Jeszcze 3 minuty czytania

Jakub Dymek

OBRAZY: Lęk większości

Jakub Dymek

Jakub Dymek

Wydarzenia w Charlottesville pokazują, na jak kruchych podstawach zbudowana była amerykańska zgoda społeczna i ograniczony optymizm Jamesa Baldwina. Chyba nawet on nie spodziewał się, że w Ameryce odrodzi się rasowy terroryzm

„Uczynimy to wasze prowincjonalne miasteczko centrum świata” – odgrażał się przed marszem skrajnej prawicy w Charlottesville w stanie Wirginia Richard Spencer, jeden z jej samozwańczych liderów. Udział w marszu zapowiedziały alt-prawicowe piwniczaki, secesjoniści domagający się oderwania południowych stanów od USA, „ironicznie” neonazistowska redakcja portalu Daily Stormer, swój udział zapowiedział sam Spencer i kilku internetowych celebrytów z politycznego marginesu. Był też David Duke, niespełniony polityk, negacjonista Holocaustu i dawny wielki mistrz Ku Klux Klanu, który mówił, że przyjechał bronić białych Amerykanów przed „czystką etniczną”. Zgromadzenie hajlujących młodych mężczyzn w białych koszulach, niosących pochodnie i wymachujących flagami konfederacji – i przynajmniej jedną swastyką – różniło się jednak o tyle od dawnych przemarszy Ku Klux Klanu, że uczestnicy nie zakrywali twarzy szpiczastymi kapturami.

Przywoływanym przez organizatorów celem marszu i pikiety była niezgoda na usunięcie pomnika generała Roberta E. Lee, jednego z dowódców sił konfederacji w amerykańskiej wojnie secesyjnej. O usunięciu zdecydowała w tym roku rada miasta. Park, w którym odbywała się demonstracja skrajnej prawicy, również nosił do niedawna imię generała, ale w czerwcu przechrzczono go na Emancipation Park, park wyzwolenia. Zgromadzenie ledwo się zaczęło, a natychmiast zostało rozwiązane – gubernator stanu Wirginia, powołując się na „nieuchronne zagrożenie dla własności publicznej i bezpieczeństwa”, wprowadził stan wyjątkowy i rozwiązał demonstrację. Chwilę potem jeden z uczestników marszu wjechał rozpędzonym samochodem w grupę kontrdemonstrantów, zabijając Heather Heyer, członkinię Demokratycznych Socjalistów Ameryki i aktywistkę udzielającą pomocy prawnej m.in. osobom zagrożonym eksmisją. Obrażenia w ataku odniosło dwadzieścia kolejnych osób. Groźba Spencera – „uczynimy to wasze prowincjonalne miasteczko centrum świata” – spełniła się w najbardziej makabryczny sposób.

Ameryka znów zastanawia się, co poszło nie tak. Nikogo raczej nie zdziwi, jeśli – w medialnej gonitwie na relacje i interpretacje – rozgrzane do czerwoności fabryki kontentu i wyrabiający 300% normy twórcy memów nie przyniosą żadnej nowej odpowiedzi. Winny jest kryzys gospodarczy, winny jest „terror politycznej poprawności”, winny jest Trump, winni są Obama i Hillary, winni są biali albo czarni sami sobie winni. Historia uczy, że prawda – choć raczej nigdy nie leży pośrodku – lubi uciekać prostym interpretacjom, szczególnie gdy trzeba się ograniczyć do 140 znaków, jakie przypadają na jednego tweeta.

