniec alternatywnego słuchacza, wielkomiejskich trendsetterów od ekskluzywnych trampków i instagramowego jedzenia, którzy rap traktują jako performance, w związku z czym fascynuje ich ekskluzywnie opakowane chamstwo łamane na życie na krawędzi. Taki niegrzeczny rewers Taco Hemingwaya”. Wcześniej ten sam autor nową płytę Rogala DDL podsumował: „Nie, to nie jest muzyka. Bit to przede wszystkim rozpędzona do mniej więcej 130 uderzeń na minutę «wiksa» bądź «techno» (słowa samego twórcy), kwaśna na tyle, żeby porwać rozsmakowaną w kiczu bohemę ironicznie zakładającą na imprezy ortaliony i dostosowaną do percepcji młodego, zdegradowanego chemicznie organizmu”.

Z kolei wielu fanów i część środowiska artystyczno-dziennikarskiego okazało jednak ogromny entuzjazm, przy którym kompleksów mogli się nabawić dotychczasowi potentaci w rodzaju Tego Typa Mesa, Tedego, O.S.T.R. czy Łony. Starsi o dekadę raperzy wciąż nagrywają przecież niezłe rzeczy i szukają nowych brzmień, patentów tekstowych i tematów. Nie można im zarzucać lenistwa czy kompletnego spoczęcia na laurach. A mimo to zaczęli sprawiać wolno poruszających się dinozaurów.

Podział nie jest tylko generacyjny, ale przede wszystkim estetyczny (a nawet może i etyczny). W newschoolu nie chodzi o zaawansowany storytelling, umiejętności ani muzyczną erudycję. Niespecjalnie ważna jest też „autentyczność”. Uliczne składy poprzedniej generacji – takie jak Hemp Gru – proponowały muzyczny reportaż z ulicy. Świadczyły rzetelnością własnego imienia i życiorysami. Ich utwory opisywały rzeczywistość na styku ulicznej chuliganerki i mafijnych koneksji – jednak większość z nich zawierało jakąś humanistyczną puentę w rodzaju „szanuj to, co budujesz z wielkim trudem”. Twórcy, tacy jak Belmondo czy Rogal DDL, w nawijkach pod bit wykładają wszystko, co nieoswojone, politycznie niepoprawne, bluźniercze i jawnie przemocowe. Seksizm, homofobia i generalnie styl życia knura to stałe składniki tej zupy. Dokonują też brutalnej operacji na języku polskim – nieraz olśniewającej naturszczykowską energią.

Wymienionych na początku twórców łączy niewiele – każdy operuje inną poetyką, ikonografią i metodami działania. Również w warstwie muzycznej ich inspiracje są bardzo rozległe i trudne do jasnego zdefiniowania. Może to być zarówno amerykański trap, house, rosyjski hardbass jak i psychodelia czy alternatywny rock. Niekoniecznie sample z zapomnianych soulowych klasyków, tylko np. dość niechlujnie wykorzystany motyw z piosenki Jane’s Addiction czy Joy Division, może stać się podstawą podziemnego hitu. Oczywiście słychać też nieustającą fascynację nowym amerykańskim i francuskim hiphopem. Specyfika większości tych artystów jest lokalna, oparta na napięciu między swojskością a naśladownictwem odległych wzorców, przyziemnością i niesamowitością. 


O nowym rapie łatwiej chyba mówić wyobrażając sobie pewne spektrum – od twórców bardziej tradycyjnych (jak choćby bliskiego szkole storytellingowej Kaza Bałagane) po narkotyczne wizje HEWRY. Od psychopatycznego swagu Belmondo po unurzanego w dymie płaczliwy, „wrażliwy” emo-rap Bedoesa (chyba najpopularniejszej postaci, kojarzonej z nową estetyką). W końcu od chaotycznego i celowo antymuzycznego Rogala DDL po formalistów z Tuzzy.

Gdy myślałem o tym, jak opisać twórczość takich twórców jak Belmondo, HEWRA czy Rogal DDL, cały czas po głowie chodziła mi kategoria artysty bezczelnego. Można nią określić zarówno punkowy teatr Sex Pistols, jak i konfesyjny folk Joni Mitchell. Nie ma tu żadnej jasnej definicji – bezczelność nie oznacza bycia najbardziej radykalnym czy najgłośniejszym. To nie prężenie muskułów. Chodzi raczej o łamanie formy i ustawianie konwencji według własnych potrzeb.

