Jeszcze 2 minuty czytania

Maciej Sieńczyk

MÓJ KĄCIK: W kręgu małych radości

Maciej Sieńczyk

Maciej Sieńczyk

Ktoś powie, że pykanie w uszach lub nosie to nędzna przygoda i w żadnym razie nie może być wskazówką lub pocieszeniem dla tych, którzy utracili pogodę ducha. Nie zaprzeczam

Spojrzałem w lustro i nie potrafiłem się nie zdziwić: półotwarte usta i umęczona twarz, którą okalały niczym chusta długie zaniedbane włosy, upodobniły mnie do Matki Teresy. Chyba słuszna jest opinia, że niektórzy zużywają się szybciej, zwłaszcza ci, o których mówi się „ulubieńcy bogów”. Brzmi to romantycznie, ale wyjaśnienie jest całkiem zwyczajne. Za sprawą kaprysu natury niektóre organizmy odznaczają się nadprodukcją hormonów, a więc soki niosące życiodajne związki cyrkulują szybciej, mózg dostaje więcej witamin, tlenu i minerałów. Ale tam, gdzie substancje odżywcze płyną wartkim nurtem, także i komórki zdegenerowane mają lepsze warunki rozwoju. Poza tym wapń osadza się w żyłach i nerkach gęściej, a wrodzona energia ściąga na tych ludzi całkiem realne, fizyczne niebezpieczeństwo. O ile nie dbają o higienę, nadpobudliwych łatwo rozpoznać po zębach, bo szybciej zarastają kamieniem, a bakterie mają w ich ustach istne eldorado (w języku dentystów tzw. cyrk próchniczy). Na marginesie dam ciekawą poradę właścicielom zwierząt, otóż zmieniając psu lub kotu wodę, starej nie wylewamy do zlewu, lecz wykorzystujemy do podlania kwiatków, ponieważ bakterie z pyszczka znakomicie pełnią funkcję nawozu. Swoją drogą, z dobrodziejstw, jakie nam podsuwa codzienność, trzeba korzystać oględnie. Nie pozwalajmy dzieciom kończyć niedojedzonych posiłków po ukochanych dziadziusiach, którym zdaje się, że robią w ten sposób przysługę. Zawiesina bakterii, która nadaje się do podlewania kwiatów, już niekoniecznie służy zdrowiu malucha.

Tak czy owak czułem się dość niedołężnie. Ale rozwiązanie wielu problemów jest w zasięgu ręki, bo nie całkiem oddaliliśmy się jeszcze od natury i jak zraniony pies lub kot możemy wylizać ranę, która pod wpływem dobroczynnych substancji szybko się zagoi. Postanowiłem jadać potrawy kwaśne, bo te rozrzedzają krew i dają sercu ulgę, a w dalszej perspektywie szukać wszędzie małych radości, i przejawów życia. Z początku było mi trudno. Na przykład okazało się, że lada chwila mają przyjechać z daleka ludzie po odbiór rysunków na wystawę i pomyślałem, że zechcą się napić herbaty, a nawet skorzystać z toalety. Rzuciłem się do sprzątania łazienki, a zwłaszcza szorowania kibla. Zabrzmiał dzwonek, ludzie, o których mowa zabrali prace i nawet nie rzuciwszy okiem na kibel, pożegnali się, a ja zostałem samotny i rozgoryczony. Poza tym znajoma, której specjalnością jest przedstawiać wszystko w czarnych barwach, powiedziała, że jej mąż jest chory i bardzo się martwi. Mogłem tylko powiedzieć „Zawsze się czymś martwiłaś, więc jesteś przyzwyczajona. Gorzej mają ci, co nie zwykli się martwić i spotkał ich niespodziewany cios”. Ona na to, że poprzednie zmartwienia nie były tak dużego kalibru jak obecne. „Jeśli cię to pocieszy – odparłem – pomyśl, że obecne zmartwienia są niczym w porównaniu z tymi, jakie cię jeszcze czekają”. Następnie odrzuciwszy precz wszystkie troski, zacząłem szukać radości i przygód, które mogłyby w znaczący sposób polepszyć jakość mojego życia.

zdjecie 1*zdjęcie nr 1*

Wskutek wypadku, jaki przydarzył mi się parę lat temu, mam uszkodzoną przegrodę nosową. Gdy się ją z boku naciśnie, wydaje miękki delikatny odgłos podobny do uderzenia drewnianej pałeczki o stół. Obecnie umiem to wyzyskać i przed zaśnięciem lekko uciskam nos, wsłuchując się w delikatne pykanie, aż zmorzy mnie sen. Podobnie, gdy odpowiednio napnie się mięśnie głowy, głęboko w uszach słychać delikatne pyknięcie. Nie wiem, czy jest to doświadczenie powszechne, być może wiele osób „pyka uszami”, a tylko się o tym nie mówi. Ktoś powie, że pykanie w uszach lub nosie to nędzna przygoda i w żadnym razie nie może być wskazówką lub pocieszeniem dla tych, którzy utracili pogodę ducha. Nie zaprzeczam i chcę jedynie smutnych i opuszczonych zaznajamiać z urokami życia powoli, aby im radość nie uderzyła do głowy jak szampan. Jest to także wstęp do dalszych przygód.