51 lat temu o tej porze roku, w innym mieście i innym parku, w Marquette Park w Chicago, założyciel American Nazi Party – przemianowanej na Narodowo-Socjalistyczną Partię Białych – George Lincoln Rockwell przemawiał do trzech tysięcy zwolenników. Tematem jego przemówienia była – nie mogło być inaczej – obrona białej cywilizacji, rzekomo śmiertelnie zagrożonej przez pomysł, że czarni obywatele i obywatelki będą mogli uczęszczać do tych samych szkół. Rockwell wydawał płyty z rasistowskimi piosenkami i twierdził, że Holocaustu nie było. Pewnego razu ozdobił swój samochód insygniami skrajnej prawicy, nazwał go „busem nienawiści” i podróżował nim, aby protestować przeciwko marszom na rzecz desegracji. Swój dom i siedzibę ruchu nazywał „koszarami szturmowców”.

Gdyby w latach 60. był internet, Rockwell byłby pewnie youtuberem: żaba pepe zamiast zdjęcia profilowego, trzy tysiące followersów, „Hitler o niczym nie wiedział”. W czasach Rockwella i American Nazi Party nie było Trumpa, nie było Twittera ani internetowych chanów, nie było – jak sądzę – „terroru politycznej poprawności”, gender studies i ogólnonarodowej dyksusji o tym, z jakich toalet w budynkach publicznych mogą i nie mogą korzystać osoby transpłciowe. Nie było też – a już z pewnością nie dla białych – kryzysu gospodarczego, klęski bezrobocia ani upadku miast przemysłowych. Ale problem był ten sam: przedstawiciele większości zaczynali się śmiertelnie bać praw mniejszości, łączyli prawdziwe i wyobrażone problemy społeczne z „obcymi”, nastrój paranoi tężał, apokalipsa czaiła się za każdym rogiem.

Lęk większości – opisał to antropolog Arjun Appadurai – zaburza wszelkie proporcje, wywraca hierarchię problemów do góry nogami, narzuca perwersyjną logikę, w której tylko to, co nieprawdopodobne i niewiarygodne, ma sens. Dzięki temu biały, zamożny i wykształcony mężczyzna w latach 60. mógł uważać czarnego robotnika za śmiertelne zagrożenie dla jego życiowych perspektyw; tylko w tej sytuacji sprawny mężczyzna z klasy średniej wychodzi w XXI wieku na ulicę z bronią automatyczną w obawie przed feminizmem; tylko w takiej atmosferze AD 2017 nastoletni imigranci i imigrantki z Hondurasu czy Gwatemali, sprzątające domy i smażący hamburgery, napawają lękiem bananowe dzieciaki z prestiżowych uniwersytetów, za które zapłacili ich rodzice.

Od czasów Rockwella i American Nazi Party zmieniło się z pewnością wiele, ale też wiele nie zmieniło się ani trochę. W tamtych latach, w czasach walki o desegrację i prawa obywatelskie czarnych, także kluczowy był ten lęk większości, który dzisiaj podsycają Trump, alt-prawica, neonaziści. Pół wieku temu przerażeni widmem „utraty wolności”, mającą być skutkiem desegregacji, biali obywatele amerykańskiego Południa protestowali na ulicach, biali chłopcy z kijami bejsbolowymi gonili swoich rówieśników pod uczelnianymi stołówkami, stateczne gospodynie domowe opluwały czarne dziewczynki idące do szkół, małżeństwa z klasy średniej wystawiały na podwórka tablice informujące o tym, że „tu jest białe osiedle”.

Wtedy James Baldwin, pisarz, krytyk i autor dramatów, w swoich esejach i przemówieniach postawił przewrotną diagnozę, która wyprzedzała swoją epokę. Baldwin przekonywał, że amerykański rasizm nie jest problemem wyłącznie czarnych Amerykanów i Amerykanek. Amerykański rasizm, mówił Baldwin, jest problemem tego kraju, jest problemem jego przyszłości i dziedzictwem, które będzie jego nieszczęściem przez pokolenia. Rasizm jest problemem białych, bo dał im podstawę do wiary, że jakkolwiek by byli nieszczęśliwi, zawsze będą mieli kogoś pod sobą – „czarnucha”. Otóż, nie zawsze: kiedyś „czarnuch” zniknie, a biali zostaną z całą frustracją i zgryzotą tego świata, których nie będą mogli już zrzucić na tych, którzy są niżej, bo nikogo nie będzie niżej. I będzie to doświadczenie straszne, bo zostawi ich z całą potwornością, jaką rasizm wyprodukował, ale bez choćby pozoru nadziei, którą dawał. „Ja nie jestem czarnuchem. Jestem człowiekiem. Jeśli myślisz, że jestem czarnuchem, znaczy, że czarnucha potrzebujesz. Musisz sobie odpowiedzieć, czemu. A teraz zwracam ci twój problem. To nie ja jestem czarnuchem, to ty nim jesteś, dziecinko”.

