Jeszcze 6 minut czytania

Dorota Masłowska

JAK PRZEJĄĆ KONTROLĘ NAD ŚWIATEM, NIE WYCHODZĄC Z DOMU (20)

Dorota Masłowska

Dorota Masłowska

„Apetyt na miłość” to swoisty bestiariusz Polaków. A może wielkie kompendium ich handmadowych autokreacji? Plus jak zawsze w TVN-ie: najnowsze trendy, błędy językowe i patologie

Wiadomo, jak to działa. Autor stwarza książkę, a potem książka niejako w odwecie stwarza tego autora. Napiszecie książkę o lisach, będą lisy, lisy, lisy. Napiszecie książkę o lasach, to będą lasy. Będziecie zapraszani do lasów, będą was wszyscy pytali o lasy, będą wam na spotkania przynoszone lasy. Napiszecie książkę o lessach, będą panele o lessach i wizyty w lessach, poupychają was w jury konkursów filmów o tematyce lessowej, każą wam siedzieć w lessach i lessować.

W końcu będziecie czuli, że w jakimś coraz bardziej mdłym teatrze nieudolnie gracie samych siebie, że wasze frenetyczne niegdyś jeremiady stają się ledwie ciepłymi deklamacjami, jakbyście samymi ustami mamrotali „wyznanie wiary” na mszy świętej, a pod ławką podejmowali brud spod paznokci i zastanawiali się, co sobie zjecie, jak przyjdziecie do domu. Zaś to co było grzeszną przyjemnością, zamienia się w nieprzyjemność, i to co gorsza grzeczną, najgrzeczniejszą z grzecznych.

Tak i ja po moich dwutygodnikowych felietonach utknęłam w kondycji samozwańczej specjalistki ds. dziadowskich programów telewizyjnych i nagadawszy się o tej swojej pasji, naobnosiwszy się z nią, naświetliwszy i zanalizowawszy ją publicznie wzdłuż i wszerz, czułam, że mam już swój ogon w ustach, i że nie jest on ani smaczny, ani nawet pogryzalny, a ja mamlę, mamlę, żuję kręcąc mordą, a w myślach myślę: a co wy mi tu będziecie, co ja oglądam. Ja to może kiedyś oglądałam, teraz wcale nie to oglądam!  I już na full włączony konkurs chopinowski, i retrospektywa Wan-Tu-Sana na TVP Kultura NA CAŁĄ EPĘ, tak że każdy w bloku już słyszy!!!! A ja poguję po całym tapczanie!!! 

Ale też natury nie oszukasz. Minęło tyle a tyle czasu, jak zwykle zapomniałam wszystkie swoje urazy i najmocniejsze nawet postanowienia. I choć wszystko się we mnie wije, by już nie nosić tego drewna, ale drewno tak bardzo się prosi: zanieś mnie, zanieś mnie gdzieś, ciągnie mnie za rękawy, aż nie mam serca mu już odmówić, a ono wtedy bije w maleńkie łapki i piszczy: do lasu! Do lasu, tylko do lasu! I ani się obejrzę, a znowu mam napad TVN-ów, i to taki z drgawkami i ze ślinotokiem. A wszystko przez program „Apetyt na miłość”. 

I znowu cała do bólu przewidywalna choreografia bingu: najpierw jeden przypadkiem zobaczony podczas świąt odcinek, gdy myślę sobie: co za gówno, czysta potworność i zwyrodnialstwo, podajże mi „Księgi Jakubowe”, gdzie moja zakładka? O tu, już jestem na 4 stronie… Ale mimochodem następnego dnia drugi odcinek, potem jakoś trzeci… I już łapię wiatr w żagle, i płynę, płynę, i już trach bum trach, nie wiem kiedy oglądam wszystkie odcinki pięciu sezonów (a niektóre po dwa razy). Zaś miarą mojej fascynacji niech będzie fakt, że po obejrzeniu niemalże każdej części robię spontaniczne łapanki i kto mnie lubi, a tym bardziej kocha, ten musi ze mną oglądać, a ja go trzymam za łokieć (żeby nie uciekł) i mówię: patrz, patrz, patrz, co on teraz powie!!! ćśśśśś... słuchaj, co ona mu teraz odpowie! Bo, deklaruję to zupełnie poważne i z otwartą przyłbicą, dawno mną nic tak nie wstrząsnęło, jak niektóre odcinki „Apetytu na miłość”, dawno nic mnie tak nie poruszyło. W tak piorunującą mieszankę potrafią połączyć się w telewizyjnym kotle: marzenia o wielkiej miłości, stres i domowej roboty autokreacje.

