Jeszcze 2 minuty czytania

Ziemowit Szczerek

STATUSY: Mielno

Ziemowit Szczerek

Ziemowit Szczerek

Rajem Polaka jest Polska, tylko podniesiona do ośmiościanu. Im więcej, słowem, Polski, tym Polakowi lepiej. Polak Polakowi i krajem, i rajem. Bo wszyscy Polacy

Padało, ale już było przyjechane do tego Mielna, więc było chodzone po deptaku i po ulicach okolicznych, przy których nie było już smażalni, że sola po osiem, pstrąg po dziewięć pięćdziesiąt i halibut po dziesięć dziewięćdziesiąt, tylko kebab i kebab. Kebab i kebab. Kebab i nocne sklepy. Jak w każdym polskim mieście, jak w centrum każdego polskiego miasta – tylko bardziej, co upewniało przyjechanych, że rajem Polaka jest Polska, tylko podniesiona do ośmiościanu. Im więcej, słowem, Polski, tym Polakowi lepiej. Polak Polakowi i krajem, i rajem. Bo wszyscy Polacy.

Lało, wiało, wiało, lało.

Ale w niektórych kebabach były też ryby. Tradycja to jednak tradycja, jak ten karp na wigilię czy smażony ser na Słowacji. Były też ryby, na przykład, w PRL-owskiej knajpie, to znaczy – w knajpie, która udawała PRL, wiadomo, o co chodzi, udawała taką knajpę niby-PRL-owską, że się stoi, pije i zakąsza, która jest takim samym polskim wyobrażeniem o PRL-u, jak polskie filmy o międzywojniu wyobrażeniem międzywojnia. Były te ryby na talerzach niepapierowych wcale i sztućcami się je jadło wcale nie plastikowymi, i wisiało zdjęcie Urbana przy wejściu, i napis był nad tym, że „rząd się sam wyżywi”, a pod tym był podpis samego Jerzego Urbana markerem. Był też napis, że „po skończonej pracy załóż majtki” i leciały stare szlagiery: cała sala śpiewa z nami, chłopiec z gitarą byłby dla mnie parą.

Tylko, że nikogo, nikogo tam nie było, i kelnerka, czarnowłosa, stała przy wejściu i patrzyła błyszczącymi oczami w deszcz, po którym chodzili z zaciśniętymi zębami turyści i letnicy – ale nie wchodzili, nie wchodzili. Nie chcieli.

A po drugiej stronie stał wielki budynek dyskoteki o nazwie „Bajka”, a na ścianie był wielki napis „gdy zachodzi słońce budzi się bajka”.

Stanąłem w drzwiach i paliłem.

Jakiś pan w czerwonym kapturku chlupał w sandałach po kałużach i też palił, ale mokrego, a ja pod daszkiem i suchego. Zaraz za nim chlupała pani i mu źwandała do ucha:

– Po chuj, no po chuj, po chuj, no po chuj, no po chuj, po chuj, no po chuj.

A on się w końcu odwrócił i w te słowa:

– A po chuj!

I wyrwał dalej, a potem chyba się pokapował, że se pogadali, więc odwrócił się po raz wtóry i rzekł:

– Żebyś się pytała!

Ale ona już nie słyszała, bo w drugą stronę szła. Więc on westchnął i pogalopował za nią w tych sandałach, włosy miał na łydkach, nos miał niedługi.

Lało, wiało, wiało, lało.

Były więc i ryby, choć nikt już nie udawał, że są z kutra. No, prawie nikt, bo w jednym, malowanym na niebiesko budynku ewidentnie napięto się, że jednak są te ryby z kutra, obwieszono budynek sieciami, i te sieci wiatr targał, i było napisane na tym budynku, że „festiwal dorsza”, i że dorsza jak się więcej weźmie, to się opłaci.

Ale tam nie poszedłem, bo wyglądało na drogie. Poza tym wyszła z budynku jakaś para i mąż błagalnym głosem tak przemówił do żony:

– No kochanie, ale ja nie mogę tak często pić!

Żona miała twarz dumną i stężałą jak rzymski posąg. Pogardę miała w oczach.

A znowuż inny wychodzący rzekł do drugiego:

– A ja, wbrew pozorom, się wybiorę na miesiąc kultury żydowskiej do Krakowa na początku lipca, to festiwal przesympatyczny, sympatyczne bardzo tam są imprezy i iwenty, miasto też jest sympatyczne, ja, wbrew pozorom, lubię krakowian, bo są, wbrew pozorom, sympatyczni.

Lało, wiało, lało, wiało.

