Boże, gdzie jest Gęsia?
Ulica Gęsia w Warszawie, autor nieznany, za: R. Marcinkowski, „Ilustrowany Atlas Dawnej Warszawy”, PD

20 minut czytania

/ Obyczaje

Boże, gdzie jest Gęsia?

Jacek Leociak

Pod ziemią jest cała Gęsia, nie tylko kamienica po numerem 33. Domy po parzystej i nieparzystej stronie ulicy, zasypane ziemią i gruzem – ich fundamenty, rozrzucone wokół nich rzeczy, tkwiące wciąż gdzieniegdzie szczątki ludzkie. Tamtej Gęsiej nie da się już odsłonić – stoją na niej inne domy

Jeszcze 5 minut czytania

Joseph Tenenbaum, więzień obozów w Mauthausen, Melk i Ebensee, przyjechał do Polski w kwietniu 1946 roku. W swoich wspomnieniach „In Search of a Lost People: The Old and New Poland”, wydanych w Nowym Jorku w 1948 roku, opowiada o szoferze obwożącym go po Warszawie. Szofer był warszawiakiem z Gęsiej. I w tym 1946 roku pojechał tam. W ruinach getta poszukiwał śladów swojej ulicy. Ale Gęsiej nie było. „Nie był ani prorokiem, ani poetą – pisze Tenenbaum. – Ale jego niespokojne «Boże, gdzie jest Gęsia?» poruszało głębiej niż poemat. Urodził się na Gęsiej i przeżył tam całe swoje życie przed wojną. Lecz w morzu gruzów nie mógł znaleźć żadnego punktu orientacyjnego, który oznaczałby miejsce jego narodzin i zabaw”.

*

Opowieść o Gęsiej zaczyna się w średniowieczu. Dawna droga narolna prowadziła z Nowego Miasta przez późniejszą ulicę Franciszkańską i jej przedłużenie, czyli późniejszą Gęsią, do traktu młocińskiego, czyli późniejszej ulicy Zamenhofa. W pierwszej połowie XVIII wieku przedłużono ją do Smoczej, a po 1771 roku aż do Okopów Lubomirskiego, na miejscu których powstała ulica Okopowa – podaje Jarosław Zieliński w „Atlasie dawnej architektury ulic i placów Warszawy”. Nazwę swą zyskała w 1770 roku.

Na rogu Gęsiej i Nalewek znajdowały się niegdyś cysterny, dostarczające wodę drewnianymi rurami wzdłuż Franciszkańskiej i Koźlej na Rynek Nowomiejski. Drewniane naczynia służące do czerpania wody z cystern nazywano nalewkami. Trzecia Komisja Brukowa, działająca w latach 1742–1766 i kierowana przez marszałka wielkiego koronnego Franciszka Bielińskiego, nakazała wybrukowanie najważniejszych ciągów komunikacyjnych. Osadnictwo rozwijało się wówczas w kierunku zachodnim, dlatego oprócz wybrukowania takich ulic jak: Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat, Senatorska czy Miodowa, wyznaczono w tym właśnie rejonie nowe szerokie ulice: Chłodną, Ceglaną, Ciepłą, Solną, Ogrodową, Wolność, Żytnią, Kaczą, Nowolipki, Dzielną, Pawią oraz Gęsią.

Według „Wykazu ilości domów w posiadaniu Żydów w Warszawie w 1900 roku”, przechowywanego w Archiwum Państwowym w Warszawie, na ogólną liczbę 6066 domów — 1937 należało do Żydów (czyli 31,9 procent), co z grubsza pokrywało się z proporcjami etnicznymi mieszkańców Warszawy. Wykaz obejmuje 252 ulice ze wskazaniem każdej liczby domów w posiadaniu chrześcijan i Żydów. Tylko na kilkunastu ulicach liczba żydowskich właścicieli kamienic znacznie przewyższała liczbę właścicieli chrześcijańskich. Najwięcej „żydowskich kamieniczników” było wówczas na ulicach: Pawiej (59), Miłej (58) i Gęsiej (50). Jeśli chodzi o procent żydowskich właścicieli w stosunku do chrześcijańskich, prym wiodła Franciszkańska – aż 94 procent (32 Żydów na 2 chrześcijan), potem Miła – 85 procent (58 Żydów na 10 chrześcijan), i Gęsia – 76 procent (50 Żydów na 15 chrześcijan).