W klasycznej już debacie z konserwatystą Williamem Buckleyem w roku 1965 Baldwin mówił, że pocieszenie: „przynajmniej nie jestem czarny”, jakie amerykańska cywilizacja dała białym obywatelom, jest jedną z najstraszniejszych rzeczy, jakie mogła im zrobić. Coś strasznego musiało stać się w cywilizowanym państwie, w czasach tak zwanego dobrobytu, w kraju, który chwali ideał wolności – mówił – jeśli można bić ludzi pałką, psikać im gazem w oczy, razić elektrycznym pastuchem, którym pogania się bydło, i iść spokojnie spać, pocieszając się, że przynajmniej nie nas pałują. „Coś strasznego musi dziać się z człowiekiem, który przykłada elektryczną pałkę do piersi kobiety. To, co dzieje się tej kobiecie, jest okropne. Ale to, co dzieje się z tym, który używa pałki, jest w pewien sposób dużo, dużo gorsze”.

W innej rozmowie, zapytany, czy jest optymistą, czy pesymistą, Baldwin odpowiadał, że pesymistą być nie może, bo żyje. Ale czy warto być optymistą wobec przyszłości Ameryki, zależy wyłącznie od Amerykanów i tego, czy odpowiedzą sobie na pytanie, po co był im „czarnuch” i co zrobią bez niego. Dziś widzimy, że Baldwin nie posługiwał się tylko metaforą: niektórzy „z braku czarnucha” stracili rozum i resztki człowieczeństwa. Dosłownie.

Film na podstawie esejów Baldwina „I Am Not Your Negro” wszedł do amerykańskich kin w zeszłym roku. Baldwin – słusznie – powrócił jako aktualny pisarz i humanista, którego diagnozy pozostają aktualne trzydzieści lat po jego śmierci. Dzisiejsza Ameryka bez „czarnucha” ma dokładnie ten problem, przed którym Baldwin przestrzegał. Brak „czarnucha” to lęk większości; to myślenie o społeczeństwie jako grze o sumie zerowej, w której postęp jednych musi być zawsze rozumiany jako klęska innych; to domaganie się uznania i uhonorowania „białej tożsamości” i upamiętnienia „białej krzywdy”; to wołanie o „pokojową czystkę etniczną” i „dobrowolną segregację”, która pozwoli białym „żyć w świadomej izolacji” od reszty społeczeństwa. Żebyśmy mieli jasność, przytoczone cytaty są autentyczne i składają się na program tęskniących za „czarnuchem”. Wydarzenia w Charlottesville pokazują, na jak kruchych podstawach zbudowana była amerykańska zgoda społeczna i przecież ograniczony optymizm Baldwina. Bo chyba nawet on nie spodziewał się tego, że w Ameryce bez „czarnucha” odrodzi się karmiony frustracją jego braku rasowy terroryzm.

Pytania Baldwina pozostają aktualne, choć z biegiem czasu rzeczywistość wkłada je w jeszcze bardziej groteskowe – to okazuje się możliwe – ramy. Dziś Baldwin musiałby zapytać: „Co strasznego musiało stać się z człowiekiem, który wjeżdza rozpędzonym samochodem w tłum ludzi?”.