Jeszcze 2 minuty czytania

Maciej Sieńczyk

MÓJ KĄCIK: Wieszadełko

Maciej Sieńczyk

Maciej Sieńczyk

Małe mieszkanko, charakter i światopogląd czynią mnie człowiekiem prowincjonalnym, prócz tego byłem molestowany, co prawda przez samego siebie

Ponieważ wokół tyle się dzieje złego, miłą odskocznią niech będzie niniejsze wspomnienie, które niczym chłodny kompres na piersi ukoi lęk przed nieustannymi gwałtami i zamachami. Zresztą, co tu mówić o zagrożeniach z zewnątrz, kiedy nie umiemy się skonsolidować i wytracamy siły na niepotrzebne sprzeczki. Mało kto ma tyle przyzwoitości i woli, aby interweniować, gdy dzieje się niesprawiedliwość, idea poświęcenia na rzecz drugiego człowieka umarła prawie zupełnie. Ostatnio widziałem ma ulicy dwóch osiłków tarmoszących kobietę pośród obojętnych przechodniów. W mgnieniu oka oceniłem, że dysproporcja sił jest zbyt duża i jedyne, co mogę zrobić, to stanąć przed nimi z rozpiętym rozporkiem, obnażony, odwracając uwagę bandziorów od ofiary, która mogłaby to wykorzystać i uciec. Na szczęście straszliwa trójka zgodnie oddaliła się. Tak więc w poczuciu rezygnacji i wzbraniając dostępu uczuciom, których wysłowienie postawiłoby mnie w niekorzystnym świetle, zdecydowałem się napisać felieton „Wieszadełko”. Tytuł nawiązuje do pewnej książki, która opisuje patologię rodzinną w prowincjonalnym miasteczku. Małe mieszkanko, charakter i światopogląd czynią mnie człowiekiem prowincjonalnym, prócz tego byłem molestowany, co prawda przez samego siebie. Swego rodzaju zło, jakie działo się w moim domu, miało miejsce za milczącą zgodą domowników, przy czym jako mieszkający samotnie byłem jedynym dysponentem ewentualnych zakazów i przyzwoleń.

Pewnego razu, idąc ulicą, zobaczyłem drobny przedmiot i bezwiednie podniosłem go z ziemi. Była to gumka, jakby od majtek, służąca zapewne do spinania czegoś. Byłbym o tym zapomniał, ale kilka dni później zobaczyłem, że Wieszadełko, bo tak nazwałem tę rzecz, leży cicho pod zlewem obok kubła na śmiecie. Ludzie przy tuszy bywają ubodzy, weseli skrywają smutek, a milczący mają najwięcej do powiedzenia, więc z miejsca powziąłem sympatię do Wieszadełka. Pomyślałem „Skoro czuje się u mnie dobrze, zostawię je w spokoju”.

Przymierze z drobnymi przedmiotami, z początku dla żartu i jako dziecinna zabawa, wywodzi się z intymnych rytuałów magicznych. Na przykład przejechałem ostatnio ręką po głowie i pomyślałem: „Jeśli znajdę na dłoni chociaż jeden włos, to kiedyś umrę, a jeśli nie znajdę, to nie umrę”. I tak się stało, że nie znalazłem żadnego. Każda dobra wiadomość onieśmiela mnie i wytłumaczyłem to następująco: „Być może zaplątał się jakiś włosek, lecz spadł niezauważenie lub był tak cienki i siwy, że go nie dostrzegłem”. Swoją drogą, lęk przed sukcesem może nieraz nawet bardzo zdolną osobę przywieść do życiowej klęski. Aby się przekonać, czy nie boimy się sukcesu, trzeba z bliska wrzucić kamień do kosza. Jeżeli chybimy, jest to nieomylny znak, że organizm uzależnił się od niepowodzenia, które, choć niesie spokój i bezpieczeństwo, jest w istocie niebezpiecznym narkotykiem. Dlatego tak wiele zależy od właściwego wychowania. Widziałem kiedyś, jak matka budowała babki z piasku i pozwalała, aby je dziecko niszczyło. Następnie pogodnie i bez żadnego zniecierpliwienia stawiała nowe. W ten sposób chciała przyuczyć malucha, że nic nie ma sensu, tym bardziej babki z piasku, a więc nie warto przejmować się drobiazgami. „Porozumienie” z przedmiotem, a nieraz czułe przemawianie do rzeczy martwych ma długą i piękną tradycję. Napoleon w okresie przymusowego odosobnienia podobno rozmawiał z cukiernicą, tytułując ją nie inaczej, jak pani Walewska, ponieważ słodycz jednej kojarzyła mu się ze słodyczą drugiej. De Las Cases, autor „Memoriału ze Świętej Heleny” wspomina, że zza zamkniętych drzwi cesarza dobiegały śmiechy, odgłosy kłótni i połajanek. Takie związki są dość powszechne i dziś, szczególnie wśród osób starszych, które chętnie tulą do piersi haftowane poduszki i pudełeczka z wymalowanymi różami.

