Jeszcze 2 minuty czytania

Maciej Sieńczyk

MÓJ KĄCIK: Niezwykła podróż

Maciej Sieńczyk

Maciej Sieńczyk

Sam kiedyś byłem jak inni, ale obecnie cieszy mnie mnóstwo rzeczy. W tym miejscu chciałbym pokazać, w jaki sposób tak zgrabnie przeskakuję przez płotki, które smutek stawia na mojej drodze

Widzę po znajomych, że nic ich nie cieszy i nie wiem, czy to z przesytu atrakcjami, czy dlatego, że wszyscy osiwieliśmy. Co któremu położę rękę na ramieniu i zapytam: „Może nic szczególnego nie osiągnąłeś, właściwie jesteś życiowym safandułą, ale masz dzieci, czy także one cię nie cieszą?”, kiwa przecząco głową, i szybko odwraca się z powodu świętokradczego wyznania. Tak, poruszamy się jak ślepcy w ciemnym pokoju, tylko czasem ciemności rozpraszają się i zaczynają majaczyć wątłe rozbłyski. Na koniec, niczym kula z suchego piasku, pozostaje zwiewne i słodkie wspomnienie. Sam kiedyś byłem jak inni, ale obecnie cieszy mnie mnóstwo rzeczy. W tym miejscu chciałbym pokazać, w jaki sposób tak zgrabnie przeskakuję przez płotki, które smutek stawia na mojej drodze.

Przede wszystkim uznałem, że nie trzeba zajmować się wielkimi sprawami tego świata i raczej szlifować aparat refleksji na tokarence rzeczy małych. Aby wprawić się w sztukę cieszenia drobiazgami, puściłem sobie film przedstawiający konferencję prasową Polskiego Stronnictwa Ludowego z udziałem Jarosława Kalinowskiego. Ktoś powie: „Cóż mnie to obchodzi? Polskie Stronnictwo Ludowe obecnie nie odgrywa wielkiej roli w polityce, może na szczeblu samorządowym, poza tym nigdy nie słyszałem o kimś, kto by głosował na PSL”. Znakomicie rozumiem sceptyków i gdyby nie stanowcza wola cieszenia się rzeczami drobnymi, przyłączyłbym się do ich chóru. Przewodniczący Kalinowski na pytania odpowiadał z wdziękiem, a jego argumentacja w stu procentach trafiała do przekonania. Zaspokajał moją potrzebę oglądania nie zręcznego mówcy, podziwianego za charyzmę i zaraźliwe poczucie humoru, ale kogoś, kto piastując wysokie stanowiska pozostał skromny. Wkrótce byłem zupełnie pod urokiem przewodniczącego. Takim człowiekiem i ja chciałbym być, ale zbyt długo cierpiałem nędzę i lekceważenie, by starczyło mi silnej woli. Uczucia fermentowały i uderzały do głowy, wkrótce nie byłem w stanie zapanować nad radością, zaprawioną, co prawda, lękiem. „Cóż za fenomenalny człowiek – szepnąłem –  kim on jest? Boże miłosierny, oddal ode mnie ten czar!”. Jednocześnie w głowie brzmiało pytanie: „Dlaczego Jarosław Kalinowski?”.

Bezwiednie zacząłem się doszukiwać podobieństw między sobą i przewodniczącym, i przyznam, znalazłem ich całkiem sporo. Czasem był poważny, innym razem zabawny, zupełnie jak ja. Prawdopodobnie do wszystkiego dochodził ciężką pracą, podczas gdy inni mieli fory już z racji urodzenia, aż wreszcie wyprzedził ich i szczęśliwie dotarł do mety. Wydawał się, tu znów widać pokrewieństwo, jednym z owych „małych mistrzów”, którzy nie odcisnęli wielkiego piętna na losach świata, ale i nie przeszli całkiem bez echa. Być może, podobnie jak ja, hołdował drobnym dziwactwom i dla postronnych niezrozumiałym wyobrażeniom, na przykład pozwalał sobie na małą otyłość w przekonaniu, że ustrzeże go przed poważniejszymi chorobami. Może, znów jak ja, wolał chleb dobrze wypieczony, z grubą skórką, a bułeczki jasne i delikatne, niemal surowe, że gdy się je nadgryzie pozostaje wokół ust białawy osad. Kto wie, czy ukradkiem nie delektował się zapachem kociego pyszczka? Była jeszcze jedna analogia, otóż na twarzy tego człowieka dostrzegłem zbilansowane cierpienie, widocznie nie zaznał w życiu goryczy ani za dużo, ani za mało, a tylko tyle, by oceniać rzeczy z właściwej perspektywy. W oglądanie tego filmu zaprzągłem cała wolę i wszystkie zmysły, także te, których nauka jeszcze nie nazwała, a które rządzą instynktem i intuicją.

