Jeszcze 2 minuty czytania

Maciej Sieńczyk

MÓJ KĄCIK: Jak powstaje dzieło sztuki?

Maciej Sieńczyk

Maciej Sieńczyk

Malowanie obrazu jest bardzo podobne do reperowania butów. Rzecz polega na nieustannym naprawianiu spartolonej roboty

Nieliczni, którzy zajmują się sztuką, twierdzą, że nadaje życiu sens, a pozostali, którzy ich utrzymują, milczą, i nie wiadomo, jaka jest prawda. Być może ubogim wystarczy śpiew słowika, zamożny potrzebuje bardziej złożonego instrumentarium. Niedawno coś mnie tknęło, żeby namalować melancholijny i zagadkowy pejzaż, którego ideą będzie, że nic nie jest pewne i wszystko przesypuje się przez palce jak proso. Przygotowałem pigmenty własnej roboty z zaschniętych szkolnych akwarel, roztłuczonych i przesianych przez płótno. Tym samym zyskałem dość pewny pomost między niewinnością, która przeminęła, a czasami obecnymi. Namalowałem szopę pośród pól, ale szopa wydała się niewystarczająca, więc dodałem cysternę i łąkowy spryskiwacz, a wokół małe jeziorka. Na koniec odłożyłem pędzle i zatarłem ręce z zadowoleniem.

Obraz

W moim domu od kilku dni lata muszka owocowa z rodzaju fructionis. Pozwalam jej na to i nie wyganiam, bo trudno by jej było zaaklimatyzować się w nowym miejscu. Niełatwo też odpędzić uporczywą myśl, która dotąd nas gnębi, aż jej zadośćuczynimy. Zdjąłem obraz z szafy, bo to on był przyczyną niepokoju, i przyjrzałem mu się uważnie. Niewątpliwie czegoś tu brakowało. „Wchodząc do zimnego przedpokoju, czujemy się lepiej, gdy na ziemi leży bawełniany chodniczek – pomyślałem – tak samo tutaj przyda się więcej zieleni”. I obwiodłem jeziora krzakami. Potem domalowałem dwóch przyjaciół, jednego stojącego tyłem, a drugiego przodem. Widziałem raz na ulicy przechodnia i nie byłem pewien, czy idzie w moją stronę, czy w przeciwną. Natchnęło mnie to myślą, że jeśli twarz nie wyjdzie, zasłonię ją włosami i przerobię na stojącego tyłem. Na szczęście do tego nie doszło, ale jedna postać okazała się nieproporcjonalnie duża, więc zatytułowałem obraz „Ojciec z synem”. Nogi ojca, również zbyt długie, przykryłem wachlarzowato rozpostartymi liśćmi trzcin lub eukaliptusa, co przydało całości egzotycznego uroku. Gdyby nie tytuł, można by pomyśleć, że to plantatorzy na posesji w Ameryce Południowej. Wiele mnie te poprawki kosztowały zachodu, ale miarą uczucia i zaangażowania nie są błahe zapewnienia, tylko zdolność do poświęceń, wyrażająca się nieraz w sposób bardzo pomysłowy. Pewien wdowiec czuwał przy zasypiającym dziecku, trzymając je za rękę. Gdy nie miał czasu, przez kraty łóżeczka podawał gumową rękawicę wypełnioną ciepłą wodą i chłopiec zasypiał przekonany, że trzyma rękę ojca.

Obraz

Dostałem niedawno nowe buty, ale skoczyłem na wąski murek i z buta odpadł obcas. W domu przykleiłem ów obcas tak niestarannie, że pozostała szczelina, którą zaszpachlowałem specjalnym kitem. Następnie oderwałem drugi obcas i także solidnie go przykleiłem. Pod wpływem tych manipulacji z butów wyszły gwoździe, więc musiałem nieco postukać młotkiem. Następnie wypastowałem buty, ale czy to pasta była stara, czy nieodpowiednia, pozostały na skórze gruzłowate zacieki, które musiałem zetrzeć twardą mokrą szczotką. Po tych zabiegach buty ściemniały i jasne sznurówki przestały pasować. Skłoniło mnie to do refleksji, że malowanie obrazu jest bardzo podobne do reperowania butów i rzecz polega na nieustannym naprawianiu spartolonej roboty. Popatrywałem na moje dzieło z rosnącym niepokojem, jak się ogląda w lustrze podejrzany pieprzyk, bo z dnia na dzień wydawało mi się gorsze. W poczuciu, że nici prowadzące do doskonałości wyślizgują mi się z rąk, dorobiłem trochę betonowych kloców, żeby całość była bardziej w duchu mojego pokolenia. Prócz tego zamalowałem ojca. „Będzie to metafora chłopca – pomyślałem – wychowującego się bez ojca”. Ale gdy stary zniknął, tytuł obrazu „Ojciec z synem” stracił sens i zmieniłem go na „Samotny mężczyzna”. „Każdy jest w pewnym sensie samotny – pomyślałem – a ci, którzy samotni nie są, z biegiem lat chcieliby takimi zostać, więc tytuł jest dobry”.

