Jeszcze 3 minuty czytania

Maciej Sieńczyk

MÓJ KĄCIK: Przygody na OFF Festivalu

Maciej Sieńczyk

Maciej Sieńczyk

Chcę opowiedzieć o przygodach na OFF Festivalu, gdzie występowałem jako gość panelu literackiego pod hasłem „Wszyscy jesteśmy inni”, a przy okazji pochwalić intuicję organizatorów, którzy spotkanie ze mną opatrzyli tym właśnie tytułem

Pociągi są obecnie bardzo zatłoczone, dlatego trzeba kupować bilety dość wcześnie, najlepiej tydzień przed wyjazdem. Ponieważ jestem człowiekiem praktycznym i przewidującym, kupiłem bilety już dziesięć dni wcześniej, i wsadziłem je do szuflady.

W specjalnym formularzu nadesłanym przez organizatorów festiwalu, w rubryce „koszty podróży” wpisałem sto pięćdziesiąt złotych. „Nawet, jeśli bilety w obie strony będą kosztowały sto piętnaście złotych – myślałem, zacierając ręce – będę trzydzieści pięć złotych na czysto. No cóż, skoro są tak hojni, muszą ponosić tego konsekwencje, bo kto szybko daje, dwa razy daje”. Ale gdy w przeddzień wyjazdu pewny siebie i z uśmiechem, na jaki może sobie pozwolić jedynie człowiek dbający o swoje sprawy, zajrzałem do szuflady, biletów nie było. I mimo wnikliwych i metodycznych poszukiwań już ich nie znalazłem. Musiałem więc kupić nowe, o wiele gorsze i droższe. W ten sposób ukarana została moja zachłanność. „Widocznie nie jestem tak zaradny, jak się wydaje – pomyślałem – lepiej, abym tak nie szafował swoim rzekomym sprytem i pozostał w miejscu, jakie wyznaczyła mi natura”. 

W Katowicach przywitała mnie sympatyczna wolontariuszka, która do czasu, aż zupełnie oswoję się z nową sytuacją, miała pełnić rolę przewodnika. Powtarzała, żebym się czuł jak u siebie i tak też wskutek jej nalegań wkrótce się poczułem. OFF Festival jest, o ile dobrze zrozumiałem, jedną z największych imprez muzycznych i obfituje w liczne wydarzenia towarzyszące. Podczas panelu literackiego najbardziej wyrobiona publiczność, ale i ta mniej wyrobiona, ma szansę zobaczyć oraz posłuchać różnych popularnych pisarzy. Wolontariuszka zaprowadziła mnie do okienka, gdzie zaopatrzyłem się w kupony festiwalowe zastępujące gotówkę. A że podobno mogłem natychmiast wymienić je z powrotem, nabyłem sporo tych kuponów. Nad naszym bezpieczeństwem czuwali liczni ochroniarze, którzy wypełniali swoje obowiązki sprawnie i dyskretnie. Przy okazji podam pewien frapujący szczegół, otóż przy wejściu polecono mi odkręcić butelkę z wodą mineralną, a zakrętkę wrzucić do kosza. Wolontariuszka wytłumaczyła, że podczas koncertów niektórzy z publiczności mają zwyczaj rzucać w artystów butelkami i gdybym obecnie chciał to zrobić, część wody wylałaby się podczas lotu, sam lot wskutek utraty masy stałby się niestabilny i nawet w wypadku trafienia prawie pusta butelka nie zrobiłaby artyście krzywdy.

