Jeszcze 3 minuty czytania

Maciej Sieńczyk

MÓJ KĄCIK: Rozmyślania o przyjaźni

Maciej Sieńczyk

Maciej Sieńczyk

Ktoś niedawno zadzwonił do moich drzwi, a gdy je otworzyłem, ujrzałem mojego przez lata kolegę, a obecnie serdecznego przyjaciela. Zamaskowałem zadowolenie, częstując go kompotem truskawkowym własnej roboty, następnie kilkoma zręcznymi ruchami zrobiłem odpowiedni nastrój

Korzystając z okazji, chciałbym pofolgować rosnącej z wiekiem potrzebie mówienia o przyjaźni. W pewnym okresie życia człowiek reflektuje się, że dalsza pomyślność i sukcesy nie mogą już się opierać na nowych doświadczeniach, i potrzebny jest powrót do niewzruszonych zasad, które wyznawał jako dziecko. Istotnym elementem światopoglądu dziecinnego jest przyjaźń. Jedni mówią, że przewyższa nawet miłość, inni, że to sen pełen czarodziejskich widoków i majaków, z którego budzi nas dopiero koniec przyjaźni. Niektórzy mają po kilku, a nawet kilkudziesięciu przyjaciół i to na całym świecie. Z jednej strony godne to pozazdroszczenia, z drugiej przyjaźń zagarnia ogromne połacie wolnego czasu. Znałem ludzi, którzy pozostali w serdecznym towarzystwie, ale z miernym dorobkiem zawodowym oraz dość wąskimi horyzontami, bo czas, który mogliby przeznaczyć na wartościowe lektury i realizację różnych pasji pożarła rodzina i przyjaźń. Radziłem, aby zrezygnowali z jednego lub drugiego, ale odpowiadali ze smutnym uśmiechem, że już za późno, bo obopólny żal byłby zbyt duży. Nie chcąc urazić ich zbytnim zatroskaniem, patrzyłem ukradkiem, jak wodzą zapadniętymi oczodołami, na dnie których tliła się żałość z powodu zaprzepaszczonych potencjałów i roztrwonionego życia.

Przyjaźń lokuje się mniej więcej między miłością a obojętnością, a jej najsłodsze wyciągi są domeną młodości. Mnie dopadła dość późno. W niniejszej relacji, gdzie można znaleźć te wszystkie składniki, które dają czystą, niemal podręcznikową przyjaźń, chciałbym opisać własne doświadczenia. Będzie więc coś w rodzaju wzajemnej opieki, krzątanina wokół stołu, zwiewne, prawie niezauważalne grymasy zadowolenia i inne objawy, które każdy zna po sobie, jeśli miał przyjaciela. Tym nielicznym, którzy w ogóle nie znają tego uczucia chciałbym pokazać, jak ono wygląda „od kuchni”.

Ktoś niedawno zadzwonił do moich drzwi, a gdy je otworzyłem, ujrzałem mojego przez lata kolegę, a obecnie serdecznego przyjaciela. Zamaskowałem zadowolenie, częstując go kompotem truskawkowym własnej roboty, następnie kilkoma zręcznymi ruchami zrobiłem odpowiedni nastrój i już po chwili, zupełnie rozluźniony opadł na fotel. Wobec przedłużającego się milczenia wskazałem na jego kurtkę i zapytałem, jak to możliwe, że ostatnio wydawała mi się brudna, a obecnie wygląda jak nowa. Powiedział, abym się przybliżył, zdjął kurtkę i wyjaśnił, że niedawno matka oddała ją do pralni. W rewanżu zwierzyłem się, że zacząłem „szczepić” moje roczne dziecko, podając mu kupione na targu książeczki, które natychmiast pakuje do buzi. Mam gwarancję, że obcując z tak wieloma i różnorodnymi bakteriami, młody organizm nabierze odporności i w późniejszym wieku będzie rzadziej chorować. Zapytałem, czy uważa takie postępowanie za słuszne, ale że sam jest bezdzietny, to nie chciał mi złą radą zaszkodzić. Wobec tego zapytałem, co dziś jadł na obiad, na co odpowiedział krótko i niecierpliwie, ale zaraz kazał mi zgadnąć, co jadł wczoraj. Gdy mi się to udało, wyciągnął banknot o najmniejszym możliwym nominale i poprosił, abym poszedł do sklepu i kupił coś do jedzenia, albo do picia. Niezamierzenie wprawiło mnie to w zły nastrój, bo przypomniało mi się, że nie mogę wypłacić pieniędzy z bankomatu, z powodu uszkodzonej karty lub, co gorsza, kradzieży pieniędzy z konta. Przyjaciel powiedział, że nawet jeśli pieniądze zostały skradzione, to jestem w miarę młody i znów coś zdołam zarobić. Widząc, że jest zdenerwowany bez porównania mniej niż ja, uspokoiłem się.

