Jeden obraz przepycha drugi

11 minut czytania

/ Sztuka

Jeden obraz przepycha drugi

Łukasz Musielak

Oldschoolowy pokaz Meesego i Jankowskiego w szczecińskiej Trafostacji, trochę nieprzystający do czasów poprawności politycznej i kryzysów klimatycznych, trąci nostalgią za niewinną postmodernistyczną zabawą i jednocześnie przynosi niepokój

Jeszcze 3 minuty czytania

W Trafostacji Sztuki w Szczecinie do końca marca możemy oglądać wystawę Jonathana Meesego i Michała Jankowskiego „Freedom to Freedom”. Ten niecodzienny duet zabiera nas do bajkowego świata dla dorosłych, którzy dawno zwątpili w kulturotwórczą moc sztuki, a zarazem brzydzą się lukrowaną demokratyczną rozrywką. Neodadaistyczny oldschoolowy pokaz, trochę nieprzystający do czasów poprawności politycznej, kryzysów klimatycznych i delikatnych transpłciowych ciał, trącący też nostalgią za niewinną postmodernistyczną zabawą przynosi niepokojące odczucia i prowokuje rzadko dziś podejmowane metarefleksje na temat współczesnego znaczenia obrazu i statusu znaku kulturowego.

Meese (ur. 1970), związany z Berlinem i Hamburgiem, to jeden z najbardziej znanych na świecie niemieckich artystów, malarz, ale także autor performansów, rzeźb, instalacji, przedstawień teatralnych i kolaboracji muzycznych (duet Meese X Hell). Już po pierwszym Biennale w Berlinie w 1998 roku został okrzyknięty głosem pokolenia. Dzisiaj jego prace są wysoko wyceniane na rynku, znajdują się w ważnych kolekcjach publicznych i prywatnych (m.in. u Haralda Falkenberga i Charlesa Saatchiego). Podobno obsłudze Trafo drżały ręce, gdy przenosiła jego obrazy. Przy czym sam artysta nieszczególnie zabiega o wyceny swoich prac. Niektóre jego decyzje, będące grą z rynkiem sztuki, a jednocześnie elementem pożądanej przez ów rynek autokreacji, świadomie je zaniżają. Chcąc krótko scharakteryzować jego twórczość, można powiedzieć, że w ramach neoekspresjonizmu niemieckiego rozwija i reinterpretuje pewne wątki i postawy charakterystyczne dla (neo)dadaizmu i futuryzmu. Do tego należy dodać wczesną fascynację Fryderykiem Nietzschem, markizem de Sade i Richardem Wagnerem oraz wpływ takich artystów jak Mike Kelley czy Paul McCarthy (pracujących z obscenicznością i abjectem). Meese zwraca uwagę swoim prowokującym, ekspresyjnym temperamentem, w ramach którego łączy figurę artysty naiwnego z błyskotliwym intelektualistą, a zaangażowanie i ikonograficzne prowokacje z ostentacyjną indyferencją. Taka postawa czyni z niego postać wyrazistą i atrakcyjną, Wagnerowskiego Parsifala z dużym kapitałem w wyścigu o Świętego Graala sztuki.

widok wystawy, fot. Andrzej Golcwidok wystawy, fot. Andrzej Golc

Jonathan Meese & Michał Jankowski, „Freedom to Freedom”

kuratorzy: Michał Markiewicz, Dagmar Schmengler, Trafostacja Sztuki, Szczecin, do 24 marca 2024

Jankowski (ur. 1977) należy do pokolenia nadrealistów, o których w pierwszej dekadzie XXI wieku krytyk sztuki Jakub Banasiak pisał, że są (po sztuce krytycznej i popbanalizmie) „zmęczeni rzeczywistością” i zamiast wchodzić z krytyką w przestrzeń społeczno-polityczną, wolą eksplorować własny świat psychiczny. Jankowski uczył się w pracowni Leszka Knaflewskiego i pozostał związany z zielonogórskim środowiskiem artystów, z którego wywodzą się m.in. Basia Bańda, „Zbiok” Czajkowski, Aleksandra Kubiak, Przemek Matecki, Rafał Wilk. Po dobrym starcie na ponad osiem lat zanurzył się w jak to określił, osobistym piekle. Nie do końca korzystna dla jego kariery okazała się też długa współpraca z jedną z prestiżowych berlińskich galerii. W efekcie Jankowski miał długą przerwę w obiegu instytucjonalnym (choć nieustannie malował) i dopiero niedawno powrócił, najpierw wystawą bigosem „Pulpa” w BWA Zielona Góra (2021), a następnie nowym cyklem obrazów w Trafo („Ślepcy”, 2021–2022). Prezentacje te zaktualizowały jego pozycję jako jednego z najciekawszych polskich malarzy średniego pokolenia pracujących w ramach surrealistycznej poetyki.

