Jeszcze 3 minuty czytania

Urszula Zajączkowska

PLENER: Instytut Doskonalenia Warzyw

Urszula Zajączkowska

Urszula Zajączkowska

Całe życie poświęcić dla brokułów? Doznawać ekstazy nad formą dyni? Zarywać noce dla przyrostów kapusty? Kto za tym stoi? Kto?  – wakacyjny felieton o Instytucie w Barłogach

Być może we wsi Barłogi okoliczna ziemia posłana jest zszytym z barwnych łat, puchatym kocem upraw, rozłożonym aż po horyzont. W tamtejszym, naprawdę mało prawdopodobnym, dawnym pałacu rodziny Zamoyskich mógłby działać Instytut Doskonalenia Warzyw (IDW). Pałac ten, w formie klasycystycznej, zaprojektowany przez, kto wie, może istniejącego kiedyś, architekta, Walerego Krzywickiego, na planie pewnie prostokąta, z pokaźnym tarasem od strony frontowej, otwartym na park – wymagałby na pewno już lekkiego odnowienia. Gdzieniegdzie tynki i podmurówki kruszyłyby się, obnażając spopielało-pomarańczowe cegły, stopnice schodów wejściowych odłamywałyby się – ale to wszystko nie znaczyłoby zbyt wiele dla gospodarzy tych murów. Nikt nie zaprzątałby sobie tym głowy, kiedy by wchodził do tego pałacu. Zupełnie inne myśli krążyły w czaszkach pracowników Instytutu, gdy przyciskali zimną dźwignię mosiężnej klamki, spiesznie zamykali za sobą drzwi, rozkołysując lwią antabę. W jej oczy nikt też nigdy nie zaglądał.

Bo tu  badało się tylko bulwy, korzenie, łodygi i liście, zapadając się w ich tkankach i wymiarach jak w kosmosie, z wiarą, że się go zna. Tu formułowało się warzywne pokroje, zwiększało w nich zawartość pożądanych cukrów i cierpliwie redukowało grubość skórki oraz ilość twardych włókien. Pracujący tu adiunkci, profesorowie i technicy bez krzty zwątpienia wierzyli, że ich praca nad odmianą buraka, dyni czy kalarepy jest fundamentalnym stwarzaniem świata. Rysowaniem zdań absolutu. Wszyscy milcząco, z niepodważalną akceptacją przyjmowali, że ich twórczość ma być też i całkiem anonimowa, niewymagająca rozpoznawalności poza ich światem. Bo czy można żądać refleksji nad pobudkami autora odmiany rzepy czy marchwi ? Czy można wzruszać się nad wyczuciem materii istnienia u autora odmiany takiej banalnej przecież dyni? Czy istnieją recenzje form pomidora napisane z tą samą, pełną pewności siebie pozą, jaką się przybiera, pisząc o przeczytanych książkach? Autorzy warzyw! Gdzie więc jesteście? Przecież za każdą z warzywnych odmian schowany jest jakiś z was ktoś. Bezimienna armia podziemia i nadziemia! To właśnie ona od wieków uprawia, polepsza, dostosowuje formy dla lekkostrawności i piękna, dla słodyczy, zdrowia, przeżywania komfortu w chwili konsumowania. Aby całe życie poświęcić dla brokułów? Doznawać ekstazy nad formą dyni? Zarywać noce dla przyrostów kapusty? Pogrywać z bobem i niewdzięcznych doświadczać od niego porażek? Kto za tym stoi? Kto?
Pracownicy Instytutu Doskonalenia Warzyw (IDW) w Barłogach.

1.

