Jeszcze 2 minuty czytania

Urszula Zajączkowska

PLENER: No brain, no pain

Urszula Zajączkowska

Urszula Zajączkowska

Rośliny mają nie kilka, a kilkadziesiąt zmysłów: odczuwają długość dnia, kolor światła, pole magnetyczne, dźwięk chrupania liścia przez chrząszcze. Nie fetyszyzujmy wyższości naszego krwistego i tłustego ciała

Czy rośliny czują, czy nie czują, gdy chorują, albo kiedy się je wyrywa, czyniąc wolne miejsce szlachetnym pomidorkom, lub gdy błogo żre się je polane winegretem, żuje lepką śliną i łyka, czy też gdy wbija się w ich ciało gwóźdź i kartkę z ogłoszeniem o zagubieniu psa o imieniu Rex? Nie będę używając swojego systemu nerwowego, także mózgu, w tym wypadku niemal całego (full HD), udowadniać, że one, po swojemu – bardzo czują. Tak, czują. Bo i tak wy, czytając to swoimi chłodnymi soczewkami, zaczniecie grymasić, nadymać się niewyobrażalnie – głównie z powodu posiadania tegoż osobistego mózgu i nerwów napuszonych, dzięki którym skończyliście pewnie i różne szkoły, albo to raczej różne szkoły was skończyły. Rozpisałabym się tu sążnistymi zdaniami, zdaniami jak dżdżownice, zdaniami, które nie dają miejsca na oddech jak wydłużone frazy Telemanna na flet – kiedy je gram, oczy wychodzą mi z orbit od tego rozczulania cudzych dendrytów – a wy ostatecznie i tak wcale mi nie uwierzycie. Będziecie wiedzieć swoje, doświadczeni aktywnością miliardów gorliwych, prywatnych receptorów bólu (wielobóli), bez ustanku przypominających o tzw. życiu, jego kąsaniu, szturchaniu, nadeptywaniu, kłuciu – i pozostaniecie święcie przekonani, że akurat tego rośliny nie czują, nie rozumieją, nie pamiętają. Więc o czym tu w ogóle rozmawiać? Auć!

Ale zastanówmy się uczciwie i szczerze: Kto wybrał lepiej? Beznerwowe, bezbólowe rośliny, czy my, bardzo nerwowi, ludzie rozdrgani słowem i nadczułością, z sennymi koszmarami, z żyjącymi w pamięci bolesnymi słówkami, bijący pianę słowotwórczą, z całą chmurą dymu za nią, pełną niedopowiedzeń, drażniącą nerwy podtekścikami?

Po pierwsze nie przesadzajmy z tą naszą przewagą ewolucyjną. Rośliny mają nie kilka, a kilkadziesiąt zmysłów: odczuwają długość dnia, kolor światła, pole magnetyczne, zmiany grawitacji 10 tys. mniejszej niż nasza ziemska, dźwięk chrupania liścia przez chrząszcze, a ich błonki w komórkach zdepolaryzują się (swoiście wytworzą wstrząs), gdy dotkniecie je napięciem niewyczuwalnym dla waszych paluchów (1V, tzn. jeden tyci volcik, wykres tego wstrząsu niżej). Warto przy okazji przypomnieć, że homo sapiens ­nazwaliśmy się sami my. Nie fetyszyzujmy tej wyższości wyrażonej posiadaniem w krwistym i tłustym ciele pewnych tylko rodzajów komórek, brzydkich zresztą (na dłoni wyglądają jak szary kisiel), które jak już się coś dzieje wokół nas, to one, te właśnie nerwy nasze ukochane, migiem przechodzą do postaci: zszarganych, roztrzęsionych, zestresowanych, rozdrażnionych, nadpobudliwych, generujących kłótnie, a potem ciche dni, nerwice, migreny, rozmaicie rozlokowane nerwobóle (plecy, kark, boczek), padaczki, w porywach łaskawości losu kończące się atakiem szału, lub nareszcie zawałem.

Propagacja potencjału czynnościowego, zapis z dwóch elektrod pomiarowych wzdłuż kiełkującego słonecznika. Dzięki wspaniałej Dr Marii Stolarz z UMCS w Lublinie. Wzbudzenie wywołane tycim napięciem 1V.
Propagacja potencjału czynnościowego, zapis z dwóch elektrod pomiarowych wzdłuż kiełkującego słonecznika.
Dzięki wspaniałej dr Marii Stolarz z UMCS w Lublinie.