Międzywojenna Warszawa stała się największym skupiskiem Żydów w Europie i drugim, po Nowym Jorku, na świecie. W sierpniu 1939 roku w Warszawie było ok. 380 tys. Żydów (na ogólną liczbę 1,3 mln mieszkańców, co stanowiło 29%). Do wybuchu II wojny światowej funkcjonowało tutaj ponad 440 synagog i domów modlitwy. Na ulicy Gęsiej było ich w różnym czasie 18. Na odcinku wschodnim: od Nalewek do Zamenhofa – 7. Na odcinku środkowym: od Zamenhofa do Lubeckiego (dziś Jana Pawła II) – 7, oraz od Lubeckiego do Smoczej – 4. Warto zwrócić uwagę na dwie bożnice. Kamienica przy Gęsiej 27 została wybudowana w roku 1937 lub 1938. Dom modlitwy pod tym adresem pojawia się już w spisie z 1869 roku. Do czasu wzniesienia nowego budynku funkcjonował w oficynie starej zabudowy. Zachowały się dwa zdjęcia wnętrza tego domu modlitwy z 1940 roku. Urządzono tam wtedy punkt dla przesiedleńców z innych dzielnic Warszawy oraz z Kalisza, z Łodzi, Poznania, Aleksandrowa [Łódzkiego]. „Wnętrze – być może górna kondygnacja mieszkalna i częściowo poddasze – przypominało regularną synagogę, z galerią dla kobiet co najmniej przy dwóch ścianach poprzecznych oraz ścianie zewnętrznej z oknami. Aron ha-kodesz prawdopodobnie był umieszczony naprzeciw ściany okiennej. Salę oświetlano empirowym żyrandolem kryształowym. Balustrada galerii była wysoka, pełna, z rzędem okienek w części górnej. W podstawie balustrady znajdował się rząd płycin lub obramień z namalowanymi instrumentami muzycznymi” – pisze monografistka synagog warszawskich Eleonora Bergman. W sąsiadującej kamienicy Gęsia 29 też był dom modlitwy. Na zdjęciu z 1940 roku widzimy rozlokowanych tam przesiedleńców z Kalisza. Pomieszczenie było prostokątne, na suficie w kręgu wymalowano (podobnie jak na Gęsiej 27) instrumenty muzyczne. Okrąg oplatały wersety z Psalmu: „Chwalcie Go dźwiękiem rogu, chwalcie go na harfie i cytrze! Chwalcie Go bębnem i tańcem, chwalcie go na instrumentach i flecie” (Ps 150, 3–4). Kamienica o numerze 27 stała na rogu dzisiejszej ulicy Karmelickiej. Od posesji Gęsia 33 dzieliło ją 150 metrów.

W XIX i w pierwszej połowie XX wieku branża włókiennicza była niemal całkowicie domeną handlu żydowskiego. Prym wiodły ulice Nalewki i Gęsia. Tam mieściły się przedstawicielstwa wielkich łódzkich zakładów jak: N. Ejtingon i S-ka, I.K. Poznański, Widzewska Manufaktura, liczne fabryki żydowskie z Bielska, Częstochowy, zwłaszcza z Białegostoku. Tak przełom XIX i XX wieku na Muranowie wspomina w książce „Moje Nalewki” Bernard Singer (Regnis), dziennikarz prasy żydowskiej w języku polskim, jidysz i hebrajskim, sprawozdawca sejmowy:

Nalewki sprzedawały koronki, wyroby galanteryjne i pończosznicze. Gęsia handlowała manufakturą moskiewską i łódzką. Franciszkańska skupowała radomską skórę. Grzybów handlował żelazem. (…) Zdarzał się intruz, który sprzedawał mydło na Gęsiej zamiast na Franciszkańskiej. Były też w naszej dzielnicy oazy „gojowskie”. (…) Skarżyński na Nalewkach sprzedawał mydło, które kupowały służące w sobotę. 