Belmondo na przykład może nie jest najlepszym fristajlerem na świecie, ale charyzma i pewien psychodeliczny urok są u niego nie z tego świata. Dlatego wolno mu zarapować właściwie każdy nonsens: „kroję se kartofel, inhaluję skrobie, polecam też tobie mordo”. Takich perełek trywialności jest u niego dużo więcej: „dzwoni mój menedżer przez Messenger”, „zajmuję se stolik i zamawiam se gnocchi, do tego eskalopki”, „z kiermany mi wystaje portfel / żartowałem – to pieniądze”.   

Jakub Żulczyk, komentując tegoroczny fenomen mainstreamowej popularności Taconafide (Taco Hemingwaya i Quebonafide), pisał: „Obu tych raperów osobno nie lubię bardzo, ani jeden, ani drugi kompletnie nie trafia w moją estetykę, jak dla mnie prezentują oni dwa różne, podobnie odpychające modele pretensjonalności i mędrkowania. Może dlatego, że w rapie lubię chamów, psychopatów ewentualnie prawdziwych poetów (…). Z jednej strony goście tacy jak Rogal DDL, Kaz Bałagane, Młody G czy Piernikowski z Synów doprowadzili go, na każdy na własny sposób, do granic językowej zabawy i formalnej pomysłowości. Ciekawszy rap niż robią powyżsi, może w Polsce już nie powstać”.        


Chamy i psychopaci (ewentualnie osoby z problemami prawnymi i postępującym uzależnieniem) to chyba główny wzorzec osobowy na tej części sceny rapowej. Newschool z pewnością nie jest o wartościach, ani o przemianie osobistej czy niezmiennych życiowych zasadach (gdy tymczasem Eldo, Włodi, Łona, Hemp GRU, nawet Tede – wszyscy oni właściwie mówili o wartościach). To raczej postmodernistyczna, amoralna, antyestetyczna biegunka. Jasne, HEWRA nie jest pierwszym składem, który opowiada o dilerce i narkotycznych doznaniach. Ale raczej pierwszym, w którego teledysku zamiast gości w bluzach z kapturem, modelek i dobrych samochodów, występuje nakręcony dronem wielki syberyjski tygrys i postaci z dziecięcej kreskówki. Przy czym nie czuć w multimedialnych produkcjach HEWRY koniunkturalizmu rodem ze szkoły artystycznej. To raczej bardzo intuicyjny strumień obrazów. Najczęściej jest w ogóle niezwiązany z treścią piosenek i sprawia wrażenie archaicznego, pół-amatorskiego montażu, jakby ktoś dorwał się do ściągniętego z sieci programu i nauczył się kilku najbardziej efektownych tricków (osobną kategorią są też liczone w setkach  psychodeliczne klipy ostródzkiego składu LSO).

Newschool kpi z rapowej mitologii, podkręcając ją lub czyniąc z niej groteskowy internetowy spektakl. Amerykańscy raperzy i ich uwikłani w interesy mafijne menadżerowie strzelali do siebie z broni palnej. Tragiczny koniec Tupaca czy Notoriousa BIG (u nas np. Magika) jest ważną częścią subkulturowej tożsamości. Historia polskiego hiphopu jest również pełna siłowych rozwiązań i potyczek z prawem. Tymczasem pokłóceni ze sobą Belmondo i jego dawny kompan Oyche Doniz co najwyżej naśmiewają się z siebie na Instagramie, a groźby karalne wysyłają w postaci piosenkowych aluzji. W najgorszym razie – obraźliwie przekręcają swoje ksywki. Za tymi odgrywanymi w mediach społecznościowych performansami idą fani (potrafiący tygodniami np. powtarzać najlepsze cięte riposty swoich idoli). W ko­ńcu „wszystko jest kawałem oraz żartem” – jak rapuje Belmondo (właściciel marki odzieżowej HEHE) w jednym ze swoich klasycznych kawałków.