Doktor Andrzej podniósł szklankę zagnieżdżoną w metalowym koszyku, ornamentowanym w kwiaty z rodziny Rosaceae. Dwie kostki cukru, brązowieją. Chwila mieszania, aż do zakończenia frazy zawieszonej gdzieś myśli. Łyżeczka spoczywa na spodku, spierzchnięte palce uwalniają ją na chwilę. Kropla z jej brzegu ścieka, zaznaczając swój tor brązową smugą na łuku talerzyka. Oczy zawinięte w powieki pomarszczonej skóry, jak jajka w gnieździe, nieruchomieją w skupieniu. Łyk. Ciepła kawa pobudza z wolna.
– „Kiedyś byliśmy kimś” – myśli. Oddycha ciężko. Odkłada szklankę z dźwięcznym brzękiem metalu o spodek. – „Miał człowiek siłę”. Przełyka. Patrzy na przepływające chmury za firanką.
– „Mój Boże. Nasiona brokułów musiały być sygnowane nawet przez Ministerstwo Rolnictwa! Jechało się do Warszawy. Czekało godzinami. A na polu, jak nie przypilnował, to przepadło. I nie ma pomiłuj! Brokuły żółkły albo śmietka żarła? To wyleciałeś z roboty, żeś przespał. Chroń Panie Boże! Ale człowiek młody był, miał siłę”.
Cisza. Stuka tylko wahadło zegara. Nie wiadomo, czy bardziej słychać tykanie, czy milczące przerwy pomiędzy.­ – „Skończyło się wszystko”. Autobus zbliża się, pewnie jest już na Spółdzielczej. Grzebień odłożony pod całkiem ślepym już lustrem leży z kilkoma splątanymi, szarymi włosami. Sznurówki zaciskają się w butach. – „Jeszcze tylko czterdzieści siedem dni” – wypowiada w głowie, równo ze szczękiem zamka. 

brokuł

2.

W pierwsze ocieplenie wbija w ziemię milion palików, tam gdzie jej każą, wyznacza sznurkiem powierzchnie badawcze, sieje cebulę. Ale chce wrócić już do domu, do Skierniewic, mówi tak od trzech lat, szczególnie wiosną, gdy wszystko trzeba zacząć od nowa. Latem mierzy dla nich szczypior, podśpiewując dziwnym językiem, na który tu już nikt nie zwraca uwagi. Jesienią waży tysiące główek, kroi je, strasznie płacze, sprawdzając tylko, czy się rozszczepiają, a gdy się rozszczepiają, to je wyrzuca. Te okrągłe i jednolite zaznacza, gdzie na polu rosły. Wszystkich dotyka z czułością, każdą z osobna, choć na chwilę zamykając w dłoniach, jakby je rozpoznawała. Przypomina sobie kwiecień, gdy układała nasiona w ziemi. Jak zawsze zaklinała je wtedy mocą Księżyca i dopiero potem przykrywała namokłą grudką, by z zaklęciem je tam uwięzić. Wiosną zawsze stoją nad nią. Coś mówią, fotografują i notują, ale ona już całkowicie wtedy znika. Odrobinki nasion, śpiące wspomnienie macierzystej postaci, od razu po jej zaklęciach zaczynają rosnąć. Słyszy to, gdy z chwilą, kiedy łupinka dotyka ciała ziemi, cicho rozbrzmiewa pełna dysharmonii introdukcja, dźwięk dopasowywania się tych dwóch bytów świata. Przykucnięta, słucha ziemi i nasion. Tumany kurzu mieszają się jej we włosach, szara postać skulona coś mamrocze. – Patrzcie, wariatka – powiedzą. Na twarzy osadza się jej szarym cieniem pył, szkicując grafiki zmarszczek. Wilgotnieje brudna skóra i skrapla się, rysując na policzkach mapy dorzeczy Jordanu. Ciekną cicho wprost w ziemię i zaraz z ziemią się łączą.

cebula

3.

