Jeszcze 2 minuty czytania

Klara Cykorz

GADANIE:
Coś się kończy, coś się zaczyna

Klara Cykorz

Klara Cykorz

Serial telewizyjny ma uwodzenie wpisane w samą zasadę kontynuowania opowieści, ale seriale oglądane długo nabierają parazwiązkowego ciężaru. Nie chciałam się rozstać z „Amerykanami”

Przez całą wiosnę tydzień rozpoczynał się dla mnie w czwartkowe wieczory „Amerykanami”, w popielato-sinym Waszyngtonie lat 80., w szóstym sezonie bez słońca, świecie długich i brzydkich jesieni oraz długich i brzydkich zim. W poniedziałki z samego rana oglądałam „Killing Eve”, serial też raczej zachmurzony, chociaż namiętny. Piękni ludzie rozgrywali swoje dramaty szpiegowskie, to jest miłosne, w płaszczach i włochatych czapach. Poza telewizorem, oczywiście, zima przeszła brutalnie w lato.

Erotyczny rdzeń frywolnej (przygodowej, fantastycznej) odmiany thrillera szpiegowskiego nie jest tajemnicą. Ale Ludwik Dorn w swoim słynnym eseju o Johnie Le Carré „Szpiedzy: zagrzybiałe, niepotrzebne dzieci” znajduje miłosny ciężar w samym sercu szpiegowskiej powieści realistycznej: ostatnim przyczółkiem etyki w świecie szpiegów Le Carrégo ma być oddzielenie organizacji od ukochanych (stąd tragedia „Drukarza, krawca...”). W „Amerykanach” (pozwolę sobie uprościć inteligentny filmoznawczo, ale nieporęczny polski tytuł, „Zawód: Amerykanin”) ta opozycja zostaje zniesiona w punkcie wyjścia: rodzina jest przykrywką działalności wywiadowczej. Małżeństwo Elizabeth i Philipa (mniejsza o rosyjskie imiona) zostało zaaranżowane przez KGB; kiedy ich poznajemy, mieszkają od lat na przedmieściach Waszyngtonu, wychowując dwójkę swoich amerykańskich, nieświadomych niczego dzieci. Instytucja została wpisana w ciała, splotła nitki DNA. Aż chciałoby się powiedzieć, że nie ma granicy między wywiadem a rodziną, ale serial wymyka się takim podsumowaniom. Ta granica istnieje; nieuchwytna, chociaż bolesna, renegocjowana z każdym odcinkiem w mozole rodzinnej psychodramy.

Szpiegostwo jako stan egzystencjalny rozciąga się tutaj na związki wszelkiego rodzaju; dla podsłuchów i planów, czasami ostatecznie skromnych strzępów informacji Elizabeth i Philip rozwijają sieć nierzadko wieloletnich zażyłości. W śmiesznych perukach i paskudnych okularach, prowadzą fragmenty równoległych życiorysów, przedziwne relacje (z wyobcowaną nastolatką, serdeczną koreańską imigrantką, kobietą umierającą na raka) i miłości (w jednym z najbardziej druzgoczących emocjonalnie wątków Philip żeni się z zahukaną sekretarką z FBI). Nie są one tak różne od ich codzinnego życia, tej przykrywki numer jeden: problemów z dorastającymi dziećmi i przyjaźni z agentem FBI, który w pierwszym odcinku wprowadza się do domu naprzeciwko i spędza kolejne sześć lat jako bliska osoba i tykająca bomba w jednym. W końcu samo małżeństwo bohaterów to fikcja, z której wykluwa się prawda: zaczynem akcji jest próba zbudowania związku na doświadczeniu dwudziestu lat przymusu i milczenia, ale też wspólnej tajemnicy i morderczej pracy. Także jako widzowie ulegamy filmowej iluzji tylko po to, by iluzja okazała się rzeczywistością: aktorzy grający główne role, Keri Russell i Matthew Rhys, poznali się i związali ze sobą na planie „Amerykanów”, wychowują dziś razem dziecko. Wczesne odcinki serialu są zatem zapisem podwojonego zakochiwania, tożsamość aktorów ulega zapętleniu. W końcu Elizabeth i Philip są także, i może przede wszystkim, aktorami. W perukach i bez, mówią prawdę za pomocą fikcji; cieleśnie ożywiają kłamstwa.

Ich moralny status pozostaje zagadką. Dwadzieścia lat po premierze „Rodziny Soprano” sympatyzowanie z gangsterską męskością wydaje się przy „Amerykanach” łatwizną; przynajmniej wiadomo, co to za fantazja. Tymczasem Elizabeth i Philip oddali życie w służbę totalitarnemu kolosowi; kolos się lada chwila posypie; wszystko po nic. Philip asymiluje się do amerykańskości i bierze kredyt; wiara Elizabeth w komunizm, traktowana absolutnie serio, łączy lewicowość z honorem żołnierza. Nie przychodzi mi na myśl drugi amerykański tekst popkultury, w którym Związek Radziecki byłby traktowany z równą powagą, z dala od zimnowojennych karykatur, ale też bez kampusowej naiwności. „Amerykanie” mają sceny gołej, dosłownej przemocy, jak łamanie kobiecego trupa, by upchnąć go do walizki. Elizabeth i Philip pozostawiają za sobą martwe ciała i przetrącone życiorysy, a potem wracają do domu na kolację, by, no cóż, krzywdzić własne dzieci. Nie ma za co ich lubić. A jednak: ta rozpisana na sześć sezonów wiwisekcja pokawałkowanej szpiegowskiej egzystencji rodzi bliskość. Szacunek dla miłości dwojga ludzi, którzy nigdy nie będą u siebie, skazani na permanentną obcość; szacunek dla ich imigranckiego trudu, w którym „Amerykanie” pozbywają się cudzysłowu, wskazując na nieusuwalny imigrancki element amerykańskiej tożsamości.