Świat w piosenkach nu-schoolowych polskich raperów jest jak w dwuwymiarowej grze przygodowej na Nintendo w rodzaju Contry czy Super Mario. Kolekcjonuje się w nim artefakty mocy (czy coraz bardziej zaawansowane bronie) ­– chodzimy po sos (pieniądze), pliki (banknotów) i wciągamy, a częściej sprzedajemy tony białego ścierwa. Na naszej drodze – zamiast trujących grzybów, wrednych sów czy zmutowanych żołnierzy, spotykamy zazdrośników, jełopów, hejterów, cockblockerów. Ci ostatni w języku „artystów uwodzenia” to osoby, które mają nam uniemożliwić podryw. Spotykamy też – jakżeby inaczej – kobiety wątpliwej reputacji zdradzające swoich partnerów („Pisze do mnie jakaś bambi, chciała się ustawić. To ta sama, której wczoraj kupowałeś kwiaty – Belmondo; „Nie swędzi mnie kutas na cudze baby, Ty skumaj tą czacze / Czy jak wychodzi sama ma aktywowany tryb «nie rucha się»,  Może Cię kocha to pierwsze, druga w kolejce jest zdrada” – Rogal DDL, „pilnuj tej dupy, bo ci ją zawinę jak Johnny Terry” – TUZZA). Czasami mam wrażenie, że analityczne artykuły opisujące rzekome jądro elektoratu Donalda Trumpa – wykluczonych, sfrustrowanych młodzieńców okupujących serwisy Reddit i 4Chan, altrightową czeredę w postaci inceli, trolli i edgy żartownisiów –  świetnie pasowałyby również do fantazji przedstawianych przez nowych polskich raperów. Młody Dron – członek kolektywu HEWRA – na zdjęciach paraduje zresztą w ikonicznej czapeczce z kampanii Trumpa. Przypadek? Tak jak okazyjne wzmianki u Belmondo / Kaza Bałagane o Patricku Batemanie czy Ayn Rand – idolach socjopatycznych libertarian z 4Chana czy rodzimego serwisu wykop.pl? Być może. Ale te przypadki świetnie rymują się z całokształtem. 


Dwuwymiarowość świata newschoolowych raperów jest niezrozumiale pociągająca. Nic dziwnego, że jak grzyby po deszczu powstają na ich temat fanfictions, memy i innego rodzaju spontaniczna twórczość. Przybiera ona absurdalne formy – od montażu programów podróżniczych Makłowicza pod kawałek Belmondo po recytowanie tekstów tego rapera przez generator mowy. Idą też za tym stalkerskie odruchy – grupowe śledztwa na temat szczegółów ich prywatnego życia, robienie ukradkiem zdjęć, wysyłanie screenów z rozmów (przypominam, że nie mówimy tu o celebrytach, tylko o anonimowych szerzej twórcach). Sami raperzy z tej sceny prowokują jednak takie podejście – unikają wywiadów (prowadzą co najwyżej pogadanki z fanami na Instagramie), kasują i ponownie zakładają swoje konta w social mediach, występują przebrani na koncertach (jak HEWRA czy Rogal DDL).

Do tej pory hiphopowa autokreacja polegała na dosłownym utożsamieniu wykonawcy z tekstami. Nowi raperzy raczej zamazują tropy niż chcą świadczyć życiem i nazwiskiem za to, co wyśpiewują. Bardziej zależy im na byciu ezoterycznym niż w pełni autentycznym.

Uniwersum piosenek Rogala DDL czy Belmondo to freakshow bez hamulców. Nie uświadczymy tu psychologicznej głębi ani szerokiej społecznej perspektywy w stylu Łony czy O.S.T.R.-a. To kategorie, które newschoolowi raperzy w najlepszy przypadku ignorują, czasami wprost okazując im lekceważenie. „Podwójne rymy i skille, technika ostra jak sztylet / Fajnie, że sobie rapujesz, dla mnie to jesteś rodzynem” – podsumowuje ten wątek Kaz Bałagane w jednym z utworów. Jest na pewno w produkcjach tych raperów niesamowite libidynalne napięcie – od całych zwrotek opisujących pornograficzne scenariusze, po ciągłe potwierdzanie własnej atrakcyjności („Twoja bitch ślini się gdy ulicą idzie Młody G”), tak jakby głównie fantazjowali o byciu obiektem pożądania. Piosenki raczej nigdy nie są ustawione na inny tryb opowieści niż dość toporny swag – przechwałki.