Sprawdziłem. Na Gęsiej rzeczywiście nikt mydła nie sprzedawał, natomiast miał tu dwie kamienice warszawski król mydła luksusowego Fryderyk Puls: pod numerem 27 (przypomnijmy: róg dzisiejszej Anielewicza i dzisiejszej Karmelickiej) oraz numerem 95 (tam gdzie jest dzisiaj pętla autobusów 107 i 111, na rogu Anielewicza i Esperanto). Bernard Mark, w latach 1949–1966 dyrektor Żydowskiego Instytutu Historycznego, odcinek Gęsiej między Nalewkami i Zamenhofa uznaje za „ośrodek średniego handlu towarami bławatnymi i gdzie handel nigdy się nie odbywał za gotówkę, lecz przeważnie na weksle”. Noblista Icchok Baszewis Singer w swoim eseju o warszawskich ulicach, opublikowanym w nowojorskim „Forwerts” 2 lipca 1944 roku, pisze: „Na Gęsiej mieściły się olbrzymie składy bławatne, gdzie zaopatrywali się klienci z całej Polski. To tu rozmawiało się o wzroście i spadku akcji, komentowało kurs zagranicznych walut, to tu zachodziło się w głowę, czy funt szterling pójdzie w górę. Tutaj chasydzi zakładali sztywne kołnierzyki i krawaty, bo to pomagało w interesach. W tej okolicy ludzie śnili o budowie Izraela i o socjalistycznej rewolucji. Tu rano rozchwytywano żydowskie gazety, tu kręciły się po ulicach gromady Litwaków”.

Wschodni odcinek Gęsiej był szczególnie nasycony punktami, w których handlowano suknem i kortem, towarami łokciowymi, materiałami bławatnymi, różnorodnymi tkaninami, płótnem; gdzie wyrabiano konfekcję, bieliznę damską i męską, pończochy, skarpety, chustki etc. Nie sposób wymienić wszystkich pracowni, warsztatów, składów, sklepów i sklepików z tym asortymentem. Były ich setki! Tylko na odcinku Gęsiej między Nalewkami i Zamenhofa naliczyłem ich aż 484, przy czym nie wziąłem pod uwagę tego, co w bazie firm Archiwum Państwowego w Warszawie i w przedwojennych spisach adresowych nazywane jest „towarami manufakturowymi”. Rekordzistkami są kamienice pod numerem 4 (aż 56 składów, warsztatów, miejsc sprzedaży), 7 (52 miejsca) oraz 10 (49 miejsc). Domy te nie tylko zniknęły z powierzchni ziemi, utraciły też kontakt z dzisiejszą ulicą Anielewicza. Biegnie ona śladem dawnej Gęsiej, ale tylko od Okopowej do Karmelickiej. Na wysokości Karmelickiej zaś Anielewicza została wyraźnie przesunięta na południe w stronę parku Krasińskich, by spotkać się z przesuniętą z kolei na północ ulicą Świętojerską, tworząc w tym miejscu nieistniejące przed wojną skrzyżowanie. Dawniej Gęsia szła prosto na wschód, wpadała do Nalewek i biegła dalej już jako Franciszkańska. Przecięcie Gęsiej, Nalewek i Franciszkańskiej tworzyło jedno z najruchliwszych ówczesnych skrzyżowań.

Żydowski pisarz i publicysta Leib Sznajderman, autor kilku tomów reportaży, w tym o losach Żydów w okresie wielkiego kryzysu „Cwiszn Nalewkes un Ajfl-turn” („Od Nalewek do wieży Eiffla”, opublikowany w 1936), dostrzegł w tym zlaniu się trzech ulic coś więcej niż tylko punkt w miejskim pejzażu. Układ trzech ulic urasta u niego do rangi symbolu zapowiadającego cierpienie, a gwar uliczny przeobraża się w krzyk. Sznajderman w reportażu „Trojerike geografie fun di Nalewkes” („Smutna geografia Nalewek”) we wspomnianym tomie zawiesza to miejsce między życiem i śmiercią, między historią i apokalipsą.

Nalewki, Gęsia i Franciszkańska. Stygmatem krzyża wrosły te trzy ulice w serce żydowskiej Warszawy. Tułów – to Nalewki, a dwa rozkrzyżowane ramiona – Gęsia i Franciszkańska. Stąd rozlega się ów krzyk odwieczny: „Szma Isroel!” – Słuchaj, Izraelu! Krzyczą żebracy, którzy na każdym kroku wyciągają ręce o wykrzywionych palcach, jak dziurawe skarbonki. Krzyczą wystraszeni handlarze uliczni, a szeptem powtarzają to samo giełdziarze; przechadzają się tam i z powrotem po zabłoconych trotuarach „czarnej giełdy” w mrocznych pasażach Nalewek. Na tym krzyżu ulic rozpięta jest nędza żydowska i dźwięczą „srebrne talary” manufakturzystów, handlarzy skór i kupców innych, najrozmaitszych branż. W suterynach mieszkają biedni blacharze, szewcy, krawcy, piekarze, a na górnych piętrach uginają się półki pod widzewską manufakturą i skórami. (...) Tułów – to Nalewki, a ramiona wyrzucone na krzyż – to Gęsia i Franciszkańska. Na dłoniach tych obu rozkrzyżowanych rąk waży się życie i śmierć żydowskiego getta.