Przy ulicy Orła Białego była siłownia zewnętrzna, na której ćwiczyli siłacze i emeryci, a kawałek dalej gofry sprzedawali. Na znaku drogowym było napisane: NIE DOTYCZY POJAZDÓW „FIRMUS NEXUS”. Byłem w świecie baśni. Tylko że lało. Gofry mokły, ale były radosne, bo radosne były kolory gumijagód i smerfoskawek, którymi je polewano, bita śmietana się w tym deszczu rozpuszczała jak we łzach, ale jagody na nich były okrąglutkie jak fałszywy kawior, tylko większe, i na potęgę kupowano, bo było przyjechane. Na którymś z podwórek ktoś położył na grillu czaszkę ludzką. Wyglądała na prawdziwą, ale teraz to takie podróby robią wszystkiego, że pewnie nie była prawdziwa. Teraz to taką czaszkę, myślałem, można wydrukować na drukarce 3D, taki grill można wydrukować, ba, takie Mielno i taki deszcz też, i Orła Białego, i siłownię zewnętrzną, i siłaczy, i żywność dla trzeciego świata, i pomoc dla uchodźców na miejscu można wydrukować. „You don’t know what it’s like to be Assad, man” – leciało z głośników. Wiało od morza zapachem igieł i jodu, a przy głównej ulicy rozpościerały się płachty białe namiotów, a w środku można było kupić ręczniki z Matką Boską i piłkarzami Ligi Mistrzów, i orłami wniebowzbijnymi, i Chrystusem wniebowstępnym, i wszędzie było napisane, że taniej niż gdzie indziej. Dziewczyna składała i rozkładała ręczniki, i przekładała z miejsca na miejsce, a wszedł mokry pan i powiedział do niej zalotnie:

– A co pani tak przekłada?

– A przekładam, a co – odpowiedziała ona ponuro, a on już nie miał pomysłu, co mówić dalej, więc powiedział:

– A nic.

I poszedł w ten deszcz.

Niedaleko wisiała średnioformatowa reklama długopłachtowa, napis był długi, więc nie chciało mi się czytać całego, ale wynotowałem fragment: KIERUNEK UNIESCIE SKRĘĆ W ORŁA BIAŁEGO DALEJ POPROWADZĄ CIĘ DROGOWSKAZY.

Lało, wiało, wiało, lało, w ziemię deszcz wsiąpiał, i występował na trawę, i błoto sobą nasączał, i brodzili w trampkach i klapkach na skróty przez tę trawę-błoto, i mieli ujebane palce u stóp.

– Nihil novi sub solem – powiedział jakiś chłopak, a na przedramieniu miał napisane gotykiem: „NIHIL NOVI SUB SOLEM”.

Lało, wiało.

Ale przy samej plaży kostka chodnikowa była żółta jak w drodze do krainy Oz, na tej kostce stała foka, a obok foki – wielki kebab z napisem KEBAB TURECKI z rysunkiem wąsatego Turka w fezie na zewnątrz i wielką fotografią Turka bez wąsów w środku. Bez wąsów, ale zamiast tego ze złotym zegarkiem i mieczem, który ten kebab Turek ścinał.

Z Turka wyszedł mniejszy, szczuplejszy Turek, wyszedł w ten deszcz w czarnych klapkach na czarne skarpetki, wyszedł, przykucnął przy foce i patrzył w morze. Tęsknie. Jakieś dzieci, ciągnięte przez ten deszcz przez zdeterminowanych rodziców, błagały, żeby nie iść na plażę, ale rodzice się nie poddawali. Tu nie było bezstresowego wychowania.

– Marlenaaaa! – Ktoś wołał, wołał poprzez wiatr. – Marlenaaa! Chodź tu do selfie!

Lało, wiało, więc wszedłem w końcu pod któryś z gościnnych dachów. Jedzono tam – mimo wszystko – rybę. Wybierano ości i kładziono na boku talerza. „On i ona” – jak piszą na Facebooku facebookowi pisarze. On – trzydzieści kilka lat. Ona – też. On – dżinsy, podkoszulek i łysiejące, ale elegancko przystrzyżone włosy. Ona – złote tenisówki i farbowane włosy. Na oparciu siedzenia kurka 4F, taka, jaką Międlar miał na Marszu Niepodległości.

– Zajebać się tylko – powiedział on.

– Ciekawe, kurwa, czy tu często są morderstwa – powiedziała ona.

Dziecko też z nimi było, jadło halibuta filet, żeby się ościami nie zadławiło.

– Mama, ale nie pójdziemy na plażę, nie? – Zapytało błagalnie.

– Idziemy – odpowiedział niepytany tata. – Idziemy. – Dodał zdecydowanie.

Wziął solniczkę i zaczął solić, ale tak solił, jakby chciał tą solniczką tę rybę z ościami zapierdolić na płasko.

Niemiec siedzący obok patrzył wielkimi oczami i widziałem, że ma wielką, wielką potrzebę powiedzieć ojcu, żeby tyle nie solił, że to niezdrowo tyle solić, że jak tak można tyle solić – ale po walce wewnętrznej udało mu się nie powiedzieć.

Ojciec, widziałem, patrzył na Niemca kątem oka i wyglądał tak, jakby wiedział, że Niemiec chce mu o tym soleniu powiedzieć, jakby chciał, żeby mu to Niemiec powiedział, jakby chciał go tą solniczką do tego powiedzenia mu, że się tyle nie soli, sprowokować, żeby potem tą solniczką mu, kurwa, oczy wydłubać, krtań wyrwać, serce pokroić. Ale Niemiec nie powiedział.