Jeszcze 2 minuty czytania

Urszula Zajączkowska

PLENER: Memento flori

Urszula Zajączkowska

Urszula Zajączkowska

Jestem nagle w ultramodernistycznym ogrodzie botanicznym. Na każdym grobie eksplozje kwiatów, przedziwne liście, fikuśne wygibasy pędów, niemożliwe nowe gatunki

Koniec okresu wegetacyjnego z miejsca rozpoczyna okres wszawizmu mrocznego, a taki, według najnowszych badań Instytutu Najważniejszych Problemów Techniki PAN, ma swój początek z dniem 1 listopada ± 3 dni. W ten czas wysycone wilgocią powietrze, pękate chmury, gęste od hadwao, w żaden sposób nie mieszczą już niczego, więc obciążają tylko nasze głowy i zapychają nasze płuca. W dodatku liści nigdzie już właściwie nie ma, łyse badyle sterczą tylko, więc i parowania z nich być nie może. Na domiar tego szczęścia wszędzie wystarczająco często leje, dolewa się, przelewa, wodnica nieprzemożna i rośnie cień. Siedzi tak wszystko i czeka przez kilka miesięcy, aż wreszcie będzie się topić i ślimaczyć brudną breją w kątach miast i wsi, zapowiadając tym to urocze przedwiośnie, wiosnę i wreszcie lato, któremu już na początku przecież dnia ubywa, co bez złudzeń zapowiada jego rychły koniec. I znowu wszawizm bury. Właśnie nastał. Bo to jest rzeczywistość życia w tym klimacie przejściowym, na poletku w granicach 49o00’ a 54o00’ szerokości geograficznej północnej oraz między 14o07’ a 24o08’ długości geograficznej wschodniej. Mówią na ten skraweczek Polska. 

Ale tu, w tym marudzeniu przesadnym ja wcale nie jestem taka sobie sama. Wiem, że boleść tę współodczuwają też inni, nie tylko z Wołomina, czują ją niemal wszyscy w mojej ojczyźnie na pewno. Dlatego co rok wydarza się tu coś niezwykłego. Bo właśnie tą polską brązową jesienią zbierają się wszyscy jakoś w sobie, tym ostatkiem wspomnień o lecie przywołując czas, kiedy było powietrze, a nie wiszące kałuże, ożywiając chwile, kiedy słychać było liście i pachniały kwiaty – i zupełnie sami z siebie, za własne pieniądze, po całej Polsce sadzą i sieją na nowo kolorowe, kwitnące łąki i zdobią je latarenkami jak świece, lub lampeczką z diodką led. Łąki są to przedziwne, magiczne, nasycone barwą, różowe i błękitne. Kwiaty tam zaś wieczne, zaplecione, przyklejone, z fabryki, bezwonne. Ale chyba nikomu ten detal nie przeszkadza. Naprawdę nie jest on istotny w tej chwili. Najważniejsze przecież, że 1 listopada mamy tu nasze wielkie Narodowe Chińskie Święto Kwiatów 盛宴, więc niech to święto trwa!

To nowa tradycja, nowy zwyczaj, gdy lawiny dalekowschodniego kwiecia wypełniają sklepy, zafrasowane kobiety je przeglądają, a mężczyźni wyszukują lampki w skupieniu, dobierając do nich elementy zasilania (baterie AA lub zapałki). Kupują zaraz to wszystko i z naręczem kroczą, ba!, jadą autobusami, karawanami aut w różne zakątki kraju, by wreszcie ułożyć z nich pękate kopce, barwne nasypy. Miejscem, które najczęściej do tego wybierają, jest cmentarz.

To gest-symbol. Cmentarz jako kwintesencja tęsknoty i zabetonowanych na amen wyrzutów sumienia okwiecany jest właśnie w najgorszą parszywkę listopadową, utrwalając przez to nadzieję nieskończoności. Bo to leży i jest. Wodospady kolorów pod tablicami z zamkniętymi datami życia, jednoznacznie wyrażającymi czas dokonany „od – do” tej szczęśliwości ziemskiej, cielesnej – tu one barwią, weselą i za nic nie pozwalają się skończyć. 

Drepczę teraz po cmentarzu w Wołominie. Zwykle tu cicho jest i pusto, mimo że przecież tłoczno. Wszystko się to dziś skończyło. Jestem więc nagle w jakimś ultramodernistycznym ogrodzie botanicznym. Trwa w nim chyba wiosna. Owadów jednak nie zauważam, nawet much. Na każdym grobie eksplozje kwiatów, przedziwne liście, fikuśne wygibasy pędów, niemożliwe nowe gatunki. Wołomińskie Hawaje. Fascynuję się! To wszystko dla mnie nowe. Alejka za alejką, kwatera za kwaterą kolekcje osobliwe, a za nimi jeszcze bardziej i jeszcze wyżej, cztery piętra kwiatów. Patrzę i biorę to całe, wnikam. Myślę więc od razu, czy ktoś to w ogóle opisał? Jak to możliwe, by liście z rodziny Asteraceae rosły na roślinie z rodzaju Typha, czy Darwin w ogóle o tym śnił, czy Skłodowska-Curie sądziła, że takie łączenie atomów jest prawdopodobne? Postanawiam przyjrzeć się temu głębiej. Zakupuję za 14.99 zł przefantastyczny gatunek, określony „Dekoracja z jodły. Duża” i idę z tym do laboratorium.

Oto więc mamy pędy jodły, a na ich szczycie różowe kwiaty lilii. Lilia na jodle! Jak to możliwe? Zakochuję się. Wszystko to jeszcze pewnie rośnie żywiołowo, nie dostrzegam żadnych oznak zamierania, mimo że listopad i że rośliny są przymocowane na sztywno do plastikowej podkładki, niezwykle zmyślnej skądinąd podkładki, bo z rączką jak od patelni.

