Jeszcze 3 minuty czytania

Maciej Sieńczyk

MÓJ KĄCIK: Obserwacje nad rozwojem rocznego dziecka zwanego Kruszyną

Maciej Sieńczyk

Maciej Sieńczyk

Podobno umysłowość sławnych ludzi ukształtowała się poprzez siedzenie w wannie, patrzenie przez kalejdoskop i huśtanie na huśtawkach. Dlaczego akurat te czynniki decydują o wybitności nie wiadomo. W każdym razie uznałem za stosowne zapoznać dziecko z huśtawkami

Nigdy nie uważałem się za autorytet w dziedzinie wychowywania dzieci, ale wydarzenia, które raz na jakiś czas wstrząsają spokojnym i w miarę poukładanym życiem, biorą mnie w niewolę, kto wie, może najsłodszą z tych, jakie człowiek kiedykolwiek wymyślił i przedsięwziął. Chcąc nie chcąc, zrobiłem kilka spostrzeżeń, które dla wielu mogą być przydatne. Od razu powiem, że dziecko, o którym mowa, zwane dalej Kruszyną, rośnie dobrze, jest w zasadzie zdrowe i wesołe, wyjąwszy nieustanne pokasływanie. Lekarz stwierdził, że gardziołko ma czyste, płucka czyste, ale wyrzynające się ząbki powodują nadprodukcję śliny. Zauważyłem jeszcze, że nie nadąża za upuszczonym przedmiotem i jego wzrok jest w połowie drogi, gdy ów przedmiot od pewnego czasu leży na ziemi. Dziecko jest posłuszne. Kiedy rzucam kółko, które toczy się aż do drugiego pokoju, po czym mówię wyraźnie „Przynieś”, drobiąc małymi nóżkami, idzie we wskazanym kierunku i wraca z żądanym kółkiem. Z łatwością wymawia proste, choć niezrozumiałe słowa, a nawet próbuje samodzielnie wkładać ubranka. W wieku nieco ponad roku waży dwanaście kilogramów, podczas gdy jego rówieśnicy o dwa, trzy kilogramy mniej. Jeśli chodzi o upodobania, chętnie przytula małe szmatki wypchane pakułami z naszytymi ścinkami materiału, przez co przypominają misie. Nazywam je misie – promisie, bo widzę w nich obietnicę dobrych relacji dziecka ze światem i ludźmi. W trakcie swojej praktyki wychowawczej staram się postępować tak, by wyrosło na mądrego i silnego człowieka, niepozbawionego wszakże marzycielstwa, które czyni niektórych wybitnymi, a u Anglików zaowocowało powstaniem bajecznego imperium. Od razu powiem, jakiego marzycielstwa oczekuję, a jakie uważam za niepożądane. Pewna moja znajoma poszła do wróżki, żeby sprawdzić, czy wybranek ją kocha, bo dotąd nie dał po temu dowodów, a nawet zaproponował rozstanie. Wróżka powiedziała, że owszem, kocha i to bardzo, ale nie jest pewny wzajemności. Rzekomo wszystkie dookolne szczegóły, które następnie odgadła, zgadzały się co do joty. W żadnym wypadku nie pochwalam koleżanki, której postawa jest świadectwem słabości charakteru i wiedzie na manowce. Chciałbym, żeby w dorosłym życiu dziecinka dysponowała marzycielstwem tylko dla wsparcia odwagi i rozumu, jak kapitan lunetą na swoim mostku.