xxx

Aby wprowadzić weselszą nutę zapytałem, co by zrobił, gdyby wygrał w totolotka. Liczyłem, że będzie ciekaw, co ja bym zrobił. Polecił, aby podać mu czystą kartkę i kilkoma wprawnymi ruchami zrobił szkic domu. Myślałem, że to wyraz powrotu do lat dziecinnych, kiedy to wspólnie rysowało się i pokazywało rysunki jeden drugiemu, ale był to plan jego wymarzonego domu. Rysowanie to stara, dobrze zakorzeniona pasja mojego przyjaciela. Pod byle pretekstem żądał czystej kartki i robił szkice, które pomagały mi wszystko lepiej zrozumieć. Były tam drzewa genealogiczne jego i jego znajomych, układ osób przy stole w trakcie spotkań rodzinnych, rozkład pomieszczeń w mieszkaniach obcych ludzi, kształty twarzy koleżanek z liceum, ich imiona, nazwiska nauczycieli oraz krótkie wiersze, które cierpliwie i dość długo spisywał, podczas gdy ja czekałem z przekrzywioną głową i rękami wspartymi na kolanach.

U sąsiadów rozbrzmiała muzyka. Przyjaciel powiedział: „Oho, chyba puszczają Roberta Astlana”. Nie znam tego artysty, więc milczałem, patrząc w górę. Swoją drogą, obaj lubimy śpiewać i, co w dzisiejszych czasach jest rzadkie, razem sobie śpiewamy. Choć zwykle nie wykracza to poza zwykłe „na, na, na”, zdziwiłby się niejeden, widząc nas tak rozśpiewanymi. Kiedyś zapomniałem się i zacząłem klaskać do taktu, ale przyjaciel powiedział: „Nasz czas biologiczny powoli się kończy i kto wie, może nie powinniśmy być już tak szczęśliwi. Zapożyczyliśmy naszą radość z arsenału dzieciństwa, ale natura może mieć nam to za złe”.

Zagadnąłem go o rodzinę. Od razu zaczął wspominać pewną baletnicę, niezwykle piękną, oraz inne kuzynki, również bardzo ładne, z którymi spotkał się w zeszłym tygodniu. Była okazja, aby wesoło porozmawiać i lepiej je poznać. Znów zażądał kartki i narysował, gdzie przy stole siedział on, a gdzie kuzynki z narzeczonymi. Widząc, jak bardzo mnie to zaciekawiło, dodał, że nie opowiadał dotąd o weselu swojego kuzyna. Odbywało się ono w pałacu. Dużo czasu zajęło przyjacielowi opisywanie barwnych korowodów weselnych, w których uczestniczyli goście z całego świata. W jego opowieści tętniła taka pasja, że zastanawiałem się, czy z natury jest takim zapaleńcem opowiadania, niesłychanie żywego i porywającego, czy sprawiła to jedyna w swoim rodzaju atmosfera, którą udało mi się zakrzesać. Oto czarnoskórzy w barwnych regionalnych strojach tańczyli w parku z małżonkami, wśród których były naturalizowane Polki z Ameryki i Skandynawki wykładające na uniwersytetach. W takt coraz głośniejszego poloneza, którego grał sam gospodarz na fortepianie ustawionym pod starym dębem, czarnoskórzy szli ławą i na końcu alei dworsko kłaniali się swoim paniom. Nazajutrz po weselu mój przyjaciel wraz z kuzynem zasiedli przy kominku w jednym z pałacowych pokoi i wypili na pożegnanie po szklaneczce wina. „Bardzo przyjemnie spotkać kogoś – zakończył swoją opowieść – o kim słyszałem, że łączą nas więzy pokrewieństwa, ale nie przypuszczałem, że stanie mi się tak bliski”. „…Twoje uczucia – odparłem równie zamyślony – można chyba porównać z doświadczeniem mężczyzny, który po latach odwiedził matkę i siedząc w ubikacji, słucha jej mrówczej krzątaniny”.

