Jeszcze 2 minuty czytania

Urszula Zajączkowska

PLENER: Drzewka

Urszula Zajączkowska

Urszula Zajączkowska

I staje się grudzień. Gdziekolwiek spojrzeć, sprzedają choinki. Kąciki leśne w każdej gminie i miasteczku z lampeczkami i miłym panem z wąsem po adwentowej spowiedzi

– A teraz, drogie dzieci, co to za drzewo? – pytam przygotowana, napięta, trzymana w potężniejących cuglach emocji, by tylko wystrzelić im i gnać opowieścią porywającą, zarażającą, barwną, mrugającą energią o życiu drzew, o historiach drzew, pod których cieniem teraz razem stoimy, oddychamy, tu, w tym ogrodzie botanicznym. Więc niech tylko powiedzą. No i mówią:
– Choinka.
(Ćwierć wieku ten świerk pośród śniegów, burz i gromów/ Prowadził bój rozpaczny o swą bytność twardą).  
– To może tam?
– Choinka?
(Te jodły, co jak szabaśne świeczniki,/ Gałęzie, od pnia, puszczają do pary).
– A to?
– Choinka!
(Słyszał dokoła siebie płacz samotny, jedyny, płacz przed obliczem Boga. Nie wiedział tylko, kto płacze... Czy Joasia? – Czy grobowe lochy kopalni płaczą? Czy sosna rozdarta?) 

Tak oto dzieci, ba! licealiści, których po ogrodzie botanicznym oprowadzam, nierzadko mówią mi na samym początku, już w pierwszej alejce, kiedy jeszcze świeżo patrzą, kiedy jeszcze w ogóle patrzą, żem od razu jak tuja poderżnięta jest. Ja się nieco tym martwię, ale to zmartwienie zaraz przeistaczam w takie oto myślenie. Bo co za lekkość, co za finezyjny uniformizm działa w tych głowach! Choinka!? Właściwie to rozumiem was, przeładowani bodźcami, zainfekowani systemem edukacji, w łapach dzikiego konsumpcjonizmu, rozumiem was! I mi chciałoby się wreszcie przestać gotować w zupie wiedzy swoją ociężałą wiedzy świadomość. Tylko teraz, specjalnie dla was, wyciągam z niej pełną chochlą takie oto niestrawne kąski, że ta nieznajoma wam sosna ma tak naprawdę 115 gatunków, świerk 35, a jodła liczy ich 43, poza tym wyobraźcie sobie, że są także inne drzewa iglaste, a w ramach tego jest jeszcze wiele rozmaitych odmian i innych form i żadna z nich nie nazywa się choinka. Ale oni pewnie, najnormalniej to wiedzą, dlatego odrzucając cierpienie, zredukowali to do pięknej jedności, opatrzyli spójną nazwą, i ja to podziwiam. Tylko że ci sami oni, idący za mną, między alejkami ogrodu, niepokojąco zaraz gadają, że model tela HTC Ultra Dual SIM to nie HTC One X10 Dual SIM ani U11 HTV33. Ale to U11 w DxOMark ma 90, taktuje na 2,45 GHz i mimo że z USonic, kartą nanoSIM, to Edge Sense ma jednak niedopracowane. Dlatego HTC U11+ śmiga lepiej.

Choinka jasna!
I tak zaraz staje się grudzień. I przepowiednia sprawdza się. Gdziekolwiek spojrzeć, sprzedają te choinki. Świat poszedł do przodu. Ależ frajerka ja. Choinki wszędzie! Kąciki leśne w każdej gminie i miasteczku z lampeczkami i miłym panem z wąsem po adwentowej spowiedzi, zapraszają. I wszyscy nagle kupują choinki, idą z choinkami, jadą autem, gdzie na dachu jedzie też i choinka. Choinka sterczy z bagażnika, dzieci patrzą na choinki, myślą, co dostaną pod choinkę, choinki czekają na balkonie, a choinki z polichlorku winylu wytargane z piwnicy znowu na górę windą jadą, ewentualnie po złożeniu, po schodkach. Mówimy wtedy właśnie: choinki, świąteczne drzewka, a nigdy: umierające drzewa.

Ten felieton jest o umieraniu takich drzew. Nie będzie radosny. I źle się skończy. 

Coraz powszechniej uważa się, że swoistym mózgiem roślin jest korzeń. Kupując karpia, ludzie umieszczają go w wannie, potem odcinają mu zamroczoną głowę. Czytałam, słyszałam, że ludzie płakali, jak odcinali. Wybierając choinkę, ktoś wcześniej odciął jej korzeń. Ciągle, ale to ciągle uznaje się, że ten organ to element ziemi, enigmatyczne jakieś coś. A według badań, całej sterty badań, nie ma niczego bardziej czułego u roślin jak korzeń. Poziom ufności wobec otoczenia jest tam największy, bo przecież pewne pojedyncze komórki korzenia, zwane dość obleśnie – włośnikami, jako jedyne ze wszystkich u roślin są tam niczym nieokryte, są nagie, najdelikatniejsze, jakie roślina może stworzyć, i to one dotykają tej brudnej ziemi, to w nie wnika woda, to te komórki są zdolne połączyć się całkiem intymnie z grzybami, przez co odbierają świat jeszcze sprawniej i przekazują wszystkie wieści dalej w głąb ciała rośliny. 