Najlepiej chyba uchwycił ten rodzaj przekazu Wojciech Bąkowski w rozmowie z Filipem Lechem: „Cwaniakowanie i popis niskiej moralności to odpowiedź na farmazon. Świat jest obrzydliwy, więc żeby go opluć, trzeba być jeszcze obrzydliwszym. Na tym to mniej więcej polega. Wolność, miłość itp. to farmazony z radia”. Ciekawa jest swoją drogą fascynacja Belmondziakiem czy Rogalem DDL w młodych środowiskach artystyczno-progresywnych – porównywalna, o ile nawet nie większa niż wśród zaprzysięgłych fanów hiphopu. W kręgach, w których nieustająco trwa debata o rasizmie, transfobii czy kulturze gwałtu  – przymyka się oko na dość brutalne uprzedmiotowianie kobiet w piosenkach newschoolu. Oczywiście, wszystko można tłumaczyć „konwencją” – tak jak kiedyś milcząco akceptowano homofobię w wielu piosenkach jamajskiego dancehallu, ale pytania o podwójne standardy „środowisk progresywnych” są nieuniknione. 

Polski hip-hop od zawsze, a przynajmniej od czasu „Skandalu” Molesty, był najlepszą sondą możliwości języka polskiego. Wraz z rozwojem memosfery, social mediów, komunikatorów czy aplikacji randkowych – ewolucja mowy potocznej przyspieszyła. W awangardzie tej zmiany są nowi polscy raperzy. Niektóre teksty Belmondziaka czy Rogala DDL weszły już do najmłodszej polszczyzny. Rozpleniło się choćby przywitanie „halko!” (to z „Telefonów” Młodego G: „halko, dzwoni twoja dupa po jebanko”; gdzie w podkładzie muzycznym słyszymy melodyjkę z Nokii i gitarowy riff z klasycznego kawałka Republiki), a zawołanie „mordo” to już standardowy wyraz spoufalania się, na długo zanim w ofercie HBO pojawił się serial „Ślepnąc od świateł” (wyglądającego zresztą jak wysokobudżetowy klip Kaza Bałagane albo grupy PRO8L3M).

Dezynwoltura i świeżość w posługiwaniu się językiem to chyba w sumie najciekawszy aspekt tej generacji polskiego hiphopu. Zanim nie pojawił się Kaz Bałagane, sądziłem, że zdanie „dobra się zawijam, no bo spóźnię się na grilla” mogę co najwyżej usłyszeć oglądając „Kiepskich” – a nie w w grrrrroźnym i pełnym autokreacji kawałku rapowym. „Co się w tej WuWua robi-bi” – obsesyjnie pyta HEWRA w utworze „Pomoli”, a w jednym z ostatnich singli Kaz Bałagane przekręca popularny przysłówek i śpiewa o tym, co działo się „narpiew”.  Takich drobnych zabiegów, przesunięć, jest u newschooli mnóstwo – na naturszczykowstwie opiera się cały urok tych kawałków. „Lubię se pachnieć drogim perfumem” oraz „chuj mnie boli co se napiszesz na forze” – deklaruje Rogal. „Przespaj się ze mną, mała” – prosi kolektyw HEWRA. Belmondo w sztandarowych dla całego nurtu „Telefonach” sprowadza natomiast do parteru swojego konkurenta: „ty czekasz miesiąc aż wypłacą pensję / co ją rozjebiesz w jeden WEKEND / ja mam codziennie tutaj payday”.

Mimo że to hiphop radykalnie inny od twórczości wcześniejszego pokolenia, nie można mówić o zupełnym zerwaniu z genealogią polskiego rapu. Twórcy, tacy jak Belmondo czy Kaz Bałagane, nie pojawili się znikąd. Tego pierwszego, nawijającego jeszcze jako Bojkot możemy słuchać w genialnie wykonanej zwrotce utworu „Za najlepsze akcje”. Wtedy, w 2012 roku, podkład był jeszcze ciepły i soulowy, jakże inny od zimnych, metalicznych, trapowych bitów znanych z późniejszych nagrań Belmondo. Podobno debiut gdyńskiego rapera to jednak okazjonalny występ w teledysku do „Makumby” Big Cyca, gdzie zagrał małą rolę jako dziecko. To uprawdopodobnia tezę o tym, że Belmondo, chyba największy trickster rodzimej sceny, to brakujące ogniwo między trójmiejskimi freakami z Totartem na czele i amerykańskim trapem. Zresztą duch narkotycznej psychodelii pojawia się też w produkcjach HEWRY – niektórzy nazywają ją nawet hiphopowym odpowiednikiem trójmiejskiej grupy Apteka.