xxx

Aby nie grzęznąć we wspominaniu, starałem się poddawać lżejsze tematy. Podobnie osoby zagrożone zawałem chętnie piją kwaśne soki, z czarnej porzeczki i cytrusów, aby rozcieńczyć krew. Napomknąłem, że niedawno bolał mnie brzuch i o mało mnie nie rozerwało. Miarą naszej przyjaźni był fakt, że kolega nawet się nie uśmiechnął, ale odparł, że ostatnio i jego strasznie wzdęło. Po pewnym wahaniu zdradził, że siła wybuchu była tak wielka, że nieczystości wystrzeliły aż pod sufit, po czym zapytał, czy i ja doświadczyłem czegoś podobnego. Nie wypadało zaprzeczać, więc przytaknąłem, i podaliśmy sobie ręce z wyrazem wielkiego porozumienia.

Byłem już pewien, że znajduję się w samym centrum fenomenu, który nazywamy przyjaźnią i obecnie otaczają mnie jej wirujące kręgi. Pod wpływem rozmów o koligacjach i różnych tajemnicach zacząłem się głośno zastanawiać, czy i w mojej rodzinie nie ma jakichś zastałych i kłopotliwych tajemnic. Na przykład jestem bardzo podobny z charakteru do dziadka i w istocie mogę być dzieckiem ludzi, których dotąd uważałem za dziadków, zaś moja matka jest córką moich pradziadków. Przyjaciel zadumał się, lecz nie nad tym, co powiedziałem, bo zaczął wspominać pewną naszą znajomą, która związała się z autentycznym hrabią. Dodał, z trudem ukrywając zakłopotanie, że sam prawdopodobnie wywodzi się w prostej linii od książąt. Gdy bąknąłem, że też chciałbym być księciem, uśmiechnął się i powiedział, że każdego, a więc i mnie, ceni za to, jakimi są ludźmi.

Spodziewałem się, że tak zainicjowane opowieści bardzo trudno jest przerwać, ale omyliłem się. Sądząc po głębokich westchnieniach i po popatrywaniu na boki, mój przyjaciel był już znudzony naszą przedłużającą się przyjaźnią. Wreszcie zadzwonił do znajomych, którzy bawili się w jakiejś kawiarni i poszedł. Zostałem jak dobosz ze swoim werbelkiem, który przed chwilą wygrywał takt do bitwy, a obecnie siedzi na pniaku pośród dymiącego pola. „Widocznie tkanka naszej przyjaźni jeszcze dobrze się nie wykształciła – szepnąłem do siebie – inaczej nie mógłby chyba zakończyć spotkania tak szybko i z taką swobodą. Przyjaźń niczego od nas nie żąda, ale i my nie powinniśmy żądać od niej zbyt wiele. A więc jest także bezinteresowna i nie dziwmy się na łożu śmierci, gdy zza pleców zapłakanych krewnych nie wychynie jasna główka przyjaciela”.

A on, czy przede mną miał wielu przyjaciół? Zapewne. Nieskrępowany obowiązkami hołdował kilku przyjaźniom naraz, a jego uczucia z łatwością wystarczały wszystkim obdarowanym. Gdy pytałem ludzi, czy wobec jego licznych znajomości nie odczuwają niedosytu, otwierali oczy ze zdziwienia, bo dotąd przypuszczali, że są jego jedynymi przyjaciółmi. Mimo wszystko mam prawo uważać, że byłem tym najulubieńszym. Traktował mnie trochę jak młokosa, wiecznie zaciekawionego i z otwartą głową, roiłem sobie, że za plecami nazywa mnie „Cyganeczek”, z racji ciemnych włosów i żywotności. Ostatecznie przyjaźń nie spełniła wszystkich moich nadziei i nie okazała się uniwersalnym sposobem na ułożenie sobie życia między ludźmi. Jak każda nowość, spowodowała chwilowe ożywienie, ale nie odnowiła sił witalnych w obliczu rozpoczynającego się wieku średniego. Z początku stałem się może bardziej otwarty na innych, lecz z braku innych znajomości dotyczyło to głównie mojego przyjaciela i w sumie pozostałem gnuśnym, zamkniętym w sobie człowiekiem.