Podobno umysłowość sławnych ludzi ukształtowała się poprzez siedzenie w wannie, patrzenie przez kalejdoskop i huśtanie na huśtawkach. Potwierdzają to biografowie Angeliki Kauffmann, Thomasa Edisona, Dominika Savio, Danuty Kobylińskiej-Walas*, Alessandra Volty i innych. Dlaczego akurat te czynniki decydują o wybitności i czy są skutkiem marzycielstwa, czy raczej jego przyczyną, nie wiadomo. W każdym razie uznałem za stosowne zapoznać dziecko z huśtawkami. Pewnego dnia podczas spaceru doszliśmy do placu zabaw. „To jest huśtawka – powiedziałem – huśtając się, możemy doświadczyć dobroczynnych i pożądanych przeciążeń, które sprawiają, że myśli układają się, jak liście laurowe w słoju marynaty. Sam przed laty dopóty się huśtałem, aż huśtawka pod moim ciężarem wyleciała z futryny. Było to symboliczne przejście od dzieciństwa do dorosłości”. Dziecko za pomocą gestów nakazało, abym je pobujał. Kilka dni później kupiłem na targu używaną huśtaweczkę aluminiową za dwadzieścia pięć złotych. Odtąd, gdy lgnęło do mnie i wodziło ufnymi oczkami, owszem, nie szczędziłem mu czułości, lecz później stanowczym gestem zapraszałem do huśtawki. Ustawiłem ją na wprost okna, za którym w pewnej odległości stał mur przeciwległego skrzydła kamienicy. Był to widok dobrze zbilansowany, bo pobudzał do marzeń, a jednocześnie uwaga nie rozpraszała się na uliczne atrakcje. Dziecko wyciągało naukę, że zawsze trzeba patrzeć przed siebie oraz że świat jest niezmienny w swoich prawach i to raczej my poprzez przedsiębiorczość i różne starania jesteśmy w ruchu. Nie zaniedbywałem okazji, by pobujać dziecko nawet po śniadaniu, „żeby się w brzuszku uleżało”. Najpierw z wyrazem twarzy, który kto inny wziąłby za tępy, za pomocą krótkich, ale szybkich wahnięć Kruszyna nabierała rozumu, wyobraźni oraz tego, co niezbyt ściśle nazywam marzycielstwem. Widziałem, jak pamięć rozświetlonego okna i łagodnie uśmiechniętego ojca wsiąkała w świeży, niewinny umysł niczym rozgrzane wiśnie w tort lodowy. W przyszłości zamierzałem udoskonalić huśtaweczkę poprzez zakup wora na linie, który przyczepiony do sufitu miałby większą amplitudę wahnięć, a tym samym lepiej utrwalałby w dziecku postawę „małego marzyciela”. Na marginesie wspomnę, że dzieci, które przysparzają problemów wychowawczych, zwykle nie znoszą huśtawek. Doktor Bronisław Szulczewski z oddziału dziecięcego Lecznicy Miejskiej w Poznaniu, w zaledwie 28-stronicowej broszurze „Badanie dzieci w hipnozie” podaje aż cztery przypadki małych pacjentów, których trudny charakter szedł w parze z niechęcią do tej rozrywki. W przeciwieństwie do huśtawek, starałem się ograniczać zabawki z pozytywką, aby nie rozbudzać instynktu smutku. Niesłychanie powolne i melancholijne dźwięki pozytywki nawet dorosłego mogą przyprawić o ucisk w żołądku. Pamiętam, moja babka siedziała godzinami milcząca i gorzko uśmiechnięta, kto wie, czy nie za sprawą pozytywek, bardzo rozpowszechnionych w jej czasach dziecinnych.

Tak się zacietrzewiłem, aby zaszczepiać dziecku bujność wyobraźni i swobodę myślenia, że liczne słupki na ulicy, które ktoś wkopał pośrodku chodnika, wymijałem specjalnie z innej strony niż pozostali przechodnie. „Opowiem to dziecku, gdy podrośnie – myślałem – aby miało pojęcie, jak wielkim byłem praktykiem niezależności”. Podobnie za plecami matki dawałem mu zakazane, ale niezwykle smaczne potrawy i napoje, na przykład herbatę z miodem i cytryną, aby później mówiło, że byłem szalonym, ale i wspaniałym człowiekiem. Dodatkowo wykonywałem ekscentryczne, jakby w pijanym widzie wygibasy, wplatałem w to śpiewy, aby nabrało poczucia melodii, rytmu i rymu. Zaprosiłem kuzyna, który z racji ośmiomiesięcznego stażu w Szpitalu Dziecięcym w Rzeszowie nazywany jest „Pediatrą”, wskazałem fotel i poprosiłem, aby się przekonał naocznie, jakie wymyślam zabawy i czy moje metody wychowawcze są właściwe. Po upływie godziny kuzyn powstał ze słowami „Zupełnie właściwe”. Wspomniał tylko, że autorytet buduje się nie przez wygłupy, ale przez rozumne i konsekwentne postępowanie. Poza tym, jak zauważył, roczne dziecko ma już ukształtowany aparat wartościujący, a w pewnym stopniu moralny i umie odczytać nieszczerość, jaka wkrada się w postępowanie dorosłych. Gdy na przykład zbyt często i bez przekonania powtarzam w trakcie zabawy „i co ty tam masz?”, dziecko nieomylnie zgaduje fałsz po moich pustych oczach i ustach rozciągniętych w strasznym, maskowatym uśmiechu. Kuzyn przyznał, że ta oschłość uczuć jest u mnie niezamierzona i wynika z senności, jaka ogarnia mnie już po dziesięciu minutach zabawy. Widząc, że próbuję zamaskować ją okrzykami wesołości, albo wciskając dziecku chrupiącą bułeczkę, obawiał się, czy nie zepsuje to dziecka. Odtąd mogło rozumować następująco: „Zamiast zainteresowania dostaję łakocie, a więc prawdziwe relacje, które polegają na odgadywaniu wzajemnych potrzeb, można zastąpić czymś, co jest o wiele słodsze i przynosi natychmiastową rozkosz”. Gdy zapytałem kuzyna, czy możliwe jest, aby dziecina odzyskała jeszcze wiarę w uczucia, czy jest już za późno, odparł, patrząc mi poważnie w oczy: „Już może być za późno”. Zachwiało to moją wiarą i wzbudziło obawy, czy nastarczę czułości, którą lekkomyślnie roztrwoniłem w minionych latach, nie spodziewając się, że będzie mi jeszcze potrzebna. Mała istotka szczebiotała w swoim języku, który my tu nazywamy kruachili (Kruszyna, a więc jej język to kruachili), a ja zupełnie nie mogłem zrozumieć, o co jej chodzi. Wyrażając niezrozumiałe życzenia, często błagalnie wyciągała rączki, jakby dla większego mnie pognębienia. Nie umiejąc odgadnąć delikatnych drgnień duszy dziecinnej, byłem zmuszony napychać ją słodkościami. Ale bywało i wręcz przeciwnie, gdy dziecko wskazywało palcem buzię, a następnie butelkę wody, pojmowałem, że chce pić. Zaspokoiwszy pragnienie, masowało się po brzuszku i przewracało oczami na znak zadowolenia, czyniąc mi tym wielką przyjemność.

