Jeszcze 3 minuty czytania

Maciej Sieńczyk

MÓJ KĄCIK: Nerwowe chwile

Maciej Sieńczyk

Maciej Sieńczyk

Dawniej myślałem o pewnym sąsiedzie „Miły starszy pan”, a teraz wyłącznie „Wstrętny śmierdzący dziad”. Ludzie denerwowali mnie, a zarazem czułem się tak samotny, że siedząc w wannie łapałem bąki i jak synów przyciskałem do piersi

Odkąd zagnieździł się we mnie myśliciel i za żadną cenę nie chce wyjść, wyrzucam sobie nadmierną skłonność do pouczania, i dawania rad. Na dodatek zyskałem niczym nie usprawiedliwioną pewność, że te rady są przedmiotem studiów i wielu znajduje w nich pocieszenie. Niespodziewanie stałem się kimś w rodzaju nauczyciela, który pośród nielicznych, ale oddanych uczniów, zasmakował w uprawie małego królestwa. Korzystam więc ze swoich przywilejów, aby opisać i wyjaśnić epizod nerwowości, który nie tak dawno położył się cieniem na moim życiu.

Wspomniana nerwowość po raz pierwszy dała o sobie znać na rodzinnym pogrzebie, gdy pewna pani wystąpiła z grupy żałobników i wygłosiła pean na cześć zmarłego, jaki to był wspaniały człowiek, że wszystkim pomagał, i tym podobne. Słuchając jej miałem ochotę zawołać: „Jaki tam wspaniały człowiek, nigdy w życiu nikomu nie pomógł, egoista i stary nudziarz, a tej pani, co go tak wychwala, serdecznie nienawidził”, lecz tylko modlitewnie poruszałem ustami. Byłbym o tym zapomniał, ale zaczęły docierać do mnie sygnały od najbliższych, że ostatnio zrobiłem się opryskliwy, nieufny i zbyt skrupulatny, jeśli chodzi o pieniądze. Rzeczywiście, ulubione koty, do których zawsze przemawiałem najczulej, teraz obdarzałem kilkoma powierzchownymi pieszczotami. Prócz tego celowo potrącałem różne przedmioty, które spadały z hukiem, by tym więcej podżegać się do nerwów. „Co to jest? – pytałem, masując się po bokach – co się ze mną dzieje? Dlaczego ukochani, dotąd wywołujący w sercu jedynie rytmiczne, serdeczne drgnienia, nagle zaczęli mnie drażnić?”. Dawniej myślałem o pewnym sąsiedzie „Miły starszy pan”, a teraz wyłącznie „Wstrętny śmierdzący dziad”, a wchodząc po nim do windy natychmiast włączałem wentylator, aby wywiał miazmaty potu, brudu, wódy i papierosów. Wcześniej przez szacunek tego nie robiłem. Ludzie denerwowali mnie, a zarazem czułem się tak samotny, że siedząc w wannie łapałem bąki i jak synów przyciskałem do piersi.

Nie było już złudzeń, stałem się bardzo nerwowy. Miałem koleżankę, która z braku lepszych zajęć próbowała zwracać na siebie uwagę radykalnymi zmianami nastroju. Gdy godzinami chodziła poważna i smutna, przez grzeczność pytałem „Co ci się stało? Bardzo się zmieniłaś!”. Te pytania sprawiały jej przyjemność, więc milczała hamując uśmiech lub odpowiadała „Nie zauważyłam, ale skoro tak mówisz, być może rzeczywiście się zmieniłam”. Tymczasem moja przemiana była autentyczna i głęboka, a objawiała się wspomnianą nerwowością. Jak przypuszczałem, winne temu były hormony, które po latach niezwykłej wydajności i pewnie wielkich obciążeń spowalniały pracę, i organizm łopotał, niczym serduszko pisklęcia wyjętego z gniazda. „A więc to już? – pytałem sam siebie –  Pewnie niedługo przyjdą niestrawności, poziewanie od serca i uderzenia gorąca”. Ująłem piórko z poduszki. „Kura, z której pochodzi to pierze – pomyślałem – pewnie już dawno nie żyje i ja także przeminę. Ale nim to się jednak stanie, czeka mnie wiele bardzo nerwowych i niespokojnych chwil”. Każdy z nas miał ojca lub dziadka, który w pewnym wieku doznawał pobudzenia, jakby organizm oczyszczał pole dla nadchodzącej starości i hurtem pozbywał się wszystkich hormonów. Pamiętamy, jak z dnia na dzień robił się niezwykle sprośny, chodził do zoo, aby ze smutnym uśmiechem oglądać spółkujące zwierzęta, czasem bez powodu obnażał się lub wymykał na nocne nagie przechadzki.