Ale od początku: „Apetyt na miłość” to wyrodny pociotek „Randki w ciemno”, więc nie sposób jednego w drugim nie przejrzeć. Ta ostatnia, prowadzona przez Jacka Kawalca w latach dziewięćdziesiątych, była bodajże pierwszą w Polsce  telewizyjną fantazją o loterii miłości,  w której bębnie prawie wszyscy na pewnym etapie życia się kręcimy. Typujemy kandydatów, chodzimy z nimi do kina, przyglądamy się, czy nie mają kwitnących paznokci (niedobory), a tak naprawdę kwestia jest dużo poważniejsza, rzekłbyś: ostateczna, fizyczno-metafizyczna. Z kim spędzimy życie? Z kim połączymy geny? Z kim będziemy spać w jednym łóżku i dzielić płyny ustrojowe? Z kim połączymy się świętym węzłem kredytu? Kto będzie przynosił kwiaty na nasz grób? Te decyzje obsadowe podejmowane często na podstawie nie do końca racjonalnych przesłanek ciągną się za nami potem przez pokolenia i wcielenia. Taka jest właśnie loteria miłości. Głupia, ale śmiertelnie poważna. Lekka, ale bardzo ciężka.

Nim jednak przejdziemy do etapu prokreacji i przykrych scysji w Ikei, dochodzi do rytuału RANDKI. To na jej poligonie odbywają się testowe interakcje, wstępne autoprezentacje, szacowania potencjałów erotycznych i ogólnożyciowych, nadymania się i popisy. Jest w tym dużo naturalnego ludzkiego teatru i programy takie jak „Randka w ciemno” ten potencjał wykorzystują. Poszukujący miłości stroszą piórka pod krytycznym okiem widzów w studiu i przed telewizorami. Jeden bohater/bohaterka oraz aspirujący do jej serca śmiałkowie płci przeciwnej, występujący – tak jak świnki, muszkieterowie i billbordy za Ebbing, Missouri, w baśniowej liczbie trzy.

Rozdzieleni symbolem niewiadomego – w tym wypadku gipskartonową ZASŁONKĄ. (We współczesnym, bardziej dokumentalnym „Apetycie” funkcję tę pełnią drzwi mieszkania uczestnika/uczestniczki).

.

Ale „Randka” pochodzi z czasów, gdy telewizja była jeszcze w dużej mierze radiem z obrazem, a widzowie gotowi byli zadowolić się po prostu klasycznym sprawdzonym przez wieki słowem mówionym. Miłosny wybór odbywał się więc tu na podstawie autoprezentacji werbalnej (miasto, zawód, hobby), zadawanych przez bohatera/rkę pytań i odpowiedzi spreparowanych, wyuczonych i mniej lub bardziej udatnie wyrecytowanych przez kandytata/kandydatki. Aura tych exposé była zazwyczaj kokieteryjnie konfrontacyjna i lekko sprośna, jak w chajzerowskich dowcipach zaludnionych przez wredne teściowe i chytre żony domagające się od mężów futer („Iksiński Iksińskiej kupił!”). Na koniec pojawia się tzw. GŁOS (rozsądku? przeznaczenia?), czyli sama reżyserka podsumowuje wszystkie kandydatury w tonie żartobliwym, ale ciepłowatym. Do dziś właściwie słyszę uszami wyobraźni ten dystyngowany tembr: „Alicja, zodiakalna Lwica, lubi podróże i żarty… oby nie za śmieszne! Wtedy potrafi pokazać pazurki! Oby nie chciała położyć na tobie… łapy”. Kiedy jednak dla przypomnienia oglądam dziś parę odcinków „Randki”, widzę coś zaskakującego. Otóż kulminacją programu nie jest wcale moment wyboru kandydata, lecz losowanie wycieczki: krajowej lub zagranicznej. Jacek Kawalec wyczynia prestidigitatorskie figle-migle z kopertami. Napięcie robi się już nie do zniesienia. Pocą się nawet widzowie oglądający program z przyszłości, z roku 2018! Wreszcie jest – wycieczka do Amsterdamu, zwanej Wenecją Północy stolicy Holandii! Albo Pragi – gdzie znajduje się Złota Uliczka uznawana ze mekkę zakochanych!