BelmondoTuzzaKaz BałaganeRogal DDL

Kaz Bałagane nagrywał od 2011 roku mixtape’y, a wydany na jesieni album „Książe nieporządek” jest już jego piątym regularnym wydawnictwem w dyskografii. Współpracujący do niedawna z Belmondo Oyche Doniz jest weteranem warszawskiej sceny – działał wcześniej w klasycznym składzie JWP (tam jako Doni JWP). Belmondo i Kaz byli współpracownikami tylko właściwie przez moment – zostawili po sobie jednak kilka wiekopomnych utworów. Jednym z nich jest nieoficjalny hymn tej sceny – melancholijne „Do następnego”. W 2016 roku ukazał się także jeden z najważniejszych rapowych singli dekady, „Black Beatles” amerykańskiej grupy Rae Sremmurd – i obie produkcje wyjątkowo ze sobą muzycznie korespondują. To w „Do następnego” pada fundamentalne pytanie: „czy to hiphopy, czy to już rapy?”. Zgrabnie obśmiewa ono te wszystkie socjologizujące artykuły, które od 20 lat (a przynajmniej od czasu filmu „Blokersi”) próbują dobrać się do fenomenu polskiego hiphopu i grzeszą kompletnym niezrozumieniem materii, z którą się mierzą.


Belmondo (Mobbyn) jest w ogóle chyba najbardziej intrygującą postacią tej sceny (mimo że jego działania noszą znamiona autosabotażu – pokłócił się z niemal wszystkimi artystami, z którymi współpracował). To nie jest facet, który wyrzuca słowa jak z karabinu. Przypomina raczej mrukliwego dresiarza okupującego kuchnię na domówce. Odzywa się z rzadka, ale w jego obecności powietrze można kroić nożem. A gdy już się odezwie – milkną wszyscy inni. Trochę psychodeliczny druid, trochę diler z bloku, Belmondo zbudował wokół siebie kult i ogłosił serię quasi-manifestów: „W moim drogim bucie nie ruszyłem nawet kciukiem /  A stworzyłem, kurczę, movement / Dziwko jestem Bugiem, ostatecznym nurtem / Mobbyn to perpetuum mobile, Mobbyn to perpetuum mobile / I pracować będzie nawet, kiedy umrę, nawet, kiedy umrę”. Jeśli obcowanie z należycie skrojonymi, napisanymi poprawną polszczyzną tekstami Taco Hemingwaya było jak zapalenie słabej trawki kupionej od ziomka z uczelni, to słuchanie Belmondo jest uzależniające bardziej od brania cracku.    


Belmondo jest amoralnym tricksterem i gościem, któremu raczej nie zostawia się roweru do popilnowania. Jego częściowym rewersem jest Rogal DDL. Teksty występującego w kominiarce rapera to mieszanka seryjnych bluzgów, resentymentu, -izmów i -fobii oraz zaskakujących językowych eksperymentów. Gęste od wersów, ulicznych maksym i mądrości teksty warszawskiego rapera to już czyste literackie id („czasem, żeby tu wygrać najpierw trzeba przyjebać / wolę w pysk sobie powiedzieć, niż tak jak chorągiewa  falować na wietrze - jebać, jebać, kurwa mać, nic się nie bać / własne zdanie to własne zdanie / nie pozwól go sobie im zajebać”). Do tego hardbassowe i techno podkłady. Mimo groźnego ulicznego emploi twórca nie jest do końca na serio – często puszcza oko do średnioklasowego, wielkomiejskiego odbiorcy. Wiele teledysków zawiera ujęcia sportowego samochodu i Rogala ubranego w kominiarkę. Jednak teledysk do kawałka „Turborower” rozpoczyna się od ujęcia, na którym raper wyjeżdża z garażu na różowym dziecięcym rowerku. Rogal DDL specjalizuje się w zdaniach tak burackich i tak przegiętych, że nie wierzymy, że mogą być na poważnie:  „Dresowy look to pies na baby i magnes na brawy i bez obawy”, „Nie zdałem z trzeciej do czwartej klasy / we podstawowej, gdyby ktoś pytał”, „Masz butelkę to wychylylę / potem odkurzę, żeby nie było że kurwa brudas”. Rogal DDL rzuca wyzwanie stereotypom i przyzwyczajeniom odbiorczym dotyczącym rapu. Trudno żeby było inaczej, gdy wymyśla tak absurdalne linijki jak „Farszem nabijam cukinie, jeśli bit byłby cukinią” („Ebe Ebe”).  


