Jeszcze 3 minuty czytania

Maciej Sieńczyk

MÓJ KĄCIK: W kręgu przeciętności

Maciej Sieńczyk

Maciej Sieńczyk

Jak tu siedzieć w cichą zimową noc, gdy nad nami rozbrzmiewają kolędy, a my jako jedynego towarzysza mamy własną powieść, na której składamy wyschnięty pocałunek?

Ostatnio skończył mi się biały tusz, więc poszedłem do sklepu z przyborami kreślarskimi. Od progu zapytałem: „Czy jest biały tusz?”. Pani odpowiedziała „Nie ma białego, ale jest czarny”. W tym miejscu powinienem wyjść, ale miałem ochotę posłuchać jej gadania, więc spytałem z udawaną prostotą: „Myśli Pani, że nie produkują?”. „Proszę pana – odparła – nie wiem, czy nie produkują. Może produkują, ale tutaj go nie ma!”. Nim jeszcze ochłonąłem po wywołanym przez siebie incydencie, przyszło mi do głowy pytanie: „Czy ta sprzedawczyni była osobą wybitną? A jeśli nie, czy mogła to być osoba przeciętnie uzdolniona?”.

Prawie każdy zetknął się z kimś, kto nie odniósł w życiu większych sukcesów. Nie jest tak, że ludzie ci przemykają bez śladu niczym Latający Holender, czasem pamięć o nich trwa dłużej i wyciskają w dziejach kultury miękkie, jakby kredowe piętno. Nie mam na myśli pisarzy, malarzy i myślicieli, których utwory są wybitnie nieudane i mimowolnie wzbudzają zainteresowanie, śmiech a nawet osłupienie. Przeciętni reprezentują najbardziej istotny żywioł pośród wszystkich twórców. Ich dzieła, wyblakłe i milczące, licznie wypełniają galerie, ale przechodzimy obok nich obojętnie. Mało kto interesuje się działalnością osób przeciętnie uzdolnionych, tak jak niegdyś wzgardzona była sztuka obłąkanych lub ludów prymitywnych. Mówi się o ludziach przeciętnych jako o zbitej i zastygłej mierzwie, ale jest to środowisko niejednolite, w pewnym sensie różnobarwne i niełatwo poddające się klasyfikacji. Niektórzy realizują się głównie w małżeństwie i tworzą okazjonalnie, pozostając znani wyłącznie w kręgu rodzinnym. Inni są niesłychanie czynni, a przez ich czujne, myślące twarze przebiega dreszcz niepokoju. Z przeciętności czynią cnotę i powielają swoje dzieła w licznych odsłonach, słusznie mniemając, że powtarzanie tej samej czynności musi przynieść sukces i znawcy zaakceptują ich jako osoby znaczące. Znałem człowieka przeciętnych zdolności, który dowiedział się, już nie pamiętam od kogo, że można być artystą, zyskując w ten sposób poklask i uznanie. Przez lata malował koła, a później romby i trójkąty, dbając, aby były jak największe. Na ich styku rozgrywała się połyskliwa gra półtonów. Jeszcze inni, aby zyskać szacunek i uznanie, tworzą dzieła dziwaczne, a ich wizje zdumiewają pospolitością wyobraźni i skojarzeń. Niejasny jest metabolizm przeciętności. Być może kluczem jest gospodarka hormonami, którą zawiaduje nieznany i tajemniczy dyspozytor. Cząsteczki łańcucha dezoksyrybonukleinowego czasem tak układają się w łonie matki, że przychodzi na świat dziecko, którego hormony nie cyrkulują tak szybko, że objawi się jako człowiek popędliwy, ani tak wolno, że wyrośnie z niego flegmatyk lub nawet matołek. Głośny krzyk oznajmia światu, że oto narodził się ktoś przeciętny. Trudno zgadnąć, czy dziecko wyrośnie na człowieka o wybitnych, czy też przeciętnych zdolnościach. Możemy się co najwyżej uśmiechnąć, obserwując ojca robiącego ponad ukochanym niemowlęciem gesty „cwałujących dłoni” w nadziei, że je powtórzy, wykazując tym samym zalążek geniuszu. Również w późniejszym wieku wywiad jest bezużyteczny, ponieważ dzieci sprawiające wrażenie biernych, odpowiadające półsłówkami „nie wiem”, „nie pamiętam” itp. mogą wyrosnąć na geniuszów, matołków i ludzi przeciętnych. Dzieci wymowne, których odpowiedzi są dowcipne i rozumne, w życiu dorosłym często nie wyróżniają się niczym szczególnym, ich błyskotliwość świadczy jedynie, że czują się swobodnie wśród obcych. U progu dorosłego życia przeciętnie uzdolnieni włączają się w krąg zabaw, jaki przypisany jest młodości, a ustatkowawszy się, zachowują kilku przyjaciół, z którymi popełniają nieliczne, koncesjonowane szaleństwa. W późniejszym wieku łatwo rozpoznać ich po tym, że są zaradni, mają poprawne stosunki z innymi i potrafią łączyć pracę twórczą z obowiązkami męża i ojca, które