Jak mogło dojść do tak niecodziennej kooperacji? Otwierasz książkę telefoniczną w przypadkowym miejscu, trafiasz palcem na nazwisko Jonathan Meese, dzwonisz, wymieniasz uprzejmości… organizujesz wystawę. W podobny sposób trafiono w 1916 roku na nazwę „dada” i prawdopodobnie tyle w tym micie prawdy, ile w mojej anegdotce. Nie o prawdę jednak w sztuce chodzi, ale o formalne strategie. „Freedom to Freedom” przypomina mi słynną międzynarodową wystawę w Berlinie z 1920 roku, największą całościową aranżację przestrzeni zgodną z dadaistycznym rozumieniem sztuki, która stała się punktem odniesienia dla późniejszych surrealistów i neodadaistów. Na jednej z zachowanych fotografii widzimy podwieszonego u sufitu krawieckiego manekina w oficerskim umundurowaniu z głową świni i dopiskiem „Powieszony przez rewolucję”, po prawej – manekina weterana wojennego z żarówką zamiast głowy i muszlą w miejscu przyrodzenia, na ścianach antywojenne i antykapitalistyczne obrazy Otto Dixa i Georga Grosza, którego okrzyknięto później bolszewikiem nr 1 niemieckiej kultury, plakaty i hasła wyrażające solidarność z proletariatem i nawołujące do rewolucji. Wystawa Meesego i Jankowskiego opiera się na podobnych, wielokrotnie później stosowanych w sztuce strategiach: nagromadzenie artystycznych i pozaartystycznych artefaktów (manekiny, figurki, zabawki, meble) i „śmieciowych” materiałów (szmaty, opakowania, folie, papiery), zrównanie obrazu sztalugowego z plakatem i wizerunkami z popkultury, myślenie kolażowe, zabawy słowne, powtórzenia, korzystanie z przypadku i idiosynkrazji, a na poziomie ikonografii: łączenie sztuki, polityki, zabawek, militaryzmu i seksu.

widoki wystawy, fot. Andrzej Golc

Zasadnicza różnica zasadza się na odmiennym statusie sztuki w modernizmie i postmodernizmie, o którym w swoim czasie sporo napisano. Po otwarciu wystawy „Freedom to Freedom”, w przeciwieństwie do pokazu dadaistów w Berlinie, nie doszło do kontrowersji, nie interweniowała policja, artyści nie zostali oskarżeni o osłabianie potencjału obronnego państwa, nie musieli też wypierać się zarzutów, aby ratować własną skórę. Meese, którego filozofia i estetyka zaciążyły na wymowie całości, nie należy jednak do tych, którzy mieliby nad tym ubolewać. Przeciwnie, krytykuje zaangażowanie polityczne sztuki i w imię rewolucji głosi jej całkowitą niezależność i obojętność.

Meese traktuje sztukę jak plac zabaw, a środki plastyczne jak zabawki. Unika nie tylko jakiegokolwiek zaangażowania społeczno-politycznego, ale też eksperymentów formalnych i jakichkolwiek dążeń do rozwijania języka wizualnego. Sztuka jest dla niego jak kopulacja czy metabolizm. Jeden obraz przepycha drugi. To wszystko. Jak mówi, sikam po to, żeby zrobić miejsce i móc znowu się napić, a piję po to, żeby się wysikać. Ta biologiczna instynktowność tworzenia ma zastąpić ideę i kreatywność, które zwykliśmy uznawać za domenę kultury i świadomego życia, a które on uznaje za początek ideologizacji i upolitycznienia sztuki. Meese, używając obrazów (dotychczas znaczących), czyni je pustymi znakami, zarówno na poziomie ikonograficznym, jak i w sensie ich statusu kulturowego. Jeśli nadal prowokują i coś w nas wzbudzają, to tylko dlatego, że przyzwyczailiśmy się, że obrazy i słowa znaczą, a sztuka tymi znaczeniami operuje. Swastyka jest tym samym czym gwiazda Dawida, a wizerunek matki nie różni się niczym od Czerwonego Kapturka, ust Scarlett Johansson czy abstrakcyjnej plamy farby wyciśniętej prosto z tubki. Salutowanie Hitlerowi, jakie niejednokrotnie wykonywał publicznie (w 2013 roku miał za to sprawę w sądzie, którą wygrał), to jedynie pułapka na nasze rytualne odczucia i reakcje. Nie ma w niej ani nawoływania do nienawiści, ani dekonstrukcji ideologii.