To dopiero wtedy po wcześniej skrępowanych i usztywnionych bohaterach widać realne emocje. Tak jakby w latach 90. pełnią w telewizyjno-miłosnych podchodach był dopiero łut fortuny, szczęśliwy traf w postaci wycieczki zagranicznej. (W roku 2018 uderza też grzeczność programu. „Lubię dalekie podróże, powieści science fiction, no i oczywiście Jodie Foster” – mówi Andrzej, ekonomista z Krakowa. „Ja też, tak jak ty, lubię fantazjować, w związku z tym jestem fantastyczną dziewczyną!” – mówi Basia, która na nagranie programu przyszła z maskotką. Jak się ma to do pracującej w gastronomii Marty, która ćwierć wieku później w „Apetycie na miłość” na randce reklamuje się jako kobieta: „Facet musi wyjść ode mnie z PUSTYMI JAJAMI i pełnym brzuchem”?) 

Ale poczciwa „Randka” to nie tylko prestiżowe nagrody, to też niewątpliwie dowartościowanie tzw. zwykłego człowieka (takiego jak ty i ja: świeckiego, nieaktora, nieprezentera) względem wszechwiedzącego, wszechpotentnego WORONICZA. Zarówno prowadzący, jak i GŁOS, w jakiś sposób asystują śmiałkom w ekranowym debiucie: podpowiadają, podpytują, ośmielają, empatyzują. Piszę o tym dlatego, że właśnie ten opiekuńczy stosunek telewizji (i w związku z tym telewidzów) do „szarego człowieka” to jakość, której zmianę widać bardzo wyraźnie w „Apetycie na miłość” w roku 2018. Tak jakby sympatia zwykłych ludzi do zwykłych ludzi cokolwiek zagasła. W opisywanym przeze mnie programie widać, jak bardzo: zajeżdżana slapstikowym, skupionym na paradoksach i niedorzecznościach montażem i pełnym przekąsu komentarzem, zamienia się momentami w czystą bekę. Bekę z tych, którzy o tę bekę sami się proszą. TVN-owski głos już nie pomaga, nie oprowadza, nie dodaje im odwagi. Choć często zwraca się bezpośrednio do bohaterów (czułym „Martusiu” czy też „Beatko”), daleko mu do ciepłych jak ludzkie dłonie przekomarzań swatki. Żarty często nacechowane są okrucieństwem i niewybrednymi podtekstami (BOHATERKA: Lubię siadać na…. NARRATOR: No powiedz Kasiu, na czym tak lubisz siadać?), a im bardziej niedorzeczny, atelewizyjny bohater, tym łatwiej między jego słowa wmontowywać ironiczne wtręty. 

Czy jednak bez tych komentarzy i złośliwego montażu „Apetyt” byłby dla współczesnego widza OGLĄDALNY? Program rozrywkowy, którego bohaterowie uprzejmie ROZMAWIAJĄ przez godzinę, bez dżingli, przekleństw i napisów na pasku, ma dziś raczej rację bytu w radiowej Dwójce. I chyba nie jest to wyłącznie kwestia utrzymania naszej rozproszonej uwagi – to również ewolucja poczucia „realizmu”, norm „prawdziwości” tego, co oglądamy.

