Dziesięć skrzynek, dwie bańki na mleko
fot. ŻIH

24 minuty czytania

/ Literatura

Dziesięć skrzynek, dwie bańki na mleko

Piotr Paziński

Ringelblum widział w tym sedno historycznego posłannictwa: zaalarmować świat i powstrzymać eksterminację setek tysięcy Żydów. Te nadzieje okazały się płonne, ale Archiwum naprawdę służy dzisiaj badaczom – nie tylko zagłady Żydów, ale i kondycji ludzkiej

Jeszcze 6 minut czytania

Trudno tę fotografię zapomnieć. Historyk Michał Borwicz wynurza się z rumowiska kamienicy przy Nowolipkach 68, w rękach trzyma metalową skrzynkę. Podaje ją stojącemu nad wykopem drugiemu mężczyźnie. Jest nim Hersz Wasser, z wykształcenia ekonomista, z zawodu księgowy, jeden z trójki współpracowników Emanuela Ringelbluma, którzy przeżyli Zagładę. W skrzynce, jednej z dziesięciu, znajduje się część archiwum warszawskiego getta, zwanego potocznie, na cześć jego założyciela i kierownika, Archiwum Ringelbluma. Jest wrzesień 1946 roku, cztery lata po zakończeniu wielkiej akcji wywózkowej, w której zginęła większość pracujących z Ringelblumem autorów i archiwistów. Druga część Archiwum, umieszczona po sąsiedzku w dwóch bańkach na mleko, odnajdzie się w 1950 roku, podczas budowy nowego Muranowa.

O poszukiwaniach z 1946 roku Borwicz opowie po latach: Robotnicy ostukiwali ściany i podłogę, a my z Wasserem patrzyliśmy na siebie, myśląc o tym samym: czy coś przetrwało? Przetrwało. Archiwum, pieczołowicie tworzone przez konspiracyjny zespół uczonych i społeczników, następnie studiowane i opracowywane przez historyków przez kilkadziesiąt powojennych lat, liczy około 3040 dokumentów spisanych w językach polskim, jidysz i hebrajskim, powstałych w większości między wrześniem 1939 roku a lutym 1943 roku, i jest największym pojedynczym zbiorem świadectw zagłady Żydów europejskich. Jego nowoczesna edycja naukowa, sporządzona w Żydowskim Instytucie Historycznym, liczy blisko 40 tomów. W ten sposób spełnia się przynajmniej jedno marzenie Emanuela Ringelbluma: archiwum getta warszawskiego trafiło do potomnych.

fot. Żydowski Instytut Historycznyfot. Żydowski Instytut Historyczny / PAP

A jak to się zaczęło? „Pierwsze podwaliny pod archiwum – zapisał Ringelblum w tekście podsumowującym działalność grupy w styczniu 1943 roku – położyłem w październiku 1939. Atmosfera w Warszawie była wtedy bardzo przygnębiająca. Każdy dzień przynosił nowe restrykcje wobec Żydów”. Ringelblum, rocznik 1900, uczeń Marcelego Handelsmana, działacz społeczny i sympatyk Poalej Syjon-Lewicy, miał warsztat historyka, dorobek naukowy sprzed wojny, charyzmę i był dobrym organizatorem. W getcie, stopniowo zamykanym przez Niemców, zgromadził wokół siebie ludzi różnych temperamentów i przekonań ideowych, podzielających ideę pomysłodawcy: zbierać świadectwa i dokumenty dotyczące losu Żydów pod okupacją hitlerowską. Konspiracyjną grupę, która od późnej jesieni 1940 roku zbierała się w prywatnym mieszkaniu Ringelbluma w soboty, nazwano po hebrajsku, sięgając do słownictwa religijnego, Oneg Szabat (Radość Szabatu). Jej trzon stanowiło kilkanaście osób. Współpracowników, zaangażowanych przeważnie także w inne formy oporu, przede wszystkim samopomoc społeczną, pracę w schroniskach i kuchniach ludowych, czy też, jak sam Ringelblum, w samopomoc oraz podziemną Żydowską Organizację Bojową – było więcej, przypuszczalnie około setki. Gdy idzie o ścisły krąg, wojnę przeżyły, jak już powiedziano, trzy osoby: sekretarz archiwum Hersz Wasser i jego żona Bluma oraz pisarka i działaczka społeczna Rachela Auerbach. Szef Archiwum zginął w marcu 1944 roku, po kilku miesiącach ukrywania się wraz z rodziną w zakonspirowanym polskim schronie przy ulicy Grójeckiej na Ochocie, zadenuncjowany przez pojedynczego szmalcownika.

