Jeszcze 2 minuty czytania

Urszula Zajączkowska

PLENER: Gdzie indziej

Urszula Zajączkowska

Urszula Zajączkowska

Tropikalna puszcza wilgotna. Niebywałe, nieogarnione zarastanie. Metabolizm na krawędzi wytrzymałości enzymów. Myślę tak ja, blada, wyciągnięta tu z powietrza +5 stopni Celsjusza

Tropikalna puszcza wilgotna. Obco mi się widzi ta natura już w tytule. Robię pierwsze kroki. Jej przedmowa też niejasna. Nie znam tego języka. Zaczynam dopiero teraz ją czytać i robię to na ślepo. Poznaję litery, ale niejasne są z nich słowa, całe zdania schowane w jakichś znaczeniach. Akapity układają mi się więc najpierw bez ładu. Poddaję się temu powoli, ściągam zastygły pancerz, aż wszystko tu będzie na mnie działać i układać mi się wreszcie w opowieść, którą tak bardzo przecież chcę poznać, na którą tak czekam.   
Palmy i ich korzenie widzę jak palce, zaciśnięte pięści w piachu, w czystej krzemionce jarzącej się na biało, a głębiej w cieniu migdałecznik, dalej bauhinie o liściach jak motyle. Wychodzę w jakąś polankę i zaraz piętrzy się mango, awokado i palmy kokosowe, królewskie, to pozostałość po jakiejś osadzie, którą huragan zmiótł kilka lat temu. Echem ludzi są często tylko drzewa, które sami posadzili. Gdy odeszli stąd, zaczęły zmieniać swoje ciała, by wreszcie przestać prężyć się i rodzić im co rok ciężkie kosze owoców. Nie przypominają już tych z sadów, ale ciągle ich korony noszą tamte cięcia, zastygłe, uformowane przez człowieka konary. Turzyce i wiechliny w nadmierności swej zieleni. Niebywałe, nieogarnione to zarastanie. Metabolizm na krawędzi wytrzymałości enzymów. Myślę tak ja, wyciągnięta tu z powietrza +5 stopni Celsjusza i świadoma, że w takim Petersburgu teraz jest stopni 0 i woda ścina się tam na twardo.

Bo u nas wciąż wszystko na twardo i pokurczone – zawsze przychodzi ta hu hu ha zima zła, więc niektórym będzie trzeba umrzeć, innym odrastać z przemrożonych pędów, wyłaniać się nieśmiało i blado z podziemnych kłączy, na nowo budować, a przede wszystkim oczekiwać corocznej powtórki. Ocieplać się więc, odizolować, tyć, magazynować, grzać się nawet od środka i zakopywać trzeba bez ustanku, bo ta zima zimna zawsze jednak jest. Nawet gdy lipce i sierpnie kiedyś przyjdą i rozjaśnią, i przypieką, to nieprzyzwyczajone to wszystko z miejsca więdnie, poza tym lipce i sierpnie zapowiadają już wrześnie. A pierwszego września wybuchła przecież u nas wojna, potem była zimna wojna i za chwilę stan wojenny, toteż regularnie wspominamy naszych wrogów, przyjaciół, którzy nas sprzedali i nasze ofiary. I zaraz liście spadają jak jednoznacznie prawi list-opad, więc jego pierwszego dnia idziemy na groby, myśląc już tylko o śmierci, i za chwilę Piłsudski wkracza na kasztance, a tak w ogóle to kasztanowce mają szrotówka i zdychają dosłownie cały rok. Nie dziwi, że pesymizm mamy we krwi.

Tu za to wszystko i wszyscy otwarci. Tylko jak to mam teraz pojąć, kiedy ja blada, nie za wiele z tego tu jeszcze czuję. Wyrosłam, patrząc na wiechlinę roczną, kałuże, ośnieżone sosny i trzepak. Inaczej brzmią uderzenia wody w liście drzewa chlebowego w czasie deszczu. Zupełnie nowe dźwięki ma tu w kropleniu paproć drzewiasta i bambus. Inna barwa, rytmy i harmonie. Mogę zamknąć oczy i już wiem, że jestem gdzieindziej. A przecież to tylko deszcz. Woda z chmur jak nasze, a może jednak wcale nie jak nasze, bo powstałe z parowania oceanu i tropikalnych wnętrzności roślin, nasączonych tą ich bezsprzeczną przecież odrębnością?

Grzyb na rozkładającym się liściu palmy. Obok, ale tylko dla skali, mój nóż.Grzyb na rozkładającym się liściu palmy. Obok, ale tylko dla skali, mój nóż.Kopię glebę, skubię niemal każdy liść, nacinam perydermę, wypełniam wieloletnie, swoje i tak już wystarczająco intensywne, zachwyty. Widzę kroplę żywicy sączącej się z drzewa (póki co bezimiennego), widzę w nim szczelinę zżeraną przez jakby mrówki, które noszą swoje larwy. Larwy, które zjadać będą pewnie inne owady, jeszcze bardziej dla mnie bezimienne. A tu obok dziupla, bez ptaka, a jeszcze kilka centymetrów obok grzyb, biały krążek na nitce jak latawiec. Cały ma nie więcej jak 8 milimetrów.  Przelatuje nade mną pelikan. Tkwię w aurze niewiedzy, która jest najlepszym stanem do odbierania nieogarnionego piękna. Dobrze mi z tym. Wypełniam się więc euforią i czuję, że pewnie zaraz pęknę i wstydliwie flakami to wszystko pobrudzę, bo przecież to, co tu widzę i co tak intensywnie mnie zaraża, mieści się na razie tylko na jednym metrze kwadratowym. To może nie iść dalej?