Co jeden z drugim będzie tam opowiadał o sobie, opowiadać to każdy może, co tylko sobie zachce: my w czasach postprawdy chcemy prawdy. Nawet jeśli jest nieprawdziwa. Chcemy dokumentu, nawet jeśli jest spreparowany. Chcemy faktów, nawet nie muszą być autentyczne. Dlatego prezentacja bohatera w „Apetycie” to właściwie minidokument o nim (często uatrakcyjniony ujęciami z dronów, a nawet użyciem greenboxu). Kamera odwiedza bohatera w jego naturalnym środowisku, towarzyszy mu w pracy i w czasie od niej wolnym. Po drugie w społeczeństwie, które coraz częściej komunikuje sobie swoje hierarchie poprzez jedzenie, pojawia się też wątek kulinarny. Kandydaci dokonują autoprezentacji poprzez zaplanowanie menu romantycznej kolacji, wyrażając w ten sposób w języku jedzenia swoją naturę, wyobraźnię, kulturę kulinarną i osobistą, a nawet stosowaną ortografię (dla potraw muszą wymyślić nęcące nazwy). Bohater wybiera 2 spośród 3 menu i ogłasza, że „idzie szykować się na randkę”. Potem ukazane są obopólne starania higieniczno-kosmetyczno-stylizacyjne i odbywa się rzeczona kolacja, której towarzyszy kamera.  

I trudno mówić tu o realizmie. Bo spotkanie, którego jesteśmy świadkiem, jest spreparowane i ma dość ścisły scenariusz, w dodatku asystuje mu ekipa telewizyjna. Na wystąpienie w teatrze randki nakłada się więc wystąpienie w telewizji, w dodatku w paradoksalnej roli: samego siebie. Spiętrzenie psychologiczne jest jednak tak duże, że najwięksi twardziele i udawacze nie potrafią ukryć drżących rąk, wypieków i kołowacizn językowych. Stawką jest miłość, choć przecież nie zawsze i nie tylko. Jedni szukają jej aż zbyt zaciekle, skłonni wycisnąć jak cytrynę cokolwiek nieco ją przypominającego, ale inni chcą po prostu wystąpić w telewizji. Niektórzy bez zażenowania walczą o przyspieszenie swojego akcesu do świata celebrytów, a jeszcze inni traktują program jako okazję do wymyślenia się, ogłoszenia swojej osoby na nowo. Plus całkowite anomalie, jak mężczyzna, który chciał dogryźć swojej żonie albo Białorusin, który występował w programie, bo jego dziewczyna i tak o niczym się nie dowie.

.

(Aleksandra, jak twierdzi, do programu zgłosiła się, by zostać gwiazdą. Idzie po to jak po swoje, m.in. ucząc swoich potencjalnych partnerów kluczowej w życiu sztuki twerku).

Tak więc „Apetyt na miłość” można oglądać z kilku ciekawych perspektyw. Bo to nie tylko pasjonujące badania terenowe na temat „ Miłość 21wieku/ oczekiwania/fantazje/desperacje”. To także swoisty bestiariusz Polaków. A może wielkie kompendium ich handmadowych autokreacji? Plus jak zawsze w TVN-ie: najnowsze trendy, błędy językowe i patologie. 

Gdyby na podstawie „Apetytu na miłość” spróbować odtworzyć strukturę społeczną Polski, to żyjemy w kraju szczerego multi-kulti. Na start w programie decyduje się bardzo dużo obcokrajowców, głównie Ukraińców, ale są i Białorusini, jest Afgańczyk, Ormianin, a nawet Mamadi z Gwinei. Czy to sposób na asymilację, czy rzeczywiście cudzoziemcom trudno znaleźć w Polsce partnerkę w sposób analogowy?

.

(„Od razu Ania mi się spodobała. Ładna kobieta. I czysta. Czystość ma znaczenie. Bo kiedy czysto wyglądasz, wtedy ładnie wyglądasz”).