Z czasem zacząłem dostrzegać i doceniać osoby z otoczenia przewodniczącego. Pewna młoda pani, zdaje się kandydatka na radną, istne żywe srebro, wypatrywała końca spotkania i przez cały czas zastanawiała się, jakby tu umknąć. Udało jej się to mniej więcej w połowie. Miałem do niej żal. Po pierwsze, jeśli chciała piastować wysokie urzędy, powinna wytrwać, poza tym dodawała zgromadzeniu wiele uroku. Inna pani została do końca, śląc z całych sił uśmiechy, przepysznie mieniące się odcieniami zawstydzenia, zamyślenia i innych subtelnych drgnień. Wypowiedzi tych ludzi uderzały świeżością, a nieraz zdawały się zarazem prostoduszne i głębinowe, jak zapisy w wielkich księgach, z których każdy może wyczytać, co zechce. Próbowałem mówić, jak oni, ale wydobywałem słowa chropawe i bez wdzięku.


Tymczasem dziwny epizod z Polskim Stronnictwem Ludowym dobiegał końca. Pod koniec moje uczucia falowały od pozytywnych do obojętnych, a nawet czasem zdawało mi się, że prawię komplementy na wyrost. Był to nieomylny znak, że jeśli chcę podtrzymać radość z rzeczy drobnych, powinienem zmienić obiekt zainteresowania. Z równą przyjemnością przerzuciłem uwagę na innego lidera PSL, Janusza Piechocińskiego. Jeśli się jest naprawdę pozytywnie nastawionym, obiekt sympatii nie ma znaczenia. Gdy i on wyczerpał swój potencjał, instynkt podpowiedział mi filmy z prowincjonalnych wystaw. Mimo, że obawiałem się ekscesów dziwaczności i złego smaku, wszyscy byli skromni i ujmujący, a wystawy zupełnie znośne. Widziałem nauczycielki, które prócz tego, że zajmowały się dziatwą szkolną i zapewne rodziną, znajdowały czas na malowanie. Ich mowa ciała, gestykulacja i nieco bolesne spuszczenie oczu w połączeniu z niewinnym uśmiechem sprawiały, że czułem się nieszczęśliwy z powodu losu, który zapewne nie szczędził im trosk. Sadząc przez otchłanie internetu, natykałem się na istoty tak cudne, że wzdragam się je opisać, dziewczęta okutane w ręcznie plecione szale, istne małe szlachcianki, przemawiające ze złożonymi dłońmi, dziękujące organizatorom, rodzicom i swojemu chłopakowi, którego oczy osadzone głęboko pod spiętrzonym czołem wyzierały zza pleców gości. Odwróciłem się, nie chcąc na to patrzeć, ale ciekawość zwyciężyła i tym bardziej współczułem nieszczęśliwej. Miałem nadzieję, że chłopak jest uczciwy i uszanuje delikatność dziewczyny, że niewinność musi mieć wyższą rację, a nie tylko wydanie się na łaskę brutalnego mężczyzny. Widok narażonej na niebezpieczeństwo niewinności nastrajało mnie płaczliwie, więc przeniosłem się na inne spotkanie, gdzie, o ironio, jeszcze cudniejsza istota przygotowała czterdziestominutową prelekcję o modzie w obozach koncentracyjnych. Była niczym Holenderka w Indiach Wschodnich, mówiła ze słodyczą, nie licującą, zda się, z tematem wystąpienia i czułem nieutuloną gorycz, że to ujmujące widowisko wkrótce się skończy. Na koniec zajrzałem na wystawę malarstwa głuchoniemych, spodziewając się, że zniewolą mnie do przeżycia o charakterze niemal religijnym. Ale, o dziwo, czy to, że byli zbyt pewni siebie, czy może za bardzo pogodni, głuchoniemi nie zrobili na mnie wrażenia.

Na podstawie kilku przykładów udowodniłem, że dysponując stosunkowo szczupłymi środkami, można wycisnąć radość z drobiazgów, niczym olej z pestek dyni. W przyszłości oglądanie podobnych filmów stanie się, mam nadzieję, popularną formą odpoczynku od zgiełku i zamieszania, albo pięknym i szlachetnym zajęciem, jak zbieranie drzeworytów japońskich. Myśląc o tych ludziach, nie potrafię rozstrzygnąć, dlaczego są mi tak mili, możliwe, że czytałem ich twarze bez zrozumienia. Może organizm rekompensował wieloletnią obojętność wobec Polskiego Stronnictwa Ludowego i teraz wahadło przechyliło się w drugą stronę. Popijając zbyt słoną potrawę wodą, czujemy słodycz, patrząc na czerwony kwadrat, pod powiekami zobaczymy kwadrat zielony. Może, jak wielu ambicjonerów, którzy postawili sobie poprzeczkę zbyt wysoko, zapragnąłem wytchnienia pośród osób i rzeczy mi bliskich. W każdym razie odzyskałem uczucia, które miałem za dawno pogrzebane. Obecnie zamiast myśleć o wstrząsach i katastrofach, które są częścią wspólnego doświadczenia, znajduję w leśnym poszyciu kawałek kory brzozowej, by uczynić ją osnową radosnych przemyśleń. Albo podnoszę z ziemi kupę kamieni i widzę między nimi koralik, który dwadzieścia lat temu wypadł z rozerwanego naszyjnika. Chowam ten koralik na piersi, aby udzielał mi swego ciepła.