Przyjeżdżał do Instytutu zawsze jako pierwszy. Jego mercedes z automatyczną skrzynią biegów parkował pod wiatą z dokładnością zegarka. Spod otwartych drzwi pomału wyłaniały się potężne nogi. Żwir chrząkał powolnym stąpaniem. Doktor inżynier Jerzy Michalski ważył grubo ponad sto kilogramów, miał potrójny podbródek i opadające, gruszkowate policzki, na których odciskały się krawędzie oprawek, tworząc zagłębienia, jak rowki do siania bobu. W swoim gabinecie, ozdobionym pokonferencyjnymi plakietkami z jego nazwiskiem i oprawionymi dyplomami odbytych szkoleń, zasiadał na skórzanym fotelu, który skrzypiał głębokim wielogłosem. Wyciągał nogi na stół, chwytał nieużywany ołówek z napisem Berkeley, brał oddech i wtedy właśnie zaczynał marzyć. Marzył daleko i najpiękniej, chociażby o tym, że to właśnie jego odmiana bobu wygrała Grand Prix na tamtych Targach Food Tech w 1985 roku w Minnesocie. I że wtedy on wcale nie przeżywał żadnych uderzeń panicznego lęku, gdy podchodzili do niego hodowcy z różnych stanów, okropnie swobodni, bezczelni, gdy mówili coś tymi białymi zębami, ciągle tylko mówili strasznym, obcym bełkotem, zagłębiając te swoje paluchy w workach z jego nasionami, serwując uśmiechy, z których Jurek Michalski odczytywał tylko szyderstwo. Teraz wszystko było inne. Rozmawiał z farmerami ze swobodą i dobrodusznie zdradzał tajniki nawożenia bobu, poklepując wszystkich po ramieniu, rozdawał wizytówki, by wreszcie w dniu finału wskoczyć na scenę, pokonując aż trzy, nie!, cztery stopnie prężnym susłem, by w pełnym luzie odebrać złoty, ogromny puchar. Chwyciłby go tylko jedną ręką, zażartowałby coś w lokalnym żargonie, szepcąc to do ucha przewodniczącego, co od razu, za jego łaskawą zgodą, byłoby na głos powtórzone do mikrofonu, a wtedy wszyscy w tamtej hali, wszyscy ryknęliby śmiechem, patrzyliby i biliby brawa, których echo ciągnęłoby się aż po krańce prerii. 

bób

4.

To był już właściwie ich małżeński rytuał. Tuż przed północą pani dyrektor Instytutu Doskonalenia Warzyw w Barłogach, profesor K. zaczynała być trochę nieobecna, zerkała chaotycznie za okno, coś nerwowo mrucząc, odbijała się od ściany do ściany. W tym momencie mąż już wiedział, że to jest ten czas, kiedy on i ich wyżeł Radix muszą po prostu stamtąd wyjść, na co najmniej godzinny spacer. Dlatego drzwi zaraz się zamykają, od razu srebrny kurek odkręca w wannie gorącą wodę, która parującymi wlewami przetacza się w kłębowisku piany. Okna, lustra pokrywają się mgłą aromatyzowanej wilgoci, która skrapla się sączącymi stróżkami. Profesor K. ma ten czas tylko dla siebie, do przeżywania codziennego katharsis, które tu, w mydlinach zawsze na nią działało. Rozbiera się więc powoli, w pełnej celebrze chwili i zaraz zwolna już dzieje się to wyczekiwane. Oto wreszcie zanurza siebie we wrzącym wszechświecie ciepła. I jest już cała tam. Nigdzie. I właśnie wtedy jej brzuch powoli doznaje przypływów karotenów, pomarańczowieją jej ręce, twarz, a włosy z lekka zaczynają iskrzyć się zielenią. Kurczą się ręce i nogi, a cały tors pulchnieje cylindrycznie, z dolnej jego części wyrasta kilka rzędów coraz bardziej wyraźnych korzeni bocznych. Z górnej metamorfizuje głowa, z której czubka stroszy się wzniesiona rozeta liści. Przyklejają się do płytek łazienki, w wilgoci suną wyżej i wyżej. Jej skóra wciąż jest dość gładka, gdzieniegdzie tylko z poprzecznymi karbami w miejscach, gdzie były łokcie, lub z niewielkimi naroślami obok przetchlinek, czyli wokół nosa. Gigantyczny korzeń marchwi wypełnia tak całą wannę. Wreszcie tylko tak. Ale potem jest już zaraz dzwonek do drzwi, w kodzie od dawna ustalonym, i wszystko zasysa się na nowo w znajome ciało. I znowu są te ręce, nogi i włosy rude. Potem ręcznik, suszarka i szlafrok. K. wychodzi z łazienki jak zawsze po tym głodna, zaczyna więc przygotowywać kolację. Kanapki z serem. Jedzą wspólnie, rozmawiają o tym, że chyba trzeba przemalować już kuchnię. Pies śpi.

marchewka