Pewnego dnia obserwowałem, jak szykuje się do dłuższej wędrówki. Zabawnie było patrzeć, jak decyzja w małej główce zapadła wreszcie i ruszyło, asekurując się wyciągniętymi przed siebie rączkami. Przy okazji zrobiłem kilka pobocznych obserwacji, na przykład dziecko podczas schodzenia z kanapy wydaje odgłos jakby stęknięcia. Prawdopodobnie wypuszcza powietrze, aby przez napięcie mięśni nie uszkodzić delikatnych pęcherzyków płucnych. Cicho zzułem buty i podążyłem za nim, starając się pozostawać poza zasięgiem wzroku. Swoje kroki skierowało najpierw do kuchni, bacznie rozejrzało się, następnie do łazienki, gdzie dłuższy czas zajęte było poszukiwaniem sobie tylko wiadomej rzeczy. W dalszej kolejności poszło do ostatniego pokoju, skąd wróciło rozczarowane i lekko rozdrażnione. Następnie cała marszruta powtórzyła się w najdrobniejszych szczegółach, wreszcie dziecina zaniosła się z początku cichym, a stopniowo coraz głośniejszym płaczem. Kiedy wystąpiłem zza rogu i uśmiechnąłem się, z radością rzuciła mi się w ramiona, dając do zrozumienia, że to ja byłem obiektem poszukiwań. Na marginesie wspomnę, że gdy pewnego razu dziecko płakało wyjątkowo długo i nie mogły go uspokoić nawet najczulsze przemowy matki, domyśliłem się, że ma świeżo w pamięci jakieś gigantyczne i przytłaczające struktury z czasów, gdy na równi z minerałami bujało w świecie przyrody nieożywionej. Tak samo ktoś, kogo cudem uratowano z przerębla, prześladowany jest przez sny pełne lodowych kryształów.

Wreszcie usiadłem w fotelu, aby rozmyślać i czekać na efekty moich metod. Dziecinka spała przewieszona przez huśtawkę i miałem trochę czasu, aby poświęcić nieco uwagi sobie. Ludzie, których los obdarzył dziećmi starzeją się o dwadzieścia procent szybciej niż pozostali. Natura, gdy tylko usłyszy kwilenie, natychmiast odchodzi do innych krain, by tłoczyć soki w ciała tych, co nie zaznali jeszcze rodzicielstwa. I rzeczywiście, moja skóra nabrała zapachu kwasu żołądkowego, jakby puściły we mnie wewnętrzne tamy, na dodatek od dłuższego czasu czułem silny ból w prawym ramieniu. W sklepach mimo woli sprawdzałem składniki różnych produktów, co jest widomym znakiem małostkowości i pierdołowatości. Przypomina mi się mój wujek, który powtarzał, że mu na niczym nie zależy i tylko czeka na śmierć, ale z maniakalną skrupulatnością czytał informacje na etykietach i odmawiał przyjęcia czajnika elektrycznego, bo był podobno niezdrowy. Zaczęły wspierać mnie mikroproroctwa, czyli małe, niesprawdzające się przepowiednie. Na przykład każdej nocy poprzedzającej podróż pociągiem lub tramwajem śniłem o katastrofie kolejowej. Było to skutkiem wypłukiwania mojej dotychczasowej postawy hardego buntownika i nonkonformisty na rzecz zalęknionego, dbałego o zdrowie ojca, zgarniającego pod siebie swoje kaczęta. Aby przeciwdziałać starzeniu się ciała i duszy, spotykałem się ze znajomymi i snułem plany na przyszłość, licząc, że zachowam sporą część ognia wewnętrznego. Przypominało to wypompowanie wody ze statku, którego dno jest jak sito.

Muszę kończyć, bo słyszę kwilenie. Jeśli moje rady przydadzą się komuś, sprawi mi to dużą przyjemność. Ale boję się, że wezmą mnie za jednego z tych niegodnych zaufania mędrków, którzy tak licznie reprezentują naszą myśl pedagogiczną, więc niech te pospieszne zapiski będą raczej zachętą do własnych przemyśleń.

* Danuta Kobylińska-Walas – pierwsza w Polsce kobieta kapitan żeglugi wielkiej. Wsławiła się m.in. uratowaniem przed zatonięciem statku „Kopalnie Miechowice” w 1972 roku.