Tnę skrawki tkanek, dziwię się sztywności liści paproci, dostrzegam, jak huragan trząsał giętkimi palmami, zrzucając wszystkie ich kokosy. Wreszcie czuję ich biomechanikę, znaną jedynie z równań matematycznych, drgania wierzchołków w czas tych gwałtownych przemieszczeń wiatrów. Huragan działa w tutejszym krajobrazie jak szerokie dłuto. Przewietrzył ten las, przewrócił wiele drzew, wpuszczając potoki nowego światła dla życia z ukrytych dotąd źródeł. Chodzę między armatnimi kulami kokosów, a na tym pobojowisku są ich tysiące. Przewracam się po raz kolejny, na nogi spojrzę wieczorem pod prysznicem i przestraszę się. Ale teraz niczego jeszcze nie czuję. Tnę tropiki na dziko, na żywo, na miękko. Chowam próbki i notuję. Jak to wszystko jest możliwe?

Vanessa czeka spokojnie. Rozłożyła sobie kocyk, zaczęła jeść kanapki. Niczemu się nie dziwi. Ale ona jest stąd, to jest jej. To ja biegam dziko. Spojrzeniami zagarniam całość. Inność dla mnie teoretycznie tylko poznaną, książkową, schematyczną, zredukowaną do poziomów parametrów fizjologicznych i nazw gatunków, tu poznaję wreszcie zmaterializowaną jako nieskończoność tworzenia, zawijasy opowieści roślinnych, odcienie barw, które mieszają się w oszałamiających interferencjach. Skórzaste liście ciepłym tonem ocierają się o siebie, wielkie fikusy szeleszczą matowo, skrzypią kłodziny palm, depczę suche liście, trzeszczą włókna. I tak do późna. Latają nade mną ogromne ptaki. Wyglądają, jakby na coś czekały. Krążą drapieżniczym szlakiem, zatapiają się w przestrzeń, wznoszą. Wszystko odbywa się cicho. Jest ich jednak wiele i szerokie mają ramiona. To maura, mówi Vanessa. Potem dowiaduję się, że to Cathartes aura: sępnik różowogłowy. Żywi się padliną średnich ssaków. Ach, rozumiem. Uznały, że jak nic zaraz padnę, zawieszona na pograniczu życia i haju poznawczego. Zaczyna siąpić deszcz. Ptaki uciekają.

Słucham deszczu, ale słyszę kury. Kury najbardziej kurowate słyszę. Idę tam. I są. Siedem czy osiem, mają gniazda w kopczyku liści i suchych pędów. Czytałam, że w lasach Dominikany można spotkać dzikie krowy, które uciekły ludziom jeszcze za czasów kolonizatorów, ale o kurach nie było tam wzmianki. Zaczynam rozumieć, że tu tym ptakom łatwiej z domu ludzkiego po prostu wyjść i nie wrócić, bo przecież bez ustanku ciepło i ciągle wszędzie jest dużo jedzenia. Niepotrzebny im człowiek. Nie muszą mu służyć, być posłuszne. Jak inna może być filozofia życia, jeśli tylko temperatura powietrza nie jest zbyt niska. Przyglądam się im i uśmiecham, mówię po polsku „cip cip cip”, czule podchodzę, jakie to ich piękne wyzwolenie, jestem bliżej. I nagle wyskakuje z nicości potwór – kogut. Napięty i wydłużony. Zbudowany z pazurów i dzioba. Chryste! Goni mnie! Wieję! Gna. Spieprzam! Jestem teraz jak Indianna Jones, choć jednak w niższym standardzie. Za paskiem mam przecież tylko skalpelek i goni mnie jedna męska kura, ale skaczę przed nią równie żywo i ze strachem. Odpycham gałęzie, migiem przeciskam się między liśćmi. Ten nie odpuszcza! Tnę dalej, zamazuję obraz w smugi i drgania, upał, gorąco, ekstaza! On śmiga zajadle. Mi brakuje już tchu. On świeży. „Ko ko ko”, słyszę tylko i sprężyste szusy. Koniec. Nie dam rady. Ale głupio! Schylam się, czekając na cios i niespodziewanie dokonuję jednej z dziwniejszych rzeczy w moim życiu: oto stoję w tropikach i rzucam kokosem w koguta. A on wreszcie odchodzi. Myślę jednak zaraz – a jeśli tych uciekinierów jest tu więcej? jeśli wizje Orwella zmaterializowały się właśnie w tym rezerwacie na Dominikanie i za chwilę spotkam wściekłe knury, tuczniki, krowy zdziczałe? I będzie to chciało wymierzyć mi sprawiedliwość dziejową (słuszną skądinąd). Troszkę mam lęku. Parno. Słyszę radyjko. Uspokajam się. Podchodzi Vanessa.
 – Szukam cię już tyle czasu, zjedz kanapkę i zbieramy się.
–  O tak, chcę odpocząć. Z czym kanapka?
– Z kurczakiem.