Obraz

Tak oto w niecałe pół roku od pierwszego szkicu obrazek był kompletnie zasmarowany i być może do wyrzucenia. Bynajmniej się tym nie przejmowałem, ponieważ swoją karierę zaplanowałem jako ekstensywną. Niektórzy pamiętają rozróżnienie na kapitalistyczne rolnictwo intensywne, czyli uprawy małych areałów, z obfitym nawożeniem i mechanizacją, oraz radzieckie ekstensywne, gdzie wielkie i naturalnie żyzne pola nie wymagały intensyfikacji metod. Podobnie ja, dysponując potencjałem możliwości i czasu, bo z góry nastawiłem się na sławę po śmierci, pozwalałem sobie na rozrzutność. Prawie pogodziłem się z faktem, że to, co miało być dziełem sztuki, okazało się partaniną. „Rozumiem niechęć natury do arcydzieł niezrodzonych z jej łona – myślałem – ale praca nad tym obrazem przypomina rozprostowywanie zgiętych nóg umarłego”. Nagle zaczęły mi przeszkadzać krzaki jako zbyt wyeksponowane w stosunku do chucherkowatego facecika. Poza tym ktoś mógłby odczytać je jako symbol witalności, niczym chłopskie tańce na holenderskich obrazach. I przemalowałem krzaki na pagórki.

Obraz

Tak bywa, gdy artysta dokłada za wiele starań, aby wszyscy go podziwiali, zamiast z pokorą obserwować to, co go otacza, potem zrobić mały szkic, wreszcie drugi, ale nigdy z intencją, że ktoś się będzie zachwycał. Pod wpływem niejasnych dążeń i braku zaangażowania powstał obraz nijaki, ale dobrze oddający ducha obecnych czasów i nas samych. Widać dzieło sztuki może powstać nawet w atmosferze zniechęcenia i obojętności. Czy byłem zadowolony? Czego chcieć więcej! W wieku dobrze już po czterdziestce umiałem wykrzesać tyle siły, aby namalować obrazek. A że późne dzieci nie zawsze mają dużo animuszu, to naturalne. Andersen kilkanaście lat po sukcesie „Królowej Śniegu” napisał opowiadanie „Dziewica Lodów”, które nie dorównało tamtemu ani artystycznie, ani pod względem popularności. Mimochodem udało mi się wypracować nową metodę pracy, gdzie realizację określa nie namysł i szczegółowy plan, ale poprawianie niedoróbek, które swym zasięgiem określają dalsze czynności.

Obraz „Samotny mężczyzna” stał się znany w kręgu znajomych i bliskiej rodziny, bo wiara w powodzenie jest gwarantem zdobycia serc choćby szczupłej publiczności. Mimowolnie zerkając, czy tu i ówdzie nie pojawia się jakaś zaródź sławy, powtarzam „Cierpliwości, za sto lat sława zapuka do twojego ogródka. Niektóre rzeczy muszą się odleżeć, aby przyszłe pokolenia zebrały owoce nasion złożonych wiele lat wcześniej”. I przypomina mi się anegdota o królu Stasiu, który tak lubił piwo, że kazał zastawę stołową włożyć do beczki napełnionej piwem i zamknąć w szopie, gdzie miała stać trzydzieści lat po jego śmierci. Wierzył, że naczynia na trwałe przesiąkną specyficznym zapachem. Podobno zachowała się filiżanka z tej legendarnej zastawy, która rozsiewa jeszcze delikatny chmielowy aromat.