Ale przecież my mamy teraz święta. Dawno temu urodził się malec, który zostanie skazany na śmierć. A proroctwo jego zgonu już się w świecie szerzy – śpiewamy, przegryzając makowca. Zielony kikut, teraz ubrany najpiękniej jak się da, będzie ginąć na kolorowo, połyskując, popiskując kolędy, dźwigając na duszących się pędach bombki, plastiki uformowane w kształty radosne. Drzewo w temperaturze poniżej 4oC wyłącza swój metabolizm. Drzewo jesienią wie, że jest jesień, bo rozpoznaje długość dnia i dominujące częstotliwości światła. Idzie spać jak niedźwiedź. Wtedy się je tnie i rozdziela, bo korzeń zwykle zostaje, czeka na wiosnę, tzn. ludzie czekają na robotę z korzeniem do wiosny.

Wszyscy się cieszą na widok choinki. Ale botanikom nie jest łatwo złapać pełny chillout w Christmas time. Wiemy, że po tygodniu, właśnie w tym czasie, gdy myśli się, dokąd tu iść na noworoczną imprezkę, z pnia i w pień wyraźnie sączy się już żywica. To oznacza, że przewody żywiczne uaktywniły się i zaraz też pojawiają się nowe, bo gdzieś powstała świeża rana. Tu od razu zaznaczam – to nie są żadne „wycieki” żywicy wynikające z nieszczelności ciała. Był sygnał (cięcie) i wobec niego powstała reakcja, także metaboliczna, tzn. roślina tworzy więcej żywicy i wylewa ją w siebie, w bliskości rany, nasączając także nietknięte drewno, by odkazić, zatrzymać wejście dla obcych. Bo przewody żywiczne to ciągi żywych komórek zanurzonych w macierzy drewna. Tworzą gęste kanały wzdłuż osi pnia, gałęzi i krzyżują się z tymi, co leżą poprzecznie. I tak formują przestrzenny system oddalonych co ok. 0,2–0,5 mm żyjących wiązek, które w drewnie, wraz z żywymi komórkami promieni, tworzą gęstą sieć tak ważną i jednoznaczną, by wreszcie przestać myśleć, że drewno to tkanka martwa.

Święta dzieją się dalej. Jest ciepło. A temperatura pobudza pąki. Oszukujemy je. Kula ziemska ciągle na pozycji głębokiej zimy, wcale nie odchyliła się ku Słońcu. To centralne ogrzewanie symuluje gwałtowną wiosnę. Rozszerzają się pąków łuski, obnażając je z delikatnych swoich części, bo przecież tam, w pąkach są ich merystemy, zaczątki nowych igieł, pąków, kwiatów, wszystko skulone i zawinięte szczelnie trwa tak, aż nastanie nowe lato. Pąk czeka na to, co wy zobaczycie jako żywe pędy. Wystarczy urosnąć, bo niemal cały rysunek pędu jest już utworzony, tylko schowany w pąku, w kapsule czasu. Czeka. Ale tu nie będzie wiosny. Powiedzmy, że tylko jej ersatz wydarzył się dość dla drzewa niespodziewanie. Mimo to, pąki otwierają się. Nie mogę patrzeć na ich skurcz łusek, podciąganie zapór, to pierwsze drgnięcie wzrostu, kiedy drzewo bez korzeni ulega koszmarnej złudzie wiosny. Budzi się, więc od razu potrzeba mu wody. O wodę jednak ciężko i będzie coraz ciężej, bo otwarty system pnia zapowietrza się. Wyższa temperatura stymuluje parowanie wody z igieł. Co prawda, po pewnym czasie igły zamykają się (aparaty szparkowe), jako znowu wyraz stresu, jednak to wciąż za mało, bo woda jest przecież potrzebna do normalnego życia cały czas, więc będzie jej wciąż z ciała ubywało, a sama będzie się dusić, bo powstałe gazy nie mają zbyt wiele dróg ucieczki z ciała. I wtedy wszystko kończy się już ostatecznie. Drzewo przestaje walczyć. Wszystko więc schnie w zawiązkach, odpada i kruszy się, a przede wszystkim, powiedzmy to szczerze i otwarcie: beznadziejnie nam w domu brudzi. Dlatego wybieramy czasem jodły, mimo że są droższe. Wytrzymują dłużej i nie sypią się aż tak, poza tym takie łagodne i miękkie są ich igły. Miło się dotyka.