Tymczasem przyjaciółka spostrzegła, że dzieje się ze mną coś niedobrego. „Jeśli dłużej będziesz tak podenerwowany – mówiła – wejdzie ci to w krew i wątpię, czy pod koniec życia zdołasz napisać coś na miarę „Przechadzek samotnego marzyciela” Rousseau lub choćby „Na zarośniętych ścieżkach” Hamsuna”! „Z pewnością zdążę napisać i lepsze rzeczy – odpowiadałem opryskliwie – tymczasem ty nie pomagasz mi w osiągnięciu tych celów podsycając nerwowość, której, zapewniam cię, mam już serdecznie dosyć!” Taki to byłem niesprawiedliwy i z dnia na dzień coraz bardziej rozdrażniony.

Pewnej nocy, zmęczony wielogodzinną pracą, chciałem uczcić jej zakończenie butelką piwa. Pod sklepem natychmiast podszedł do mnie degenerat tak wstrętny, że wzdrygnąłem się mimo woli. Jakie pióro zdoła opisać tę istotę? Główkę, podobną do tych wypreparowanych i uwędzonych przez indian Jivaro, niemal okalały nastroszone brwi, a dolna ruchliwa i obśliniona warga zwisała mu aż do szyi. „Kolego – powiedział ów straszliwy człowiek – nie kupiłbyś mi oranżady?”. Kiedy kupowałem oranżadę, wobec tak łatwego sukcesu zmienił koncept i powiedział „Albo kup mi browca, niech będzie browiec”. „Nie – odparłem – zapłaciłem już za oranżadę i będzie oranżada”. Na te słowa odszedł, a ja zostałem z jego zamówieniem. Niby nic się nie stało, ale nie polepszyło to mojego humoru. Zresztą kilka dni wcześniej jakiś ślepiec poprosił o trochę pieniędzy. Wygrzebałem z kieszeni drobniaki, a że nie mógł tego zobaczyć podkreśliłem, że daję razem pięć złotych. Jeden pieniążek spadł na ziemię, a on, ku mojemu zdziwieniu, natychmiast i nieomylnie go odnalazł.

Na drugi dzień musiałem załatwić w mieście pilne sprawunki. Kiedy szedłem pogrążony w rozmyślaniach, drogę zatarasowali mi dziad o kulach i baba z siatami. Gdy chciałem ich minąć dziad stanął, przez co zrównał się z babą i przejście między nimi zamknęło się. „Nieraz drobiazgi i ułamki sekund decydują o znacznie poważniejszych sprawach” pomyślałem, ale już poczułem delikatne ukłucie rozdrażnienia. Wszedłem do tramwaju i ze zdziwieniem, pośród tłumu ściśniętego w kącie, zobaczyłem puste miejsca. „Ależ mam szczęście” pomyślałem, kładąc obok siebie ciężkie siaty. Ale wnet coś zaczęło mnie drażnić i nagle straszliwy smród nieomal przewrócił mnie na podłogę. Za mną siedział dziad w zaszczanych gaciach i wyglądał przez okno. Zerwałem się z miejsca i na następnym przystanku wszedłem do drugiego wagonu. Ale cóż to? Ujrzałem pasażerów równie stłoczonych, jakby jakaś niewidzialna siła trzymała ich z dala od miejsca, gdzie stałem. Wyraz satysfakcji zamarł mi na twarzy. Za mną stał dziad, jeszcze straszniejszy, niż poprzedni i tak śmierdzący, że podrzucona dziesięciogroszówka nie spadłaby na ziemię. „Tropicana!” zawołał śmiejąc się ohydnie i wznosząc w moją stronę butelkę równie wstrętnego napoju. „A tak, Tropicana!” odparłem również ze śmiechem, myśląc jednocześnie, jakby to było cudownie przytulić go, a następnie strzelić z małokalibrowego pistoletu w tył głowy.