Oprócz tego właściwie nie ma tu profesorów, docentów ani doktorów. Polska to kraj telemarketerów i pracowników ubezpieczeniowych, oprócz tego silna reprezentacja osób nierobiących nic, kilka piosenkarek, kilku aktorów, a także… pisarzy.

.

(Pisarz zabija w swojej kuchni mola spożywczego metodą manualną).

.

(Pisarz przy pracy. Dziś maszyny do pisania powoli zastępują superszybkie komputery osobiste PC [ang. personal computer]) .

Co ciekawe, akcje tych ostatnich na rynku seksualnym stoją wyjątkowo nisko. Skonfrontowani z wykonawczyniami mniej uduchowionych zawodów, zostają oskarżeni o niemęskość, niechlujność, fatalny styl. Szczególnie żal Mateusza, który inwestuje w rolę pisarza wiele wysiłków na różnych polach, i tak pisarzy, tak pisarzy, że jest już bardziej pisarski niż Hemingway, Faulkner, Stasiuk i Świetlicki wrzuceni do blendera ze szklaneczką dobrego whisky, cygarem i odrobiną Bogusława Lindy. Ma dużą marynarę i mówi modulowanym, niskim głosem, wplatając między słowa znaczące pauzy i westchnienia („kobieta przede wszystkim musi dobrze smakować”), w dodatku ma przygotowane do wyrecytowania jakieś wyjątkowo perfidne coehlizmy („Strasznie mnie to znudziło od razu, tak naprawdę nie wiem, o co mu się rozchodziło” – komentuje to rzeczowo odwiedzająca go w zapuszczonym mieszkaniu Marlena).

Niewątpliwie ciekawym wątkiem socjologicznym jest duża liczba pracowników sektora disco polo. To ostatnie, do niedawna kojarzone z wąsami i plerezami, dziś zdaje się ewoluować w całkiem poważną gałąź gospodarki. Jeszcze chwilę temu można było mówić o disco polo jako o subkulturze, dziś to kultura, która ma swoje własne subkultury: disco polo metali, disco polo hiphopowców i, uwaga, disco polo hipsterów. Wszyscy jak jeden mąż deklarują, że „disco polo niby nikt nie słucha, a potem i tak wszyscy do tego tańczą”.

.

(W dobie sieciówek tożsamość to kwestia paru stówek i kwadransa w przebieralni. Pracownik zespołu disco polo, udający w nim basistę).

Ciekawe tendencje można zaobserwować wśród najmłodszych uczestników, zwłaszcza młodych mężczyzn. Tu bardzo często powtarzają się trolle, ostentacyjnie łamiący całą przypisaną randce niepisaną umowę i pierdzący głośno w jej teatrze. Dlaczego ta postawa jest tak upowszechniona i tak, uderzę w ten dzwon, pokoleniowa? Czy to czysta beka, czy może zasłanianie nią swojego egzystencjalnego przerażenia? Tu moim ulubionym bohaterem jest 20-letni Krystian, który ewidentnie nieśmiałość i niskie poczucie własnej wartości tłumaczy symultanicznie na język wulgarności i programowej obelżywości spod znaku „Big Cyca”.

.

(„Kurwa, zaraz będą mi się włosy lokowały, muszę se czapkę założyć”). 

Kurczaka przygotowuje w znalezionej na podłodze siatce ( „Mam nadzieję, że nie będzie miała po tym ostrego srania”), ubiera się w nieświeżą koszulę („jeszcze mi śmierdzi wódką”), a podczas randki podpija wino prosto z gwinta. O względy Asi, fanki Dody, która ma 20 lat, a w życiu, jak twierdzi, „twardą dupę”, rywalizuje z Kamilem. Ten z kolei wrażliwą naturę skrywa pod maską twardziela. („U kobiet najbardziej podoba mi się delikatność. Nie chciałbym powiedzmy dzielić życia i łóżka, spać z kobietą, która wcześniej miała w sobie, czy że tak powiem, w innych otworach, dużo wiadomo... członków męskich, tak?”).