*

Na zdjęciu z października 1939 roku możemy zobaczyć, jak Niemcy triumfalnie wkraczają na Gęsią. Fotograf uchwycił paradę orkiestry wojskowej (werble na pierwszym planie), której przewodzi dwóch kapelmistrzów z uniesionymi wysoko w górę buławami. Przechodzą wzdłuż kamienicy Gęsia 4. Po zamknięciu getta będzie tam siedziba IV Rejonu Żydowskiej Służby Porządkowej.

dddTereny getta warszawskiego po wojnie. Zdjęcie wykonane z ruin budynku przy ul. Gęsiej 1, widok w kierunku zachodnim. Na lewo widoczne ruiny kamienicy przy ul. Gęsiej 6/8 oraz gmach Koszar Wołyńskich, autor nieznany, PD

Latem 1941 roku na rozkaz Niemców utworzono w getcie więzienie dla Żydów (Areszt Centralny) przy ul. Gęsiej 24. Więzienie było wydzieloną jednostką Służby Porządkowej, czyli policji żydowskiej. Według planów areszt miał pomieścić 500–600 osób, w rzeczywistości więziono tam nawet trzy razy więcej aresztantów. Na dziedzińcu więzienia odbyły się dwie głośne egzekucje skazanych na karę śmierci za nielegalne opuszczenie getta: 17 listopada i 15 grudnia 1941 roku. W pierwszej rozstrzelano osiem, w drugiej szesnaście osób. Skazańcy mieli zostać rozstrzelani przez Służbę Porządkową, komendant policji żydowskiej Szeryński odmówił jednak wykonania rozkazu, grożąc samobójstwem. Niemcy nakazali wówczas dokonanie egzekucji policjantom polskim. Wejście do więzienia mieściło się niemal vis-à-vis kamienicy Gęsia 33.

Tuż obok Aresztu Centralnego, na obszernym placu u zbiegu Lubeckiego i Gęsiej, było największe targowisko w getcie warszawskim zwane „Gęsiówką”. Handel uliczny odzwierciedlał gettową nędzę, głód, rozpacz. Można tu było sprzedać i kupić dosłownie wszystko. „Wzdłuż całej Gęsiej powstał nowy, ogromny bazar. Tam na ulicy wyprzedaje się żydowska Warszawa. Tam znajdziecie bieliznę, koszule, ręczniki, gacie, garnitury, prześcieradła, obuwie. Głównie jednak bieliznę. Stoi tu chyba z tysiąc osób, które tym handlują. Przychodzą tam także chrześcijanie, którzy przedostają się przez mur. Takiego rynku nigdy nie było w Warszawie, nawet na Kercelaku” – notował Emanuel Ringelblum.

Tak „Gęsiówkę” opisywała w swym dzienniku Rachela Auerbach

Strzępy rzeczy i ludzi, co za żałosny widok ręcznie haftowanych i ręcznie cerowanych firanek, dziecinne zaprane majteczki, ostatni ręcznik wyniesiony „na tołczok” [na bazar], często ludzie wypruwają podszewki spod palt i sprzedają na ćwiartkę chleba, na lekarstwo w nagłej chorobie, a żołądek potwór, otchłań bez dna, wchłania wszystko i nazajutrz woła: jeszcze, jeszcze! Więc jeszcze ostatnie meble, ostatnie buty z nóg wraz ze szczotkami do butów, nie ma takiej rzeczy, która nie mogłaby się stać artykułem handlu na „Gęsiówce”, często sprzedaje się coś lepszego i kupuje się coś gorszego, by pozostała ta różnica, a czasem widzi się na ulicy osoby ubrane à la Ghandi, jedynie w płachtę na gołym grzbiecie. Podobno rzeczy z żywych mają wyższy kurs, bo bardzo wielki procent rzeczy pochodzi oczywiście z umarłych.