Odtąd nie wiem, co we mnie wstąpiło. Będąc w sklepie, jakby kierowany przymusem rozglądałem się za dziadami, a gdy jakiegoś dostrzegłem, niczym lunatyk, albo dziecko za trenem wróżki towarzyszyłem mu do stoiska, gdzie pyszniły się butelki z Amareną. Nikomu nie dałbym uszczknąć ani sekundy z tych chwil, gdy przepuszczałem ich przodem do kasy, aby patrzeć na kędzierzawe karki. Z trudem powstrzymywałem się, aby nie kupić im Amareny i nie zaprosić do siebie, a później patrzeć jak igrają, niczym ufne półślepe szczenięta.

I wtedy, jak zwykle, gdy człowiek z natury rozsądny przekroczy pewne granice, przyszło opamiętanie. Zadałem sobie kilka pytań wielkiej wagi. Czy nerwowość to stan przejściowy, czy raczej trwały? Czy sami będąc nerwowymi możemy swoją nerwowość przenieść na innych? Czy osoba nerwowa w domu jest dużym obciążeniem dla domowników? Na dwa ostatnie pytania odpowiedź musiała być twierdząca. Następnie, mając świeżo w pamięci swój krytycyzm wobec dziadów zapytałem siebie „A czy ty nigdy nie śmierdziałeś? Już pewnie nie pamiętasz, gdy ta, czy inna koleżanka ledwo przekroczywszy próg twojego domu, wypadała jak z procy, zasłaniawszy usta chusteczką? Dlaczego więc traktujesz ludzi inną miarą, zamiast milcząco zgłosić swój akces do wspólnoty tych, dla których czystość nie jest najwyższą cnotą?” Gdy uzmysłowiłem sobie całą nędzę mojego postępowania wszystko dookoła uspokoiło się. Znów usłyszałem odgłos miotły dozorcy na bruku, ludzi idących do pracy i turkot wózka mleczarza, jakby nerwowość dotąd przesłaniała mi prawdziwy obraz. Czyli to nie gospodarka hormonalna składająca główkę do snu przyprawiła mnie o niepokój, złość i uderzenia gorąca, ale niewłaściwe podejście do niektórych zagadnień, może też brak słońca, a ściślej witaminy D, w połączeniu z przejściowym brakiem pieniędzy. Wystarczył krótki rachunek sumienia i sąsiad znów był miłym starszym panem, a ludzie, którzy często nie z własnej winy popadli w zaniedbanie stali się Wykluczonymi, i odtąd pilnowałem się, aby tak ich nazywać.

Spodziewam się długiego okresu pogody ducha. Jak dawniej wręczam jałmużnę, lecz teraz z uroczysta powagą, zaciskając ją w dłoniach biedaków. Fale smrodu, dawniej zmuszające mnie do natychmiastowej ucieczki z tramwaju przyjmuję spokojnie i trwam na posterunku, nawet nie zasłaniając ust. Nawet straszliwe zamachy i gwałty, jakie niemal codziennie wstrząsają krajami Zachodu zacząłem postrzegać jako całkiem naturalne następstwo wędrówki ludów, które przepędzają nas starych, wygrzewających przed kominkiem zesztywniałe nogi. Biorąc przykład z roztropnych przyjaciół już nie ważę się na zbyt pochopne opinie, które mogłyby kogoś urazić. Żałuję tylko, że opamiętanie przyszło tak późno. Podzwonnym dla całej historii, a zarazem dowodem, jak uderzająca jest moja przemiana niech będzie anegdota. Ostatnio przebywając w towarzystwie wielokrotnie za plecami słyszałem słowo „Naplus”. Gdy stało się to już natrętne i ktoś powiedział „O, przyszedł ten sympatyczny Naplus”, zapytałem, co ono oznacza. Znajomy wytłumaczył ze śmiechem, że ukuto ten przydomek dla mnie, ponieważ gdzie tylko się da szukam pozytywów i tak ewidentnie do wszystkiego podchodzę „na plus”, że nazwano mnie Naplusem.