Nie sposób zapomnieć też o drugim brzegu rzeki – opływającym móżdżek lodzie, drażniącym chłodzie naszego systemu nerwowego, o nerwach nieczułych, zobojętniałych, wprowadzających w listopadzie całe ciało (a to średnio 70 kg żywego mięsa, sądząc z napisów w windzie) w formę apatii, melancholii, krakowskiego splinu, załamania i wreszcie do depresji tylko niekiedy zakończonej sukcesem (zwykle połowa grudnia). Światłoterapia? Och, ten ersatz lata z kija na 220V? Jakie to smutne już w samym pomyśle tego urządzenia. Nerwy, nerwiczki, nerwunie – garstka komórek, która poruszy rękę do napisania „Manifestu komunistycznego”, kompozycji „Joueurs de flute”, oraz do skurczu w palcu leżącego na spuście, przed którym stoi zwykle czyjaś głowa, pełna mózgu, myślącego po prostu nieco tylko inaczej niż mózg należący do wspomnianego palca. Bach bum! Mózg wybiera, mózg karze. Mózg ocenia inny mózg, twój mózg ktoś teraz ocenia, a ty oceniasz właśnie mój.

Dlatego wszyscy się tak strasznie wnerwiacie, wściekacie, siekacie nerwusy, samozwańczy mieszkańcy najwyższych poziomów ewolucji, obywatele szczytów piramidy troficznej, Top Models wszechświata. Bo jednak trudno tak żyć ciągle wysoko. Trudno wam, nieznośnie wprost napięci posiadacze nerwów, przyszli goście sanatoriów i miękkich foteli psychoterapeutów, trudno trwać tak wciąż w kieracie wzbudzeń dendrytów: patrzeć, słuchać, czuć, ciągle reagować, albo z premedytacją nie reagować, co jest często jeszcze bardziej denerwujące. To jak tu żyć, Panie Premierze, skoro my tacy na bogato, dotknięci palcem niebiańskim, czujący bardzo, najdoskonalsi, ukończeni, najdonioślejsza kadencja oratorium ewolucji?

Dlatego musimy czasem się znieczulić albo trwać już na zawsze w rujnującej anestezji. Dla pocieszenia rzucam naręczem: papierosiki (nikotyna wyekstrahowana z niekumatych liści), piwko (olejki z tępych, ale ładnych kwiatów i słód z nasion pełnych zarodków), winko (wyciśnięte owoce), wdech (suszone zielsko), strzał z Heleny (alkaloidy z soku półgłówek maku), oraz rozmaite destylaty z ordynarnych bulw, a jak już nic nie pomaga, to może chociaż leżanka z widokiem na łąkę czy las uzdrowiska. Proszę się częstować, przychodzi pani z tacą: dziś w karcie mamy Valerin Max, Meliski, Nervo Calm, Positivum albo sprowadzony z zagranicy, zachęcająco brzmiący: Stress-gutte Nerven.

Oddychaj więc głęboko. Ucisz nerwy. Połóż się gdzieś wygodnie. Ulga. Wyobraź sobie, że jesteś w pięknej puszczy, dęby i graby, borowiki, oddychaj, jest powietrze, szumi las, uspokój się, wyobraźnia… Ale już za chwilę z lasu wychodzi pan Szyszko. Szyszko z szyszką. Oddychaj, nie myśl! Tak jest, wyłącz nerwy! No to wreszcie mamy to. Bo do tego się to wszystko sprowadza. Do dezaktywacji, rezygnacji z tego nerwociągu, do zamykania oczu i zatykania uszu. A wszystko to, by choć czasem współistnieć jak każda sasanka, kapusta i wiąz robią bez żalu i od zawsze.

Więc boli rośliny czy nie? Zastanawiają się, kim są? Jak się nazywają? Czy to słowo je określa, czy nie określa, czy się pisze łaciną, z wielkiej litery, czy może się podkreśla? Sosna, zawilec, róża, Pinus, Anemone, Rosa? Co to właściwie znaczy? Naprawdę nic. Bo przecież tu wszystko zupełnie bezimiennie, żywo rośnie, w ferworze zmieniającej się wspólnoty w przestrzeni, podąża tak przez tysiące lat i w każdej sekundzie wypełniając terytoria ziemskie, otwarcie, całkowicie żyje. Osłoną ziół, liści jest tylko epiderma, czyli przeźroczysta skórka o grubości zaledwie ok 0,02 milimetra. Nawodniona warstewka, błonka niewidoczna, którą musi przeciąć światło dla fotosyntezy. Jest bardzo lekko namaszczona woskami i ultraczuła. To wszystko, czym ochrania się każdy liść, czym się na świat otwiera i ze światem rozmawia, pokazując z jakąś swoistą ufnością swoje wnętrze pełne barwników i pulsujących żyłek. Nieosłonięta niczym sieć bladych korzeni wrasta w mroczną ziemię, brudną, nieznajomą materię dotyka obnażonym, otwartym swym ciałem. Włośniki korzenia to najbardziej nagie komórki u roślin i są ich miliony. Jeszcze nie odnotowano, by na takie spotkanie otwartych liści i korzeni jakikolwiek współgatunek zareagował ogniem, kwasem czy nożem. Przydarza się to tylko tym z wielkimi, pofałdowanymi mózgami i ciałem pełnym receptorów bólu.