Tuza, Fino Alla Fine, Prosto 2018Tuzza, Fino Alla Fine”,
Prosto 2018
Intrygująca jest też newschoolowa fiksacja na punkcie Italii. W przypadku zespołu Tuzza (właśnie ukazał się ich debiut „Fino Alla Fine”) oficjalne wytłumaczenie to fascynacja filmem „Ojciec chrzestny” i kręcącą się wokół klanowej lojalności etyką tamtejszej mafii. Członkowie Tuzzy noszą ubrania pewnej włoskiej marki sportowej (przeżywającej zresztą renesans popularności), a teledyski kręcą na Półwyspie Apenińskim w pocztówkowych zakątkach kraju. Ich teksty są pełne odniesień do włoskiej kultury – od tamtejszych piłkarzy przez słynne zabytki, włoskie obyczaje po kuchnię i wino. Pozornie średnio oryginalny, a na pewno monotonny na dłuższą metę, pomysł został na tej płycie świetnie wykonany. Raperzy z Tuzzy są jak środkowoeuropejskie bociany z krótką wizytą w ciepłym kraju. Inną częścią ich fikcyjnej opowieści są blokowiska na warszawskich Bielanach, które widzimy z lotu ptaka w kręconych dronem teledysku i historie ludzi z przegranymi życiorysami: „Tamten miał talent, dobrze tańczył z piłką, potem i tak wybrał balet”.

Tuzza to najbardziej jaskrawy przykład fascynacji Włochami. Makaroniarskie aluzje miewali też jednak Kaz Bałagane („Prosciutto Crudo”) czy Belmondo („Gnocchi”). Italia jest tu chyba jakimś wyrazem tęsknoty za dobrym stylem i harmonią, a także spełnieniem fantazji o potędze i władzy – od włoskiej mafii przez gwiazdy futbolu po papieża Franciszka, którego wizerunek znajduje się nat jednym z klipów Belmondo na YouTubie. Ta megalomania, podkreślanie totalnego charakteru projektu: „Mobbyn to doktryna”, „Mobbyn to perpetuum mobile” idealnie do tego pasuje. Zobaczyć Neapol i umrzeć. Bo amerykańscy gangsta polskim raperom już chyba trochę się znudzili.

***

Belmondo & GSP, uhhqow, mobbyn.com 2018Belmondo & GSP, „uhhqow”, mobbyn.com 20182018 rok był dla tej „sceny” pewnie tym, czym ’78 dla rewolucji punkowej. Wtedy w atmosferze chaosu i „wielkiego rock’n’rollowego szwindlu” rozpadli się Sex Pistols – a u boku gwiazd takich jak oni i The Clash wyrosła generacja post-punkowa. Najważniejszy skład, Mobbyn, najpierw przestał istnieć (w tle kłótnia o pieniądze i osobiste wycieczki na Instagramie). Ostatnio Belmondo wydał z nowym raperem dość rozczarowujący album „uhhqow”. Wciąż jednak znalazło się tam kilka perełek z singlem „UPS” na czele – przykład tego jak należy pracować… na braku treści. To czysto formalne wrażenie – mieszanina pornograficznej fantazji, przyniesionych przez ślinę na język niemądrych skojarzeń i naprawdę niegramatycznych przechwałek („Młody G się wozi i się będzie wiózł / UPS”). Na papierze – koszmar. W rzeczywistości – działa jak cholera.


Jak zauważają w niedawnym podcaście Rap MATTers Maciej Kryński i Mateusz Osiak, rap starzeje się wyjątkowo szybko. Być może żaden artysta działający w tej konwencji nie powinien nagrywać więcej niż kilka płyt. Potem zwykle zaczyna się odcinanie kuponów lub desperackie próby odzyskania popularności (a w kolejce są już następni pretendenci do tronu). Przykład kariery Mobbyn pokazuje to dobitnie. Spieszmy się więc doceniać obecną generację nowej szkoły raperów – wszystkie jej genialne momenty i wszystkie wątpliwe decyzje estetyczne. Tak szybko się skończą.  

Tekst dostępny na licencji Creative Commons BY-NC-ND 3.0 PL (Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych).