Jeszcze 3 minuty czytania

Joanna Krakowska

KONFORMY: Potęga kontekstu

Joanna Krakowska

Joanna Krakowska

Kłopot z konserwatystami jest taki jak z panem Jourdain, który nieświadomie mówił prozą – nie zauważają, że uprawiają twardą politykę

Liczne są pożytki z historii. Najważniejszym jest wiedza o potędze kontekstów. Nie ma żadnego faktu samego w sobie, są tylko fakty w kontekście oraz bardziej lub mniej przekonujące na ich temat narracje. Nie znaczy to bynajmniej, że można snuć je dowolnie – konteksty przecież zobowiązują. Liczmy więc w przyszłości na dobrego narratora czy narratorkę – ci powiedzą nam, co właśnie przeżyliśmy, jeśli przeżyjemy.

We współczesnych kontekstach coś musiało się ostatnio zmienić, skoro „Opowieść podręcznej”, stara książka Margaret Atwood, trafiła na platformy cyfrowe w postaci serialu, który namiętnie komentują liberalne gazety po obu stronach Atlantyku. Opowieść Atwood trafia w sedno realnych lęków, których źródłem jest patriarchalne wzmożenie – w prawodawstwie, w decyzjach administracyjnych, w jawnej mizoginii polityków i bezwstydnym seksizmie celebrytów. Ponura fantazja o totalitarnym państwie wyznaniowym, w którym kobiety pozbawione są praw, odczytywana jest w Ameryce Trumpa i w Polsce Kaczyńskiego niczym Orwell w czasach Breżniewa. Kiedy dystopijne, alegoryczne czy paraboliczne powieści zaczynają rezonować emocjonalnie, wytracając swój fantazyjny charakter na rzecz zdumiewającej aktualizacji, to znaczy, że przestają być fikcją, a stają się diagnozą.

Może nie jest aż tak źle? Popróbujmy optymizmu. Weźmy Stary Teatr. Mimo donosów prawicowej prasy, wbrew powszechnym obawom i własnym chęciom, Ministerstwo Kultury dotrzymuje kontraktu, pozwalając, by Jan Klata zrealizował swój program i dokończył kadencję dyrektorską. Trochę późno, ale i tak prawie pół roku przed końcem jego kadencji zostaje ogłoszony konkurs. Wydaje się to po myśli tych, co mieli o coś tam do Klaty pretensje. Po myśli tych, którzy uważają, że kadencje dyrektorów w instytucjach nie powinny trwać nazbyt długo. Po myśli zwolenników konkursów na stanowiska publiczne (choć takich coraz mniej). Zespół teatru nie protestuje przeciw konkursowi i nie walczy publicznie o konkretnego kandydata. Nie ma też środowiskowego nacisku, by do konkursu nie stawać, domagając się zarazem przedłużenia kadencji Klaty. Ci zatem, którzy do konkursu stają, przyjmują jego warunki.

W skład komisji konkursowej wchodzi między innymi kilka osób o niekwestionowanym dorobku twórczym, choć przy tym światopoglądowo bliskich władzy. To ich głosami konkurs wygrywa kandydat, którego program zawiera dokładnie to, co władza chciałyby usłyszeć. Trudno mieć do kandydata o to pretensje, tak wszakże pisze się aplikacje, żeby wygrać. Są tam zwyczajowe ogólniki, gospodarska troska, szacunek dla słowa, niechęć do „gloryfikowania pustki i burzenia”, porcja nostalgii w nawiązaniach do tradycji, porcja resentymentu wobec teatru krytycznego, porcja staromodnych poglądów na teatr itd. Propozycje repertuarowe – Brecht, Szekspir czy Howard Barker ­– niezbyt kontrowersyjne, z jednym lizusostwem, ale o to mniejsza. Co to wszystko naprawdę znaczy – nie wiadomo, bo kandydat dotąd nie prowadził teatru. Pytanie: czy na jednej z najważniejszych scen w kraju powinno się prowadzić takie eksperymenty personalne? Możliwe odpowiedzi: A. nie powinno się, B. nie takie się już prowadziło, C. zespół Starego Teatru poradzi sobie z każdym dyrektorem, D. nie wiadomo. Wszystkie odpowiedzi są prawidłowe.

Zwycięski kandydat, były recenzent „Gazety Wyborczej” i dyrektor telewizyjny zwolniony przez dobrą zmianę, na swojego zastępcę i dyrektora artystycznego wskazuje reżysera, który w Polsce nigdy nie pracował. Pozornie wydaje się, że to po myśli tych, co chcieliby zmiany innej niż przewidywalna. Po myśli tych, co plują na teatralny establiszment. Po myśli tych, co bali się na tym stanowisku prawicowego propagandzisty. Po myśli tych, których drażnią środowiskowe i towarzyskie koterie. Po myśli, no może nie po myśli, ale nie bez nadziei tych, którzy chcieliby przynajmniej wysłuchać, co na przeczekanie dobrej zmiany nowi dyrektorzy mają do zaproponowania, a przede wszystkim, kogo zaproszą do współpracy, bo kształt teatru realnie od tego przecież zależy. Kto wystawi „Balladynę” – może Katie Mitchell? Kto „Życie Galileusza” – może Weronika Szczawińska? Co wystawi Krystian Lupa?

Nie, Krystian Lupa niczego nie wystawi, bo już zapowiedział bojkot nowej dyrekcji. Nie jest do końca jasne, czy z nieznanymi się nie pracuje, czy z niegodnymi się nie pracuje, czy z nominowanymi się nie pracuje. Wpisów z Facebooka przytaczać nie wypada, dość powiedzieć, że „miernota” na powitanie Cezarego Morawskiego to głask w porównaniu ze złośliwościami pod adresem nowego dyrektora artystycznego. Trudno oskarżyć go o coś konkretnego, atakuje się więc za swoją o nim niewiedzę. A przy okazji dostaje się każdemu, kto – jak Paweł Potoroczyn – coś wie i nieopatrznie wyraził się pochlebnie. I dostaje się dziennikarce, która bezkrytycznie tę opinię przytoczyła. Środowisko oburzone podsuwaniem mu zachodnich wzorców w stylu lat 90. dowodzi, że reżyser z Anglii jest nikim.

I tak nici z optymizmu.

Żeby coś z tego zrozumieć, potrzebne są konteksty. Po pierwsze ich brak. Po drugie ich nadmiar. Po trzecie ich przewrotność.

Głównym zarzutem pod adresem kandydatów na dyrektorów Starego Teatru jest właśnie brak kontekstów. Nazwisko dyrektora artystycznego nikomu się nie kojarzy. W dodatku to reżyser, który nie jest niczyim kolegą. Nie ma u nas takich bytów. Ludzi, którzy nie przynależą, których nie można przypisać, którzy nie mają środowiskowego zaplecza. A teraz to Ministerstwo zarządza kontekstami Michała Gielety i pogrąża go mianem „najbardziej znanego polskiego reżysera za granicą”. Dobijają zaś Wiadomości TVP, ogłaszając, że Gieleta w polskim teatrze jest niczym Arsenal w lidze okręgowej.

Z drugiej strony kontekstów mamy nadmiar i to one decydują o rozpoznaniu sytuacji dzisiaj i historycznym jej opisaniu jutro. Nie ma w Polsce zbyt wielu teatrów publicznych konsekwentnie aspirujących do nowoczesności, eksperymentów, nowych języków, nowych mediów, zaangażowania, polityczności, kontrowersji, traktowania spektaklu jako wymagającego dialogu,  stawiania publiczności wyzwań i poddawania jej krytyce, a nie schlebiania gustom i dostarczania rozrywki. A tak się składa, że to w tych teatrach reżyserują ci, którzy dostają potem prestiżowe nagrody, wyjeżdżają na festiwale polskie i zagraniczne, przebijają się do opinii publicznej, wywołują debaty poza wąskim środowiskiem, sprawiają, że teatr znaczy coś więcej. Jest takich teatrów w Polsce osiem, może dziesięć, czyli mniej więcej dziesięć procent wśród publicznych teatrów dramatycznych i trochę ponad jeden procent pośród wszystkich teatrów w kraju, bo tych mamy w sumie blisko 800. I oto cztery z nich – zgodnymi siłami władz samorządowych i ministerialnych – właśnie zakończyły swoją misję. Zniszczony i rozbity został Teatr Polski we Wrocławiu, po trzech sezonach odchodzą dyrektorki teatru w Kaliszu i dyrektorzy teatru w Bydgoszczy, a Stary Teatr w nowej odsłonie ma się zwrócić ku tradycji lat 60. i 70.

Jeśli z tych faktów wyprowadzać wizję polityki kulturalnej, to jawi się ona jasno: z dziesięciu procent dyskomfortu robi się już tylko pięć, sztuka ma być wypadkową gustów i oczekiwań władz, nad światopoglądowe ekspresje przedkładamy kulturalną rozrywkę, jako ideał wskazujemy konserwatywny model teatru jako „przestrzeni otwartej po horyzont problemów egzystencjalnych”. To zresztą od razu było jasne, bo jaki powinien być teatr, wyłuszczyła Wanda Zwinogrodzka na samym początku swojej kadencji, zastrzegając przy tym, że konserwatyści nie wprzęgają sztuki w rydwan polityki. Kłopot z konserwatystami jest taki jak z panem Jourdain, który nieświadomie mówił prozą – nie zauważają, że uprawiają twardą politykę. I w tym sensie ani Sofokles, ani Szekspir, ani Słowacki, ani Demirski nie są oczywiście konserwatystami.

By nie wprzęgać sztuki w rydwan polityki, ministerialnego dofinansowania nie dostaje w tym roku Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu, nie dostaje Komuna Warszawa, nie dostaje Festiwal Prapremier, wycofana zostaje uprzednio przyznana dotacja dla Festiwalu Malta. Co gorsza dwie ostatnie decyzje mają charakter cenzorski – w przypadku Prapremier represyjny, w przypadku Malty prewencyjny. To kara za goszczenie artysty, który jeździ po Europie i mówi nieprzyjemne rzeczy jej społeczeństwom oraz rządzącym. Komunikat polskich władz zostaje odczytany poprawnie – polskie festiwale wycofują zaproszenia dla „Klątwy”. W końcu w przyszłym roku znowu chcą aplikować o dofinansowanie. 

Jeśli do personalnej czystki i cenzury ekonomicznej dołożyć nakaz tropienia dżenderu, walkę z pedagogiką wstydu, stwierdzenie, że rząd nie lubi homoseksualistów, choć ich nie prześladuje, czarne listy aktorów w TVP i recenzje, które stają się politycznymi donosami – nie ma najmniejszego powodu do optymizmu. Nie sposób się jednak nie zastanawiać, co z ludźmi, którzy odejdą? Jak zagospodarują swoją ideowość i zaangażowanie? Dokąd pójdą świetni reżyserzy, którzy stracili właśnie swoje przystanie? Może do innych teatrów, jeśli ich dyrektorzy się ośmielą, więc kto wie, czy w miejsce traconych czterech nie wyrośnie dwadzieścia nowych? Na miejscu każdej władzy bałabym się tej pozostawionej samopas energii, wściekłości i inicjatywy. Kto wie, co się z niej urodzi? Bałabym się też tych własnych kandydatów, których lojalność kupiły stanowiska, ale którzy z czasem będą chcieli zrobić wszystko, by odkleić z czoła etykietę wybrańców prawicy. Tu właśnie wchodzi trzeci aspekt kontekstów – ich przewrotność.

Jan Paweł Gawlik wyrzucony został przez zespół Starego Teatru w 1980 roku na koniec owej świetlanej dekady swojej dyrekcji. Wkrótce potem objął Teatr Rzeczpospolitej utworzony w Teatrze Dramatycznym po wyrzuceniu z niego w ramach represji w stanie wojennym Gustawa Holoubka i po rozpadzie świetnego zespołu. Adam Hanuszkiewicz, mianowany w Teatrze Narodowym na miejsce wyrzuconego Dejmka, musiał się strasznie napracować, by z pupila władzy stać się jej męczennikiem. I w stanie wojennym stracić stanowisko na rzecz Krystyny Skuszanki i Jerzego Krasowskiego, którzy mieli dorobek, doświadczenia i wszelkie kompetencje do kierowania Teatrem Narodowym, tylko nie mieli żadnych szans, by robić dobry teatr. Jak pisze Magdalena Raszewska: „Krasowscy ze skupionym wokół siebie gronem współpracowników o podobnych poglądach politycznych, stanęli przeciw większości teatralnego świata. Syndrom oblężonej twierdzy, lekceważonej, bojkotowanej przez środowisko, był widoczny coraz wyraźniej, a właściwie – tym wyraźniej, im bardziej władza pokazywała, jak ten teatr jej się podoba”. Wanda Zwinogrodzka świetnie zna te dzieje.

Władze, które niszczą teatry i odwołują dyrektorów wbrew zespołom, przechodzą do historii w niesławie. Tak jak lepiej – dla własnego dobra – doceniać, a nie prześladować Brechta, Meyerholda i Schillera, nawet jeśli się ich nie lubi czy nie rozpoznaje, tak lepiej nie niszczyć teatrów, które mają własną legendę. Czasem na jej zniszczenie wystarczy jeden sezon, jak było ze Sceną Poetycką w Łodzi, czasem kilka dekad, jak w przypadku Teatru Dramatycznego w Warszawie – ale dla władzy szkód z niszczenia doprawdy więcej niż pożytków. Wrocław już pożałował swojej aroganckiej decyzji, choć naprawa sytuacji okazuje się trudniejsza niż przewidywano. Władze Bydgoszczy będą w długie zimowe wieczory lamentować, jak można było tak lekko pozbyć się z miasta teatru na europejskim poziomie. A Ministerstwo Kultury niech tymczasem rozważa dwa możliwe scenariusze: w jednym – aktorzy Starego Teatru recytują wiersze na placach, rozniecają pożar na cały kraj i obalają rząd; w drugim – nowi dyrektorzy robią, co mogą, by nas przekonać, że nie są komisarzami dobrej zmiany. Zarówno jedno jak i drugie wydaje mi się realne.

Tak naprawdę ważne jest jednak co innego: jak to wszystko, co się dzieje, ma się do całości, i do czego prowadzi. Bo jeśli ponura fantazja Margaret Atwood jest prorocza i ukazuje ukoronowanie projektu politycznego, którego zaledwie drobną cząstką jest kultura żywego słowa i wolne od uproszczeń interpretacje klasyki w Starym Teatrze Przyszłości, to doprawdy nie repertuarami powinniśmy się teraz zajmować.