Zdjęcie 2*Zdjęcie 2*

Pod wpływem nowego nastawienia miałem znakomity apetyt. Szacuję, że tylko jednego dnia zużywałem około kilograma ziemniaków, pół kilo kiszonej kapusty i sześć jaj. Poszedłem więc do Biedronki, aby uzupełnić zapasy, a przy okazji kupić białą herbatę. Herbata klasyczna, czarna, jest bardziej pożywna i treściwa, niczym rosół z kury, herbata zielona jest jałowa, ale przez to zdrowsza, bo nie zawiera kardamonu, i innych przetworzonych naleciałości, wreszcie herbata biała ma wszystkie zalety herbaty zielonej, lecz podniesione do potęgi.

Stanąłem w kolejce za mężczyzną, który ciągnął za sobą dość gęsto upleciony warkocz smrodu. Po krótkim wahaniu uznałem, że nie mogę go za to winić. Być może zasiedział się w życiu rodzinnym i przez to zaniedbał, poza tym zbyt świeżo miałem w pamięci załzawione oczy tych dziewcząt, które po pobieżnym zaledwie pożegnaniu opuszczały moje mieszkanie, przyciskając chusteczkę do ust. Rozstrzygnąwszy wątpliwości na korzyść nieznajomego, zobaczyłem, że jakaś kobieta schowała wódkę za pazuchę. Pomyślałem, że mógłbym podejść do niej ze słowami „Widziałem, jak przed chwilą ukradła pani wódkę. Nie doniosę ochronie pod warunkiem, że zdobędzie pani dla mnie plakat oświatowy z czasów PRL, wie pani taki, jakie kiedyś wisiały w przychodniach”. Następnie wręczyłbym kartkę z adresem i poleceniem, aby w przeciągu miesiąca przesłała plakat. Wyobrażałem sobie, jak w stanie wielkiego pomieszania wraca do domu z wódką za pazuchą, i śmiałem się, rozważając ten niezwykle udany koncept.

Potencjał atrakcyjności śmierdzącego mężczyzny w sklepie lub tego, że ktoś ukradł wódkę, jest w dalszym ciągu niewielki, bez względu na to, jak zabawne myśli nam wówczas towarzyszą. Tym ciekawsza będzie ostatnia z przygód, jakie spotkały mnie w pogoni za małymi radościami.

Zdjęcie 3*Zdjęcie 3*

Niektórzy po wejściu do mojego mieszkania czują zapach świeżo parzonej kawy, ale nie piję kawy i wytłumaczenie jest inne. Znalazłem na śmietniku stary maszynopis, który wydawał się interesujący, ale zarazem strasznie zawilgły i być może zagrzybiony, na co wskazywały czarne plamy i charakterystyczny zapach. Podobno grzyb może być niebezpieczny dla płuc, więc wsadziłem maszynopis do piekarnika, po czym oddałem się czynnościom niezwiązanym z maszynopisem. Po godzinie poczułem swąd i kiedy otworzyłem piekarnik, z wnętrza buchnął dym. Maszynopis zamienił się w kupę zwęglonych kartek, które wsadziłem pod kran i wyrzuciłem do śmieci. Następnie otworzyłem lufcik i balkon. Byłbym o tym zapomniał, gdy nagle usłyszałem syrenę, po czym dwa wozy strażackie stanęły przed bramą mojego domu. Po jej otwarciu na podwórko wbiegli strażacy. Oglądając tę scenę, zastanawiałem się, który to z sąsiadów upił się i zaprószył ogień. Strażacy wbiegli do mojej klatki, gdzie wkrótce rozbrzmiał tupot ich ciężkich butów. Tknięty przeczuciem zacząłem się zastanawiać, czy nie ma to przypadkiem czegoś wspólnego ze mną, i w tej chwili usłyszałem walenie do drzwi. Okazało się, że sąsiadka poczuwszy swąd spalenizny, który przez otwarty lufcik powędrował wprost do jej nozdrzy, wszczęła alarm. Stałem więc w drzwiach, podając swoje dane, które strażak notował w notesiku, podczas gdy inny zapytał tego, co notował: „Od razu otworzył?” – mając na myśli mnie. Słowa te do dziś są dla mnie zagadką. Słyszałem, jak trzeci strażak przez krótkofalówkę rozmawia z centralą: „Facet mówi, że zapaliły mu się papiery w piekarniku. Nie wiem, dlaczego trzyma papiery w piekarniku!”. W ten sposób stary maszynopis stał się przyczyną zaangażowania olbrzymich środków i uruchomił lawinę, która zatrzymała się dopiero u moich stóp. A smog, przed którym bronię się, nie otwierając okien, kominem wejść musiał.

Z tej ostatniej przygody już dość jasno wynika, że nigdy nie wiadomo, kiedy wydarzy się coś ciekawego. Wyobrażam sobie, że wielu odzyskało dobry humor i wiarę w powodzenie, niczym najbardziej niedołężny w przedszkolu grubasek, który nagle przywdziewa płaszcz z bibułki i paraduje bez żadnego wstydu. Do czasu, nim rumieńce zgasną, a przypływ witalności zelżeje, z pewnością wydarzy się coś, co znów wywoła nasz uśmiech, wystarczy czekać i rozglądać się dookoła.

*Osoby czujące się nieszczęśliwe i wyobcowane chętnie otaczają się przytulnymi drobiazgami. Tu: gumowe potworki z targu pełniące funkcję „wypełniaczy” w życiu osób z deficytem bliskości.