Wszystko było tu dla mnie nowe i tajemnicze. Pośród labiryntu namiotów, gdzie smażono kiełbaski oraz podawano napoje, snuły się tłumy wesołej młodzieży, podrygujące w takt niesłychanie ekscentrycznej muzyki. Z radością przyłączyłem się do wielotysięcznego, barwnego korowodu. Jak opisać ten tłum? Przychodzą mi na myśl opisy uroczystości na cześć burmistrza Wiednia Luegera, albo z okazji koronacji Elżbiety II. Przed moimi oczami kroczyli dumnie, ale bez żadnej ostentacji, wielbiciele starych motocykli, niczym Gurkhowie w swoich czarnych, połyskujących srebrem uniformach, dziewczęta o niewinnych twarzach przystrojone drewnianymi koralami i wieńcami stokrotek, niosące pieczywo przykryte lnianym płótnem, szczupli młodzieńcy ściskający samodzielnie wykonane bębenki i piszczałki, matki wystawiające potomstwo ponad tłum w nadziei, że nasiąknie ideałami wspólnoty i różnorodności, ściskające się kurczowo ubogie pary z prowincji, na których twarzach malowało się największe dostępne człowiekowi szczęście, inwalidzi na wózkach, bez śladu udręk kalectwa na twarzach, otyli brodacze w gigantycznych szortach przywodzący na myśl amerykańskich Południowców, starzy hippisi opromienieni resztkami blasku tej niby beztroskiej, a z biegiem lat niosącej coraz więcej nędzy i rozczarowań profesji, mężczyźni zwani potocznie „fałszywymi młodzieńcami”, chcący uszczknąć nieco powabu młodości za pomocą jaskrawych koszulek, dalej kroczyli wielbiciele prawdopodobnie mrocznej i niepokojącej muzyki o ciałach wytatuowanych w kabalistyczne wzory, za którymi szedł niemal niezauważalny powiew śmierci, rozśpiewani zwolennicy sobie tylko znanych rytuałów w ponczach podobnych do tych, jakie przywdziewają Chilijscy Mapucze, widziałem obcokrajowców, które to określenie nie jest najlepsze, ponieważ wszyscy byli tu u siebie, a więc szczupłych i jasnowłosych Anglosasów i przemykających z wielką gracją Południowców, Wietnamczyków, powtarzających swoje śpiewne „Aloha Lui, Aloha Lui”, co znaczy podobno „Bądź pozdrowiony bez względu na twój język i kolor skóry” oraz wolontariuszy z naręczami kolorowych ozdób, które wystawały im zza głów niczym barwne kity włoskich fizylierów, wreszcie zwróciłem uwagę na milczącą, ale dość liczną grupę nieznanej proweniencji – skromnie ubranych mężczyzn, kobiet i dzieci, którzy krążyli wśród tłumu z ręką położoną na piersi, co jest widomym znakiem pokoju, byli i ludzie pozbawieni złudzeń, którym życie wydawało się czymś w rodzaju zgliwiałego sera, pragnący zaczerpnąć samej tylko radości. Wreszcie dostrzegłem znajome twarze organizatorek i pewnej młodej pisarki, które wprowadziły mnie do najbardziej wewnętrznego kręgu festiwalowego wtajemniczenia. Nie minęło dużo czasu, a staliśmy się nierozłączni i wszyscy rozpoznawali nas z daleka, machając życzliwie pękami folderów i ulotek. 

Wystąpienie, które zgodnie z hasłem „Wszyscy jesteśmy inni” miało uwiarygodnić moją inność, skromnie przemilczę, chciałbym tylko wspomnieć świetną, wyjątkowo życzliwie usposobioną publiczność. Za moimi plecami, które oddzielała od estrady tylko wątła płócienna ściana, koncertował jakiś niesłychanie witalny zespół, przez co nie słyszałem głosu własnego, koleżanki prowadzącej spotkanie, ani drugiej koleżanki, która także była gościem panelu literackiego. Odzywające się od czasu do czasu oklaski tłumaczę tym, że za sprawą mowy ciała publiczność domyślała się, że powiedzieliśmy coś śmiesznego. Dzień był wyjątkowo upalny, a z obu stron oświetlały nas bardzo mocne lampy i czułem, jak siwizna rozpuszcza mi się we włosach, i białymi strużkami spływa po policzkach. Później, już jako widz, wziąłem udział w pozostałych spotkaniach poświęconych wykluczonym, imigrantom i demokracji, nawet pobieżnie wysłuchałem jakiegoś koncertu, a gdy w pełni nasyciłem się atrakcjami, zapragnąłem odpoczynku w miękkiej i czystej pościeli. Lecz oto sprężyna życzliwości, która zawiadywała nami jak niewidzialny, a potężny mechanizm, popuściła, bo kiedy chciałem udać się do oddalonego o siedem kilometrów hotelu, wolontariuszka odparła, że muszę sobie zamówić taksówkę. Pewien wesoły chłopak, chyba dziennikarz, zaoferował podwiezienie, ale okazało się, że jest pięcioro chętnych, przy czym ja jestem tym piątym i wnet moi przyjaciele pospiesznie, może w obawie, że zechcę jechać na piętach przyczepiony do zderzaka, oddalili się i wkrótce znikli mi z oczu. „Inny” przeszło mi przez myśl. Ale wkrótce uśmiechnąłem się z powodu nieoczekiwanie objawionej zaradności. „Wymienię kupony festiwalowe, a uzyskane w ten sposób pieniądze zainwestuję w taksówkę”. Niestety, pani w okienku powiedziała, że kupony można wymienić za trzy dni, ale nie wcześniej, więc zaprasza za trzy dni. Chwilowo zdenerwowany tym obrotem spraw wcisnąłem kupony przechodzącemu nieopodal młodemu pisarzowi, który właśnie rozkręcał się zabawowo i wróciłem do hotelu, gdzie przed wejściem spotkałem moich przyjaciół. Resztę wieczoru spędziliśmy przy ploteczkach i wesołych wspominkach.