Jeszcze inną formę abnegacji prezentuje straszny kurier Marcin, który wybiera strategię milczenia. Trudno spekulować, co pod nią kryje, bo jest za duże ryzyko, że nic. Na kolację przygotowuje ryż z sosem z proszku i owoce w śmietanie w spraju. Jego dysfunkcja społeczna jest ewidentna, nieszczęsnej dziewczynie udaje się jednak doprowadzić do kilku  lapidarnych minidialogów („Lubisz zwierzaki?” – „Miałem”) („Mieszkasz tu sam?” – „Nie”). Oprócz tego w odcinku mamy długie pasusy przykrej ciszy, a także ciekawy przypadek serwowania kiwi ze skórą.

.

Interesującą strategię programowego antyuwodzenia prezentuje też Dawid, który na randce prowokacyjnie ogrywa swoje wiejskie pochodzenie. W rozmowie używa słów takich jak „pierw” i „tera”, tam gdzie inni krewetki w tempurze, przygotowuje makaron z cebulą, opowiada o zbieraniu puszek i powraca do tematu swoich krzywych zębów. „Seks w życiu miałem dwa razy, no i jak wyszło, tak wyszło. To nie było tak jak w filmach pornograficznych, co się rozczarowałem, ale też się spodziewałem, że to tak będzie” – opowiada o sobie. 

Zupełnie nie przystaje to do modelu randkowania starszego pokolenia, „za młodego na sen, za starego na grzech”, które lubi całowanie w rączki, taniec, nalewki, czekoladki, cukiereczki, ciasteczka. Choć i tu zdarzają się przypadki lekkiego trollingu, tak jak Andrzej, który swoim partnerkom przynosi w darze „Sztukę pierdzenia” i „Cienie i blaski onanizmu”. A jednak starsi uczestnicy zdają się dużo bardziej romantyczni i dbali o kindersztubę.

.

Tu ciekawym przypadkiem jest starszy aktor z Krakowa, Jacek, który jak gdyby sam pada ofiarą rozsiewanego przez siebie czaru. Ma tak niski, głęboki głos o tembrze zardzewiałej czekolady, że nawet jak mówi kobiecie, „gdzie jest łazienka”, to jakby mówił „chcę cię pożreć CAŁĄ”, a gdy mówi „nie”, to jest jakby mówił „tak, tak i jeszcze raz tak”. Tak przynajmniej czyta to handlarka z warszawskiego Różyca, Lidka, która właściwie już w połowie wizyty proponuje mu wspólne zamieszkanie. Jakim zdziwieniem musi dla niej być, kiedy Jacek ostatecznie wybiera Nadię, ukraińską gosposię. Ta piecze dla niego z kolei trudny do wytłumaczenia torcik, prowokując scenę, której nie powstydziłby się Bruno Dumont.

.

Na koniec zostawiam sobie odcinek w moim odczuciu najbardziej poruszający. Korpulentna pracownica call-centre Agnieszka na loterii miłości trafia dwóch kandydatów. Pierwszym z nich jest Sławek, pozbawiony jedynki magazynier-złota rączka, domorosły tancerz disco. Choć sam nie jest najprzystojniejszy na świecie, ewidentnie dzieli kobiety na piękne i nieistniejące. Gdy po otwarciu drzwi stwierdza nieprzynależność Agnieszki do tej pierwszej grupy, właściwie oddaje karty, zamyka się w sobie i nawet można powiedzieć, że trochę żal mu przygotowanego jedzenia.

.