pełnią z drobiazgowym poświęceniem. Wykazują się skrupulatnością w wykonywaniu poleceń przełożonych, dlatego są poszukiwanymi i cenionymi pracownikami. Miałem okazję obserwować pewnego twórcę o średnich możliwościach podczas pełnienia obowiązków na jednej z wyższych uczelni. Ów człowiek z wielkim namysłem przysiadł na brzegu ławki i założywszy ręce na piersi, wyłuszczał nam program, który opracował w porozumieniu ze swoim zwierzchnikiem a naszym profesorem, człowiekiem również przeciętnym. Pamiętam, że nie rozumiałem tego programu, a moi koledzy i koleżanki rozumieli go tylko częściowo. Już wówczas myśleliśmy o nim jako o człowieku średniego formatu, nazywając go „czarodziejem drugiego planu”. Gdy mu się okazało posłuszeństwo, potrafił odwdzięczyć się jako pomocny i cierpliwy pedagog. Swoje aktywa przerzucił na ciepło wewnętrzne i stworzył partnerską więź z uczniami, którzy mówili później: „Był dla mnie jak ojciec w potocznym, ludzkim sensie” lub: „Przede wszystkim pokazał nam, że w swoją pracę trzeba wkładać serce”. Ci niestrudzeni gawędziarze chętnie dzielą się przemyśleniami, ale i chciwi są ciekawostek ze świata. Z powodu względnej erudycji i rozsądnego trybu życia przeciętni reprezentują najzdrowszą część ludu. Ich potomstwo, wychowane na tak urodzajnej glebie oznaczać się może wielkimi zdolnościami. Osoby o przeciętnych, lecz wypróbowanych zdolnościach znakomicie sprawdzają się w roli opiekunów. Jeśli ktoś nas tulił, gdy byliśmy smutni, lub opiekował się nami w chorobie, z dużym prawdopodobieństwem była to osoba przeciętna. Zwykle wykazują się dużą lojalnością, a gdy zyskają względny status materialny, są życzliwi dla świata. Są dobrymi powiernikami i właśnie pośród nich należy wybierać przyjaciół. Na ekstrawagancje innych, będące wynikiem złego wychowania lub nadmiernego temperamentu, patrzą z pobłażaniem i jeżeli nie dotyka ich to osobiście, potrafią wiele wybaczyć. Bardziej utalentowany, gdy go zranisz, odwróci się albo zareaguje gwałtownie. Przeciętny rozważy, czy twoja skrucha jest szczera, przejdzie do porządku dziennego nad niedawnymi przewinami i nie będzie to kaprys, lecz autentyczne przebaczenie. Nikt nie potrafi się cieszyć tak jak oni, można powiedzieć, że przeciętni są największymi piewcami życia. Miło widzieć, gdy jako artyści, bez żadnego wstydu okazują dumę ze swych skądinąd pospolitych i nieciekawych dzieł. W gospodarce zasobami uzdolnień odgrywają rolę podobną jak azot i fosforany dla roślin. Wielkie dzieła rodzą się w łożysku rzeczy przeciętnych, podobnie osoby wybitne chętnie pozostają w żywiole osób o mniejszych możliwościach. Widok arcydzieł przeraża geniuszy i krępuje ich talenty. Pewien młody artysta, dopóki przebywał wśród zdolnych i przedsiębiorczych rówieśników, tkwił w odrętwieniu i nawet najbliżsi powątpiewali w pomyślny rozwój jego kariery. Dopiero gdy opuścił mury szkolne, a jego przyjaciele za podszeptem matek i narzeczonych znaleźli bardziej dochodowe zajęcia, zyskał spokój. Znienacka okazał zdumiewające możliwości, niczym zbudzony olbrzym, który powstał, otrzepując się i wyganiając gryzonie, które tymczasem zadomowiły się w zakamarkach jego odzieży.

Na swój użytek kupiłem na targu nieco szkiców, które uważam za przeciętne, mam też nieco zapisków, w tym kilka dłuższych rozprawek o tematyce społecznej, które nie wyróżniają się niczym szczególnym. W tym miejscu odwołam się do pewnego wspomnienia. Pracowałem kiedyś w małym wydawnictwie jako pomocnik i poznałem tam pewnego pana. Ów pan miał syna, który napisał artykuł o stadionie, wówczas zwanym Dziesięciolecia. Syn liczył na to, że artykuł kupi jakaś gazeta i w ten sposób stanie na nogi, bo dotąd, zdaje się, niezbyt pewnie na nich stał. Starszy pan poprosił, abym przepisał na czysto artykuł syna. Przez lata trzymałem rękopis, pokreślony i pożółkły, aż go wreszcie wyrzuciłem, bo pomyślałem, że coś tak bezbarwnego i przeciętnego nie zasługuje na przechowanie. Dziś, kiedy rozciągnąłem swoją pasję na ten ostatni, niezagospodarowany skrawek kultury, jakim są dzieła o przeciętnej wartości, widzę, że nie należy niczego wyrzucać. Zacytuję z pamięci jedynie niewielki fragment.