rys. Maciej Sieńczykrys. Maciej Sieńczyk

Przemawiałem więc do Wieszadełka, ale ono milczało, dziwnie pokwaśniałe, można powiedzieć zaciskało usta. Wkrótce się miałem przekonać, że drażnią je moje umizgi, a im bliższa jest nasza więź, tym bardziej hardzieje. Pewnego dnia wszedłem z zakupami i z miejsca zapełniłem kuchnię wesołym szczebiotem. Tonem żartobliwego usprawiedliwienia napomknąłem, że dziś obiad będzie nieco skromniejszy, bo pieniędzy jest mniej, a właściwie nie ma ich wcale. „Szkoda, że jestem niezamożny – powiedziałem – bo kupiłbym sobie parę drobiazgów, na które obecnie mnie nie stać. My biedacy powinniśmy się trzymać razem”. Wieszadełko jakby bacznie słuchało, więc dodałem: „Najlepiej, gdyby mój ojciec, którego mam za umarłego, odnalazł się za granicą i u kresu życia postanowił wynagrodzić mi swoją nieobecność. Wybaczyłbym mu młodzieńczy postępek, tym bardziej nie zrobiłaby na mnie wrażenia skrucha, ale zdjąłbym część wyrzutów sumienia z jego barków, przyjmując połowę majątku”. Jakież było moje zdziwienie, gdy Wieszadełko powiedziało lub wydawało mi się, że powiedziało: „Nie zawracaj mi głowy, widzisz przecież, że leżę tu, zadumane. Zbyt długo znosiłem poniewierkę, żeby teraz wysłuchiwać twoich płaczliwych wyznań. Jesteś próżniakiem, który przetracił połowę życia, leżąc na łóżku. Można i tak. Ale miej przynajmniej na tyle godności, by milczeć. Bywałem już w domach, gdzie mniej się użalano nad sobą, przeciwnie, otaczali mnie ludzie dzielni i zaradni. Weźże się do roboty i przestań zajmować się takimi kwestiami jak kolekcjonowanie śmieci oraz łodzie podziemne. Niektórzy w twoim wieku dopiero zaczynali, na przykład sławna malarka ludowa Grandma Moses. A teraz idź, dość już napsułeś mi krwi”. Tak mówiło Wieszadełko, do niedawna skromne i ciche. Rzeczywiście, od maleńkości pasjonują mnie pojazdy, którymi można podróżować pod ziemią, tak zwane łodzie podziemne, i właściwie nie mam z kim o tym porozmawiać. Dawni znajomi powyjeżdżali lub pozakładali rodziny, a nowi są zbyt poważni i szanowani, by rozstrzygać podobne kwestie. Wspomnę tylko, i niech to będzie dla niektórych zawstydzające, że wyjątkiem jest mój wydawca Paweł Dunin Wąsowicz, który zawsze znajdzie czas, aby wpaść i zamienić bodaj kilka słów na temat żeglugi podziemnej.

Słowa Wieszadełka sprawiły mi przykrość. Pierwszą myślą było, że nie warto zadzierać z kimś, kto jest wprawdzie drobny, ale zbity i nieustraszony. Tak zwykle bywa z małymi, podnoszą hantle i robią pompki, a ci więksi żyją pamięcią dawnych triumfów. Ale zaraz przyszło zastanowienie: „Jak mogę dać się sterroryzować głupiemu Wieszadełku? Wkrótce zupełnie stracę umiejętność egzekwowania swoich praw i szacunek do siebie. Niektórzy biorą łagodne usposobienie i brak inicjatywy za słabość do czasu, aż miarka się przebierze i potem nienawidzą swoich dobroczyńców”. Ująłem Wieszadełko w dwa palce i wyrzuciłem przez okno. W ten sposób zakończyła się moja znajomość z dumnym, a na dłuższą metę głupim Wieszadełkiem.

Mimo wszystkich zaszłości zachowałem je w pamięci, jak wspomina się dawne uniesienia. Z początku niepozbawione uroku, potem coraz bardziej wyemancypowane, a na koniec bezczelne Wieszadełko było na swój sposób mądre i to nie w sensie sprytu, który przypisujemy ludowi. Niektóre jego wypowiedzi świadczyły o zmyśle krytycznym, umiejętności obserwacji i formułowania trafnych wniosków. Niestety, swoje zdolności zaprzęgło do realizacji złych celów. Teraz myślę, że jest więcej takich Wieszadełek, które czyhają na osoby z deficytem bliskości i gdy ktoś podniesie je z ziemi, nieomylnie wyczuwają miękkość serca, jak kleszcz dwutlenek węgla. Decydując się na związek z drugą osobą, trzeba rozważyć koszty tego przedsięwzięcia. Na przykład wiadomo, że piękni i pewni siebie mężczyźni nie zawsze są najlepszymi partnerami. Mądra dziewczyna chętniej szuka kogoś o miernej powierzchowności, niskim libido i niezbyt szerokich horyzontach. Świadomość, że nie stać go na lepszą partnerkę, trzyma brzydala na wodzy i po latach można z czystym sumieniem powiedzieć „był dobrym człowiekiem”. Tak samo wybór ukochanych przedmiotów powinien być zawsze na naszą miarę.

Po rozstaniu z Wieszadełkiem poczułem się swobodniejszy i zobaczyłem świat w jasnych barwach. Obecnie to, co dawniej odczytywałem jako strukturalną niemożność, wydaje się proste. Daję się prowadzić za rękę Naturze i nawet małe udręki w delikatny sposób posuwają sprawy ku lepszemu. Mam na przykład zepsuty czajnik, dlatego gotuję wodę na herbatę w wielkim garze. Podczas zlewania wrzątku do szklanki liczne gorące kropelki parzą mi nogi i podbrzusze, pobudzając ukrwienie. Liczne ukłucia podczas zabawy z kotem dają podobny efekt co akupunktura lub chłostanie rózgami. Pozwalam wreszcie, aby na dnie brudnych naczyń w zlewie, pod którym niedawno tak niepodzielnie królowało Wieszadełko, pozostało nieco jedzenia. W ten sposób naczynia nie zasychają i łatwiej je wyszorować.