widoki wystawy, fot. Andrzej Marz

Domyślam się, że przynajmniej część osób odwiedzających wystawę w Trafo próbowała podążać za znaczeniami budującymi się w krótkich spięciach między obrazami, ale – biorąc pod uwagę głoszoną przez Meesego filozofię – nie sądzę, żeby zasadzka była przez autorów zastawiona na poziomie ikonograficznym. Oczywiście wiele się tam dzieje, jednakże wszystko to zdaje się nie mieć większego znaczenia. Wystawa jest jak efekt zabawy, w której nie uczestniczyliśmy i w związku z tym niespecjalnie nas ona obchodzi. To tak, jakbyśmy przyszli do piaskownicy zaraz po tym, jak poszły sobie z niej wszystkie dzieci. Trudno natomiast zignorować uczucie scenograficznej atrapy, jakie towarzyszy oglądaniu wystawy. Moim zdaniem to właśnie owo odczucie, potwierdzone i niejako spotęgowane filozofią Jonathana Meesego, prowadzi do istoty pokazu w Trafo. Artysta mówi, że to nie w świecie znajduje obsceniczność i pornografię, ale w myślach i odbiciu w lustrze. I ta wystawa tak na mnie działa: odbija „pozagaleryjną” rzeczywistość i wskazuje na prawdziwą obscenę, jaka kryje się w statusie ontologicznym naszego świata, gdzie spotęgowanej, wręcz wulgarnej przejrzystości obrazu towarzyszy jego niemal zupełna obojętność. Meese jest optymistą. Głosi wspaniałą przyszłość pod dyktaturą sztuki metabolicznej, instynktownej jak natura, która zniesie ideologie i przyniesie wolność. To oczywiście bajka, ale Meese chce żyć w bajce, zdarza mu się nawet twierdzić, że jest Czerwonym Kapturkiem. Pytanie, czy to wszystko jest jedynie postmodernistyczną ironią i autokreacją, czy też powinniśmy brać to na poważnie, w jego przypadku nie ma zastosowania, także z tego trywialnego powodu, że artysta stał się tożsamy ze swoją własną marką, która go karmi i pozwala nie mieć smartfona.

Jak w tym kontekście sytuuje się malarstwo Michała Jankowskiego, które na własne życzenie zostało wciągnięte w grę dedykowaną nieco innym zabawkom? Jankowski zdaje się w to kolosalne Gesamtkunstwerk wpuszczać swoje mrówki, które drążą tunele pod pustymi znakami i próbują dokopać się – pod zgliszczami, jakie zostały z porządku symbolicznego – do Lacanowskiego Realnego. Bo przecież osobiste piekła są jak najbardziej realne. Sny, indywidualne leki i nocna gonitwa myśli nie skończyły się. Ale czy jego obrazy pozwalają dotknąć tych miejsc? Myślę, że w Jankowskim jest obecne swoiste zmaganie się, i z Meesem, i z samym sobą. Kontekst narzucony przez niemieckiego artystę ściąga obrazy Jankowskiego na powierzchnię, ustawia w jednym rzędzie z innymi elementami wystawy, czyni z nich „swoje” zabawki. Jego prace próbują bronić się, wskazując na swoją samoistność, samowystarczalność i jednostkowość, ale zarazem same się rozbrajają. Zawarty w nich humor i konwencjonalne rozwiązania znane z długiej historii surrealizmu, a także pewna doza ilustracyjności podporządkowuje jego malarstwo ogólnej wymowie wystawy. Jankowski gra jakby w podwójną grę, być może z powodu własnych lęków i nieprzepracowanych piekieł. Chce dotknąć Realnego, a zarazem zapamiętać to dotknięcie jako niezobowiązującą zabawę.