wiersze

Marcin Czerkasow

Kardigan

Myślałem, że to się pisze inaczej
i byłem nawet zaskoczony,
widząc billboardy przecinające niebo nad boiskiem
z czyjąś głową, mówiącą: „to nie jest gra, na pewno
nie jest nią już dłużej”. Więc czasem, aby zebrać myśli
dobrze jest pokrążyć również w innych miejscach,
gdzie liście posortowane w plastikowych workach
oczekują na godzinę zbiórki. Podobnie jak pieniądze,
które generują wyłącznie hałas, te ściany otaczające
ciemność, domy, rozrastające się dzielnice, przedmieścia
przegryzają się przez własne zmanipulowane sceny.

Widziałem to ostatnio we śnie, wytatuowane
na czyjejś twarzy, która śpiewała w innym śnie
w nieznanym mi języku: „Dokąd zmierza ten świat,
kiedy wokół tylu zatroskanych obywateli?
Fetor asfaltu, benzyny i jedzenia, treść wieczorów
flirtujących spiralnie z wrześniowym powietrzem.
Ulotki, kamienie i liście lądują na samochodach
zadowolonych z siebie mieszkańców, oficerów lokalnegoporządku. Tutaj wszyscy oddychają czystą przemocą i wkrótce wyruszają
za ciosem, który wyprowadza ich poza zasięg estetyki.
A wtedy kolejny użytkownik tej domeny
wieje jak najdalej, by po przelotnym romansie z bezprawiem
wreszcie spieniężyć swój czek, kształt księżyca nad lasem”.

Pozory i spółka

Wyglądał na zaskoczonego, szczerze mówiąc, w środku nocy
prawie wszyscy są niewyspani, ale żeby w taki sposób
detonować nasz plan? Przecież
zaledwie w ciągu ostatniego kwartału

potroiliśmy zysk i ciężar dywidendy
przechylił budynek, który od tamtego czasu
wygląda jakby chciał sprzedać komuś kopa.
Obrócony do nas tyłem,

zegar nigdy nie zrozumie. Kęs sałatki. A potem kompletnie
zdemolował kopię tamtych dokumentów. Do tej pory
śnią mi się raporty i memoranda. Nic zabawnego,
chociaż były niezłe balony. Tymczasem po wszystkim

notatka na moim biurku brzmiała: „Lepiej tam wracaj
wąchać grejpfruty, kochanie”. Więc pewnego dnia po prostu wstałemi wyszedłem na ten szeroki, niepewny trawnik przyszłości.
Spocony jak goryl w diamentowym garniturze.

Wstrząsające

życie, w każdym razie jeden z tych drobiazgów.
Ale czy znamy coś większego? Mam tutaj na myśli
ten moment, kiedy opróżniając skrzynkę
czuję się trochę jak jednoręki bandyta,
a moja twarz coraz częściej
przypomina jo-jo. Coś gra na wszystkich emocjach,
jak hydraulik strojący pianino, zwykły technik
na niedostępnych alpejskich drogach,
penetrujący tundrę emerytowany goniec.
Podobno każdy ma z życia tyle, ile sam w nie włożył,
choć najwyraźniej nie do końca. Moje inwestycje
zdają się nigdy nie zwracać, a próbowałem, serio,
utrzymywać się również z wyburzania domów.

Pisałem sztuki o lotach w kosmos,
powieści o nazistach eksplorujących ponure sekrety,
a także rymowane kryminały dla dzieci. Wszystko na nic.
Każda kariera najwyraźniej wlecze nas w końcu za jaja
w stronę oceanu, gdzie grają naprawdę duże ryby, a na brzegu
czeka tablica z napisem: „Nie trafiłbyś w wodę,
nawet gdybyś wypadł z łodzi”. Jak drzewo
ścięte w zbyt gęstym lesie, które nie trafia we własny cień,
jak ktoś, kto obudził się po niewłaściwej stronie miasta,
powiedzmy otwarcie, że w tym budynku
winda jeździ wyłącznie w poprzek, a każda kariera, no cóż,
zawsze już będzie wisieć na włosku. W tym sensie
przyszłość należy do fryzjerów.

Co nowego pod słońcem
„Patrz, to coś nowego”–– Księga Koheleta
Cóż przychodzi człowiekowi z całego trudu,
kiedy na koniec dnia zjeżdża z taśmy
i wreszcie parkuje w cieniu własnych myśli?
Zmieniają się rządy, ziemia płonie
i zamienia w kolorową miazgę.
Koronalny wyrzut masy
pielęgnuje nastroje milionów,
miliony kierują uwagę w stronę nieba,
gdzie zarysy satelitów przemierzają noc,
obserwując ich aktywność w dole.
Wszystko dzieje się równocześnie,
dzień z nocą, noc z dniem;
światło, które przychodzi,
wypiera zawsze inny rodzaj światła.
Pękają połacie lodu i woda wzbiera w portach,
morza i oceany napierają na miasta
we wszystkich ekskluzywnych zakątkach.
Mówienie o tym i o tamtym sprawia coraz większy wysiłek:
„Jest po prostu za dużo do myślenia”.
Niemniej powstają nowe filmy,
a to, co było, a nie jest
nadal nie powinno być
wpisywane w rejestr.
W czasach, kiedy o tym myślałem,
nie znałem jeszcze surykatek
ani hoteli o lśniących nazwach,
a pod drzwiami zawsze leżała gazeta.
Fakt faktem, że w żadnej z nich nigdy nie było słowa
o tych, co dopiero przyjdą i będą musieli to jakoś przetrwać.

zdjecieMarcin Czerkasow − poeta, wydawca. Ukończył filozofię na UAM w Poznaniu. Studiował również edytorstwo. Autor arkusza Płonące ciasteczko (2006), zbioru Fałszywe zaproszenia (2008) oraz Przede wszystkim zniszczenia (2014). Pisze, a także przekłada teksty poświęcone współczesnej sztuce wizualnej. Teksty krytyczne, szkice i wiersze na łamach licznych periodyków. Laureat i eks-stypendysta. Założyciel oficyny Disastra Publishing. Prezentowane teksty pochodzą z powstającej właśnie, nowej książki: Osiedle rzeczywistości.