Ona z kolei przynależy do kultury „wszystko ma zniknąć z talerza”, nie wyjdzie, póki nie skończy. On najchętniej w ogóle by z nią nie rozmawiał, ale ze względu na obecność kamery solidarnie brną w rejsoidalne dialogi:

– Powiedz mi, jak masz na imię?
– Nooo... Tak jak w drzwiach mówiłem, Sławek.
– Sławek, mhm... A wiek twój?
– 37.
– 37, mhm (pauza). Czym się zajmujesz?
– To znaczy oprócz pracy co lubię? To zależy od pory dnia, pory roku. No i otoczenia. Znaczy towarzystwa.
– Mhm.
– A ty?
– No ja też główną część swojego dnia poświęcam pracy. Pracuję po 8 godzin dziennie przez 5 dni w tygodniu od poniedziałku do piątku. A pracuję w call-centre.
– Mhm. No ja też mam pracę, teraz już znaczy na jedną zmianę. Też pracuję 8 godzin dziennie. (…)
– Kino? Teatr?
– Kino akcji. 

To prawdziwa ulga dla storturowanego widza, gdy los uśmiecha się wreszcie do Agnieszki w postaci Mariusza, ochroniarza – wewnętrznego artysty, który w wolnych chwilach lubi wybrać się w plener pomalować: 

.

Z zaskoczeniem oglądamy, jak między tymi dwojgiem WYBUCHA uczucie, aż nie wiem, jak to opisać, bo jest to bardzo poruszające, wręcz zawstydzające, że obserwujemy z bliska (nieco podkręcony, jak to bywa, alkoholem i dużą ilością cukrów prostych) wybuch namiętności, być może dla obojga pierwszy w życiu. 

.

I ludzie, mówię wam wprost: to mnie nie wzrusza może aż tak jak „Zimna wojna”. Ale wzrusza mnie naprawdę bardzo. Bo chociaż po niektórych odcinkach „Apetytu na miłość” można stracić apetyt na cokolwiek, a świat wydaje się podły, to ewidentnie wydarza się na jego łamach czasem coś dobrego, słodkiego, pięknego; że jest w tej beczce dziegciu trochę miodu. I nawet jeśli Agnieszka i Mariusz kłócą się teraz w Ikei, czy kupić regał Kallax w okleinie imitacja brzozy, czy efekt dębu bejca biała, to nic im nie zabierze chwil wspólnego fałszowania „Zawsze tam gdzie ty” do programu karaoke.

Natomiast osobom nieromantycznym, których takie historie w ogóle nie ruszają, a które natomiast lubią rzeczy nieodgadnione, tajemnicze, a czasem powiedzmy sobie wprost: dziwne, chore i nieprzystające do niczego, wciąż mogę polecić wiele odcinków z działu „Anomalia”, w których wszystko niby zapowiadało się dobrze, a jednak sytuacja w którymś momencie wymknęła się spod kontroli:

.

(Aktor Jacek je torcik).

.

(Polska „unbreakable Kimmy Schmidt”, której rodzice nie pozwalali się spotykać z chłopakami i prawdopodobnie też dotykać piekarnika, próbuje upiec pizzę w 50 stopniach)

.

(Handlarz walutami przygotował niespodzianeczkę – po steku z kangura otwiera kuchenną szafkę i proponuje modelce z Rybnika wspólne strzelanie w ogródku).

.

(Aktor Remigiusz demonstruje pochodzącej z Ukrainy Julii arkana aktorstwa, tu: miny z uszami. Stanowczo jeden z najdziwniejszych uczestników, któremu bardzo zależy na niewspółżyciu przed ślubem).

.

(„Trochę mi, szczerze mówiąc, przeszkadza, że on jest z Poznania, bo dla mnie to jest zupełnie inny rodzaj człowieka niż warszawiacy”).

.

(„Jaki jestem? No jestem troszeczkę szalony, tak? Bo gdzieś tam nawet sobie wymyślam, jak trasę, jak jadę do pracy, to codziennie staram się wybrać inną trasę, codziennie inny autobus. Inaczej jakoś pójść, żeby nie codziennie było tak samo. Nie ta sama droga, nie tak samo schodzić ze schodów, czy windą, czy codziennie, np. raz windą, raz schodami. Nawet przy spaniu, tak? Ciągle szukam różnych pozycji, w różnych konfiguracjach, żeby to nie było codziennie tak samo”).