Dekoracja jodłowa z praktyczną rączką.Dekoracja jodłowa z praktyczną rączką.

Anatomia łodygi dekoracji (A) i rocznej sosny zwyczajnej z lasu (B)Anatomia łodygi dekoracji (A) i rocznej sosny zwyczajnej z lasu (B)Bardzo wygodne to rozwiązanie, rozmarzam się, patrząc na ścianę z białymi kafelkami – bez trudu mogłabym z tym wszystkim wejść na pocztę albo z dzieckiem do dentysty. W rączce tej jest też dziurka na haczyk, powiesiłabym sobie to w poczekalni i nie byłoby kłopotu. Z punktu widzenia praktyczności dekoracja ta wygrywa z każdym jednym wieńcem.

Wracam do badań. Delikatnie odcinam płatek korony lilii, wyrywam igły z jodełki i uszczykuję fragmencik pędu. Wszystko poświęcam do analiz anatomicznych. Chcę poznać, muszę poznać, jak to tak ciągle żyje.

Igły są dziwnie prostokątne w zarysie. Pierwszy raz widzę taką regularność. Wymaga się chyba stworzyć nowy gatunek, notuję. W przekroju anatomicznym, porównując z jodłą pospolitą, igły wyglądają zaskakująco jednolicie. Nic się tam nie dzieje. Są więc nudne. Ciemna masa wypełniła przestrzeń liścia i już. Tnę dalej i dalej i ciągle tylko powtórka poprzedniego zdania. Zwielokrotniona matryca masy. Odrywam więc z pędu więcej igieł. Tnę wciąż i wciąż z czułością, delikatnie dotykam, by nie zostawić żadnego swojego znaku działania. Bez sensu. Patrzę w mikroskop. To samo. Ctrl-C + Ctrl-V liści. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Zwykle każde podejście do preparatu to przecież nowa opowieść. Tu jest powtórką odcinka pierwszego, wyświetlaną bez przerwy. Rzucam to i przecinam całą gałązkę jodły na pół. Bardzo to ciężkie. Dłutem dobijam i głupio mi, bo pierwszy raz tak brutalnie podchodzę do rośliny. Zaglądam do środka. Wielkie zdziwienie. Dwa druciki i osłonka?

Igły dekoracji jodłowej są wyjątkowo regularneIgły dekoracji jodłowej są wyjątkowo regularneW porównaniu z tym, co znam u jednorocznej sosenki, to jest jakiś ewenement ewolucyjny! Co za prostota! Zaraz jednak nieco przytomnieję, budzi się we mnie wątpliwość, chociażby taka: jak w tym drucie płynie woda? Wertuję książki. Nikt tego nigdy nie widział.

Docieram do kwiatów lilii na szczycie pędów jodły. Poświęcam tylko jeden ich płatek, który pod lupą okazuje się siatką żyłek zaplecionych z brudnymi plamami.

To może chociaż pręcik? Czy będzie to smolinos, jak mówią, bo obsypany pyłkiem? Więc pręcik ten nie ma pyłku wcale, jest tylko obłą odroślą z litej jakiejś tkanki. Nie znam jej. Kroję i nie przestaję. Na nowo poszukując czegoś, w co już nie wierzę, że odnajdę. Wtedy właśnie dociera do mnie myśl, że może te kwiaty wcale nie są kwiatami? Wcale nie żyją, a tylko nam się tak wydaje? Wystarczy tak mało przecież, kilka dodatkowych soczewek, by zupełnie zmienić pytanie. Więc czy one w ogóle żyją? Z czego są zbudowane? Co jest ich początkiem i co będzie końcem?

Płatek korony lilii badanej dekoracji z plamami w jej plecioncePłatek korony lilii badanej dekoracji z plamami w jej plecionceOstatecznie jednak rezygnuję. Piszę z tego raport. Podstawową składową budującą badane kwiaty-dekoracje są niekończące się zbiorniki poliestru i cysterny farb. Nic więcej. Przywozimy je, wpuszczamy je, by się nic w nich nie działo. Ich anatomia jest monotonna, właściwie to jest jej brak, a one same nie dają znaków życia. Nie ruszają się też. Wprowadzamy do naszej rzeczywistości molochy monokultury. No i co z tego, że to skala mikro, że trzeba patrzeć pod mikroskopem, by to dopiero dostrzec, tę jednorodność materii. Jestem przyzwyczajona, że każdy liść, byleby tylko naprawdę kiedyś żył, sam w sobie, w środku jest historią tego życia wyrażoną złożonością swoich komórek. W sztucznych kwiatach nie ma żadnej opowieści. Jest masa plastiku, pozwalamy, by zapychał nam mikro skrawki naszej przestrzeni otwartej dla różnorodności i wielowymiarowości. To, co się dzieje teraz w skali kraju, jest jak nalot dywanowy poliestru, a on nie wniknie w glebę, nie zniknie rozproszony w atmosferze, a będzie trwać tu tysiącami lat.

Pylnik dekoracji dziwnie bez pyłkuPylnik dekoracji dziwnie bez pyłkuZa zasłoną formy płatków korony, łodyżek giętkich i listeczków subtelnych kryje się coś w istocie pozagrobowo pozaczasowe. Jakże prosto ta wieczność jest osiągalna i jak wstydliwie tanio. Kilkanaście złotych i bramy do nieskończoności otwierają się. Mistrzostwo świata. Stworzyliśmy te cząsteczki my, wprowadziliśmy je do życia, żonglujemy tylko nimi, formując z nich różne, bardziej lub mniej zrozumiałe kształty w zależności od pory roku, a przede wszystkim od obchodzonego właśnie święta. Memento flori!