Serial telewizyjny ma uwodzenie wpisane w samą zasadę kontynuowania opowieści, ale seriale oglądane długo nabierają parazwiązkowego ciężaru. Nie chciałam się rozstać z „Amerykanami”, jednak seriale zmierzające ku zakończeniu drażnią się z widzem. Im większe pragnienie opowieści, tym większa wrażliwość na upływający czas: chcesz, by płynął szybciej, a jednocześnie chcesz zatrzymać się w środku opowieści, odwlec jej koniec. To perwersyjne i wspaniałe uczucie, tym dziwniejsze, kiedy newralgiczny moment pożegnania serialu splata się z równoległym procesem zakochiwania w innej opowieści.

OK: to była miłość od pierwszego wejrzenia, chociaż niejako zapowiedziana. Phoebe Waller-Bridge napisała wcześniej dwa małe seriale, jeden świetny, „Crashing” (o radioaktywnym styku wieloletniej przyjaźni i pożądania) i jeden genialny, „Fleabag” (o żałobie trzydziestoletniej dziewczyny po śmierci najlepszej przyjaciółki). Najnowsze dzieło tego nieznośnego dziewuszyska występuje w polskim HBO jako „Obsesja Eve”. To niby dobry przekład, odpowiednio dwustronny, zawiera bowiem i hopla, którego hoduje sobie w głowie tytułowa bohaterka (Sandra Oh, po dziesięciu sezonach „Chirurgów”), i hopla na jej punkcie, który wyrasta w sercu pewnego wielkookiego dziewczęcia (Jodie Comer, piekielnie utalentowana młoda aktorka, pijana szczęściem, że feministyczny repertuar przestał oznaczać dla niej granie cierpiących dziewczyn). Ale dwuznaczność nie gwarantuje wdzięku, a tutaj pożądane byłoby coś w rodzaju „Rewolweru i melonika”. (Ten arcybrytyjski i arcyseksowny serial szpiegowski ze złotej ery lat 60. nosi w oryginale, dziś bardzo mylący, tytuł „The Avengers”). Oddałabym wszystkie obsesje świata na rzecz jakichś noży i pokruszonych croissantów, ponieważ „Eve” wywodzi się z tej właśnie tradycji opowieści: praca wywiadu jest tu przestrzenią perwersyjnego flirtu. Młoda zabójczyni Villanelle (imię tyleż literackie, co żartobliwe, à la „Modesty Blaise”) może być tej tradycji spadkobierczynią, ponieważ dowcip, garderoba i zapas szampana w lodówce jest tu ważniejszy od moralności.

To najbardziej poetycki serial ostatniego czasu, dialogi biegną tu slalomem przez najdziwniejsze skojarzenia. Na poziomie makro fizyka świata przedstawionego jest trochę jak z kreskówki; na poziomie mikro serial jest pełen konkretu i smaków, zapiekanek z mikroweli, skwierczących kiełbasek i olbrzymich tortów. Eve, z początku znudzona urzędniczka brytyjskiego kontrwywiadu, mieszka sobie w przytulnym rozgardiaszu: książki skitrane między szmatami w pralni, polska szkoła plakatu na ścianach, żywa kura w kuchni, ukochany mąż w łóżku. Villanelle (zatrudniana przez organizację w rodzaju znanej z „bondów” Spectre) trzyma naboje między tamponami, w wannie ma kran w kształcie złotej rybki; otacza się pięknymi i dziwnymi rzeczami niczym paryska Holly Golightly. Bardzo homo i bardzo Holly, Villanelle bez ustanku przywoływała mi na myśl samego Trumana Capote i niepokojące postaci dziewczynek z jego opowiadań, Miriam i pannę Bobbit. Villanelle naprawdę lubi zabijać i inscenizuje swoje mordy z taką samą pasją, z jaką przebiera w ciuchach i dżenderach, przeskakując z absurdalnie różowej kiecuni w elegancki garnitur, z atłasowej podomki w sportowy stanik i biały podkoszulek niewybrednego chłopaczyska. Eve, dla odmiany, niby nie umie niczego udawać; z Villanelle łączy ją jednak głęboko makabryczne poczucie humoru. Spotykają się – i zakochują w pokrętny, ciemny sposób. Obie ekscentryczne i dowcipne, noszą w sobie archetypiczny, smolisty mrok. (To mrok kobiet, mężczyźni nie mają w nim żadnego udziału; sporo tu mizandrycznych żarcików, trup też ściele się gęsto, ale są oni, tzn. mężczyźni, w najlepszym razie poczciwi, w najgorszym bez znaczenia).

Pióro Waller-Bridge jest zachłanne, nie zwalnia ani na sekundę, jednocześnie odwlekając spełnienie. To przeciwieństwo cierpliwych, surowych „Amerykanów”. Nieprzewidziane spotkanie dwóch opowieści rezonowało jednak nie przez przypadek; połączył je wspólny nerw pożądania jako źródła serialowej formy. Piękni ludzie wyznawali sobie prawdę poprzez kłamstwa, a ja bujałam (się) w obłokach – tym rodzaju obłoków, które są rzadko osiągalne w kinie i jednotomowych powieściach.