Nazajutrz zszedłem na śniadanie, pańskim wzrokiem wodząc po restauracji hotelowej, po czym rekompensując sobie różne niechciane wydatki, wypiłem z miejsca trzy szklanki soku i nałożyłem sobie twarożku za dwóch. Nie wiem, czy to chodziło o ów twarożek, w każdym razie los wkrótce znów mnie ukarał. Tymczasem wyjechałem z hotelu około dziesiątej, aby przez parę godzin, jakie zostały do odjazdu, zwiedzić tę część miasta, która jest blisko dworca. Wstąpiłem do sklepu numizmatycznego i zapytałem, czy są w Katowicach antykwariaty. "”Oj, to będzie trudno, raczej nie ma – odparł właściciel – niedaleko jest ulica, gdzie sprzedają książki bukiniści”. Bukiniści nie mieli nic interesującego, ale powiedzieli, że niedaleko są dwa antykwariaty, a dalej jeszcze jeden i wkrótce udałem się do pierwszego, gdzie kupiłem różne skarby. Potem chodziłem po okolicy i podziwiałem architekturę Katowic oraz wspaniały plac, który przecinała linia tramwajowa, i gdzie stały stoliki szachowe. 

Gdy przyszedł czas, sięgnąłem do kieszeni, aby sprawdzić, czy nie pomyliłem się co do godziny odjazdu. Bilety trzymałem w specjalnej kieszonce z tyłu spodni. Ale biletów już nie było. Z początku wydawało mi się to niewiarygodne, przecież niedawno zgubiłem bilety i w ten sposób spłaciłem daninę za zbyt pazerne wypełnienie ankiety „koszty podróży”. Dalej więc zaczałem wywalać z torby wszystkie ulotki festiwalowe, książki, notesiki, dokumenty, pomięte koszule, śmiecie, słone ciasteczka i telefony, a kieszonek zapinanych, z zatrzaskami i na zamek było milion, lecz bilet definitywnie zniknął. Zacząłem półsłówkami, taki byłem wzburzony, kląć i urągać Bogu, losowi, sobie, śmiać się, powtarzać „nie no, to już chyba niemożliwe” i tym podobne. Podejrzewałem się o aberracje umysłowe, a zwłaszcza o chorobliwe zmiany lub niedowład tych części mózgu, które odpowiadają za przechowywanie rzeczy. Nie trzeba chyba dodawać, że wcześniejsza buta, jeszcze sprzed wyjazdu na OFF Festival i pewność we własne siły zupełnie mnie opuściły. Byłem obecnie pożałowania godnym, nieszczęśliwym mężczyzną, jak żebrak przycupniętym na przygodnym schodku, pośród żaru bijącego z nieba. Ale jak to bywa u natur z przyrodzenia silnych i nawykłych do borykania się z przeciwnościami, objawy paraliżu woli zaczęły ustępować. Choć dotąd wyśmiewałem ludzi, którzy próbują zaklinać rzeczywistość, znalazłem poręczne wyjaśnienie moich klęsk i niepowodzeń, które brzmiało mniej więcej tak:

„Poprzez zgubienie biletów najpierw w obie strony, a później powrotnego oraz nieudaną wymianę kuponów festiwalowych, nasz świat widzialny objawił mi dziedzinę tego, co jedni nazywają Nieznanym, a inni Niepojętym. Choć odbyło się to w bolesny i denerwujący, a przede wszystkim kosztowny sposób, mało kto ma możność tak jawnie zajrzeć za zasłonę rzeczywistości. Widocznie coś pruje się gdzieniegdzie i przedmioty w cudowny sposób umykają. Za pomocą enigmatycznych znaków Najwyższy być może próbuje wtajemniczyć mnie w swoje arkana lub powiedzieć, abym się nie lękał, bo istnieje niedosiężna rzeczywistość, która w stosownym czasie będzie mi objawiona”. Raz to sobie wytłumaczywszy, przechadzałem się ulicami Katowic z uśmiechem chyba dość wymownym, bo przechodnie popatrywali na mnie ciekawie, jakby chcąc powiedzieć „Ten wygląda, jakby był wtajemniczony. Musiał wiele wycierpieć, na co wskazuje charakterystyczne napięcie muskułów twarzy, ale jego oczy są łagodne i nie pozbawione cech szczególnej mądrości". Odtąd los ugłaskany licznymi daninami był mi przychylny, dostałem nawet miejsce siedzące w pociągu, który odjeżdżał za dwie minuty. Już więcej nie zaznałem żadnych przygód i po czterech z okładem godzinach jazdy mogłem odpocząć w swoim przytulnym mieszkaniu.