Nieraz spotkać można porównanie zgładzonego getta warszawskiego do Pompei. Nic błędniejszego. Radykalnie odmienne były wydarzenia, które zmiotły Pompeję i getto z powierzchni ziemi. Spotkał je zupełnie inny rodzaj zagłady. Pompeja istnieje w swoich ruinach. Getta warszawskiego nie ma. Jest natomiast coś, co można by nazwać miejscem-po-getcie. To miejsce wcale nie zatrzymało się w czasie, jak zagrzebana pod wulkanicznym popiołem Pompeja. Jest wydrążone z tego, co było, i wypełnione czymś innym. Miejsce-po-getcie to właśnie nieistnienie, brak. To szczególne doświadczenie tego samego, a jednak zupełnie innego miejsca, to doświadczenie realnego braku i pozornej obecności.

Destrukcja getta nie jest destrukcją miejsca. Ono pozostaje, ale jest puste (chociaż zabudowane), jest ogołocone i martwe (chociaż wre tam życie). Getto, które tutaj było, uległo zagładzie, ale owo „tutaj” pozostało, tylko jest zasłonięte inną substancją materialną.

Doświadczenie miejsca-po-getcie ma charakter paradoksalny. Jest to uobecnianie pustki, wydobywanie śladów z nieistnienia: spod zwałów ignorancji, obojętności, z zapomnienia, z niewiedzy. Doświadczeniu temu towarzyszy szczególnego rodzaju rozsunięcie czy też poszerzenie widzenia, podwojenie perspektywy. Oto zaczynam widzieć to, czego nie widzę (wyobrażoną rekonstrukcję getta); natomiast nie widzę już tego, co widzę (rzeczywistości postrzeganej tu i teraz). Topografia współczesnego Muranowa zostaje wzięta w nawias, staje się niejako przezroczystą zasłoną, która okrywa właściwy przedmiot naszego doświadczenia. Zaczynamy zdawać sobie sprawę, że chodzimy po muranowskich ulicach, chodnikach, skwerach tak jak po zamalowanej na czarno szybie, przez którą jednak widzimy to, co pod spodem. A pod stopami mamy getto – miasto nieistniejące.

*

Pod ziemią jest cała Gęsia, nie tylko kamienica pod numerem 33. Domy po parzystej i nieparzystej stronie ulicy, zasypane ziemią i gruzem – ich fundamenty, rozrzucone wokół nich rzeczy, tkwiące wciąż gdzieniegdzie szczątki ludzkie. Tamtej Gęsiej nie da się już odsłonić – stoją na niej inne domy. W jednym z nich (Anielewicza 33) mieszkałem przez ćwierć wieku. Od kamienicy przy Gęsiej 33 dzieliło mnie 250 metrów. Tak trwa przysypane gruzami, na których zbudowano powojenny Muranów – getto warszawskie.

W marcu 2023 podczas prac budowlanych odsłonięto fundamenty domów, stojących przed wojną przy nieparzystym odcinku ulicy Gęsiej (Anielewicza), między dzisiejszymi ulicami Jana Pawła II i Karmelicką. Planowany jest tu „budynek mieszkalny z handlem i usługami w parterze i dwoma poziomami garaży” – czytam na tablicy informacyjnej. Inwestorem jest Pasaż Wolski S.A. Wykonawca jest anonimowy, stosowna rubryka pozostaje pusta. Zachowane ceglane murki obrysowujące strukturę piwnic, fragmenty drewnianej podłogi z widocznymi do dziś śladami ognia, świetnie zachowany bruk podwórek, fragmenty rur kanalizacyjnych, kafle, butelki, okucia i inne drobiazgi – rzeczy pożydowskie. To wszystko spoczywało przez 80 lat pod ziemią. Teraz zostało odsłonięte. Jakbyśmy zdjęli śmiertelny całun okrywający zwłoki tej części Warszawy, naznaczonej gettem i Zagładą. Widzimy to, co jeszcze pozostało, resztki świata, który zginął bezpowrotnie. Teraz te relikty, te okruchy materialnego świadectwa, mają zostać po raz drugi – tym razem już definitywnie, ostatecznie i na zawsze – zniszczone. Buldożery rozwalą poszarpaną, ale istniejącą wciąż tkankę murów, roztrzaskają tak świetnie zachowany bruk, rozkruszą na miał rozproszone tu rzeczy należące do tamtych zgładzonych mieszkańców, zmieszają z ziemią, gruzem, śmieciami i wywiozą w kontenerach. Koparki, świdry i jakie tam jeszcze piekielne maszyny wwiercą się w ocalałą tkankę domów, rozryją ją i wkopią sią głęboko w dół, bo przyszły apartamentowiec ma mieć dwa poziomy garaży.