„Stadion Dziesięciolecia powstał w 1955 roku jako wielofunkcyjny obiekt sportowy typu olimpijskiego z boiskiem do gry w piłkę nożną oraz nowoczesną, jak na tamte czasy, bieżnią lekkoatletyczną. Na trybunach, które usypano z popowstaniowych gruzów Warszawy, mogło zasiąść ponad siedemdziesiąt tys. ludzi. W czasach swojej świetności gościł nawet ponad sto tys. widzów. Wszyscy pamiętamy wielkie widowiska sportowe, m.in. mecze rozgrywane przez piłkarską reprezentację, memoriały im. Janusza Kusocińskiego i zawody lekkoatletyczne emocjonujące wielotysięczną widownię. Niegdyś jeden z najbardziej reprezentatywnych obiektów stolicy obecnie niszczeje, ale czy tak musi być? Można przecież rozgrywać na nim wiele mniejszych imprez, zamiast jednej wielkiej. Dla władz miasta oznaczałoby to znaczące przychody do budżetu, a dla mieszkańców byłoby to miejsce spotkań, festynów i lokalnych imprez sportowych. Wejście na koronę stadionu powinno zostać przebudowane, trzeba również zadbać o rekultywację terenów zielonych wokół obiektu, a także infrastrukturę gastronomiczno-usługową. Obejmujący stadion od północnego wschodu niewielki park rekreacyjny mógłby znów stać się atrakcyjnym miejscem rodzinnego wypoczynku. Włodarze stolicy zdają się tego wszystkiego nie rozumieć, przecież Stadion Dziesięciolecia został zbudowany «Dla Wielkiego Sportu», więc skoro nie odbywają się na nim wielkie widowiska, więc lepiej niech pozostanie nie zagospodarowany”.

Streszczenie daje jedynie znikome pojęcie o oryginale, który był o wiele bardziej poddany rygorom przeciętności.

Gdy przebywam pośród osób przeciętnych, różne myśli chodzą mi po głowie i nieraz pozwalam sobie udzielać rad, bo czuję z nimi niejakie powinowactwo. Gdy są przygnębieni, mówię „Nie martw się, jest tyle pasjonujących rzeczy do zrobienia, mógłbyś zacząć pisać lub malować”. Ale gdy podnoszą na mnie pełne nadziei oczy, oblewa mnie rumieniec wstydu. Staram się to zamaskować i szybko obdarowuję ich książkami, obrazkami i innymi drobnymi przedmiotami. Ja sam, tylko gdy zapuszczę się swoją łódeczką zbyt daleko, widzę lądy zamieszkane przez ludzi wybitnych, ale nie mogę postawić tam stopy, bo zabrania mi tego sama natura. Na szczęście można nieco korygować jej wyroki i będąc osobą zwyczajną, obtoczyć się atrybutami geniuszu niczym upuszczone na ziemię ugotowane jajko. Jest trochę prawdy w powiedzeniu, że jeśli kogoś nazywamy profesorem, nabiera manier i ogłady profesora. Wiadomo na przykład, że ze świecą szukać wybitnego twórcy, który założyłby rodzinę, więc lepiej tego nie robić. Ale w powietrzu aż gęsto od pohukiwań głosów dziecinnych i rodziców, wprawdzie niby oburzonych wyczynami swoich pociech, ale naprawdę dumnych i szczęśliwych. Jak tu siedzieć w cichą zimową noc, gdy nad nami rozbrzmiewają kolędy, a my jako jedynego towarzysza mamy własną powieść, na której składamy wyschnięty pocałunek? Jeśli nie jesteśmy samotni, dobrze przynajmniej najadać się ponad miarę, zwłaszcza potrawami mącznymi, które powodują otyłość, ale odciągając uwagę od aktywności fizycznej, kierują człowieka „do wewnątrz”. Także zła sytuacja materialna zdaje się sprzyjać wybitności. Stosując zalecenia, takie jak pozostawanie bezżennym/niezamężną, bezdzietnym, bez przyjaciół i w złej sytuacji materialnej, możemy znacząco podnieść rangę naszych dzieł. I przeciwnie, osiągnąwszy status materialny, rodzinny i towarzyski, bądźmy pewni, że pozostaniemy w miejscu, które wyznaczyła nam natura.