Według spisu na dzień 1 stycznia 1941 roku w kamienicy Gęsia 33 mieszkało czterystu pięćdziesięciu pięciu ludzi. Odnalazłem do tej pory czterdzieścioro troje, którzy tam mieszkali lub pracowali. Wiem, czym się zajmowali, jak się nazywali. Chodzę z nimi po tym odsłoniętym bruku podwórka przy Gęsiej 33. Zdaje się, że są tuż obok. Czy mam ich przemilczeć, nie przywołać z imienia i nazwiska? Czy wszystkich? Ale kogo pominąć?

Odczytuję więc tę niepełną listę lokatorów. Gęsia 33 – posesja o numerze hipotecznym 2297-C; właściciele: Józef i Karolina Przytulscy. Przed wojną: Nachman Ammann. Chaim Arciszewski, w książce telefonicznej 1938–1939 figuruje jako Henryk Arciszewski – inżynier. Judka Bimsztejn – handlujący. Chil Borenstejn – handlujący. Gabriel Borensztejn – perukarz. Hersz Bursztyn – handlujący. Moszek Bursztyn – mechanik. Jankiel Cygler – sklepikarz. Boruch Djament – kupiec. Josek Flaszenberg – przy rodzinie. Bencjan Frydman – handlujący. Jest w książce telefonicznej 1938–1939. W książce telefonicznej z 1942 są: bracia Mordka i Samuel Frydman – Nalewkistr. 35; R. Frydmana – Panskastr. 49; Rachmil Frydmana – Buchführungsart und Schreibmaterial (księgi kancelaryjne i artykuły papiernicze) – Nalewkistr. 35. Aron Gester – Sprzedaż Papieru „Nuta”. Szyja Gliksohn – handlujący. Mowsza Gołos – kupiec. Izrael Hecht – woreczkarz. Dawid Kohn – handlujący. Jakub Kornblet – pośrednik. Elka Kremer. Aron Krone – handlujący. Aron Kryształ. Chaim Kryształ – handlujący. Jakub Kryształ – kupiec. Perła Kryształ. Szyja Lejfer – handlujący. Jakub Młotek – krawiec. I. Orłowski – mereżki (serwety/serwetki haftowane mereżką, czyli specjalnym rodzajem haftu). Rojza Ostrowiecka – robotnica. Kiwa Puszet – kupiec. Brandla Puszet – sklepowa. Icek Rojzman – kupiec. Saul Rotbard – kupiec. Szlama Rohblit – handlujący. Majer Szajn – handlujący. Kiwa Szapiro – handlujący. Lejb Wajsberg / Weisberg – Sprzedaż Towarów Łokciowych, magazyn bławatny. Izoel Wofstejn – subiekt. W czasach getta: Dawid Kaftal, który zalegał z płatnościami za gaz za okres od 15 maja 1941 do 13 lipca 1942. Hersz Cygleman, który zalegał z płatnościami za gaz za okres od 15 maja 1941 do 13 lipca 1942. Mojżesz Rachmil Bimblich, skazany na 1 miesiąc aresztu w listopadzie 1941. R. Uryson – lekarz. Sz. Mehl – felczer. Rinderman Wigdor. Rozen Majer.

Wydostali się z podziemi na powierzchnię, na słońce, zaczerpnąć powietrza. Jeśli się chce, można ich zobaczyć, stojąc przy ogrodzeniu placu budowy, koło przystanku autobusów 111 i 180. Ciała jeszcze żywe. Jeszcze ciepłe. Jeszcze pełne krwi. A bruki – jak zawsze – „głuche i szare”. Co mam im teraz powiedzieć? Że nawet te resztki ich domu zostaną powtórnie zgładzone? Że fundamenty Gęsiej 33, te rozrośnięte korzenie getta, tkwiące dotychczas pod ziemią, a teraz wykopane buldożerami i odsłonięte, zostaną wyrwane? Że już nie zostanie po nich żaden ślad. Nic. Apartamentowiec.