Ringelblum z synem Urim / fot. ŻIHRingelblum z synem Urim
/ fot. ŻIH
Co zbierano? Mówiąc najogólniej – wszystko, co miało wartość dokumentalną, stanowiło źródło do dalszych (dalszych, bo powołując Oneg Szabat, jego założyciele spodziewali się wielkiej fali terroru, ale nie całkowitej zagłady) badań historycznych na temat życia Żydów podczas wojny, nie tylko w Warszawie, ale też w całej okupowanej Polsce. Zbierano dzienniki, pamiętniki, listy, oficjalne dokumenty, druki ulotne, egzemplarze podziemnej prasy, teksty literackie, rozporządzenia okupanta i oficjalne dokumenty Judenratu, od którego zresztą Ringelblum i jego współpracownicy trzymali się jak najdalej. Od początku stawiano na polifonię, „wszechstronność” doświadczenia: teksty przygotowane przez historyków profesjonalistów, pisarzy, suche statystyki oraz, cenione przez Ringelbluma najwyżej, amatorskie zapiski osób „z ludu”, nierzadko ludzi z prowincji, przybyłych do Warszawy wraz z kolejnymi falami przesiedleń. Zawodowi historycy przyuczali ich do zawodu, a Ringelblum osobiście starał się poprawić ich rozpaczliwe warunki bytowe, rozpaczając nad każdym utraconym wskutek głodu czy tyfusu talentem. „Umyślnie – wspominał – nie przyciągnęliśmy do tej pracy zawodowych dziennikarzy, ponieważ nie chcieliśmy, aby nasza działalność wykonywana była schematycznie. Pragnęliśmy, aby przebieg wydarzeń w każdym miasteczku, przeżycia każdego Żyda – a przecież każdy Żyd w czasie tej wojny jest odrębnym, indywidualnym światem – zostały oddane jak najprościej, jak najwierniej. Każde zbędne słowo, każde literackie koloryzowanie lub upiększanie kłuło w oczy, wywołując niesmak. Życie Żydów podczas tej wojny tak obfituje w tragedie, że zbędne jest wzbogacanie ich o zbyteczne słowa”.

Materiały na bieżąco opracowywano. Oneg Szabat był nie tylko archiwum, ale też placówką par excellence badawczą. Póki się dało, współpracownicy tworzyli bądź zamawiali opracowania dotyczące spraw demograficznych, społecznych, kulturalnych, medycznych (dotyczące m.in. pionierskich badań nad zjawiskiem głodu), szkicowali plany przyszłych monografii naukowych w ramach projektu roboczo zatytułowanego „Dwa i pół roku”, sporządzali raporty „na zewnątrz”, przekazywane drogą konspiracyjną w świat. Dwie poświęcone sytuacji Żydów w okupowanej Polsce audycje BBC (w czerwcu 1942) powstały na podstawie materiałów zebranych w środowisku Ringelbluma, które przemycono, via Szwecja, do Londynu. Było to już niestety w czasach systematycznej likwidacji kolejnych gmin i gett. O przebiegu „akcji” w niejednym miasteczku wiemy również dzięki dokumentom zgromadzonym przez Oneg Szabat. To właśnie w Archiwum Ringelbluma znalazła się pierwsza relacja z gazowania ludzi w Chełmnie, potem w Treblince, i z masowych egzekucji na Wschodzie.

Archiwum Ringelbluma. Antologia. Opracowanie Marta Janczewska i Jacek Leociak. Zakład Narodowy im. Ossolińskich, seria Biblioteka Narodowa, 1000 stron, w księgarniach od grudnia 2019„Archiwum Ringelbluma. Antologia”. Opracowanie Marta Janczewska i Jacek Leociak, Zakład Narodowy im. Ossolińskich, seria „Biblioteka Narodowa”, 1000 stron, w księgarniach od grudnia 2019Ringelblum widział w tym sedno historycznego posłannictwa grupy: zaalarmować świat i być może powstrzymać eksterminację dalszych setek tysięcy Żydów. Gdy świat pozostał głuchy, kurczowo trzymano się myśli, że dokumenty (pierwszą partię, tę w skrzynkach, ukryto w piwnicy na Nowolipkach 3 sierpnia 1942, w kulminacji wielkiej akcji likwidacyjnej, drugą, tę w bańkach, w lutym 1943, po kolejnych wywózkach, gdy większe połacie getta były już miastem duchów), o ile ocaleją – będą świadectwem hitlerowskich zbrodni, aktem oskarżenia, a być może wstrząsną sumieniem świata i doprowadzą do moralnej odnowy. Jak ujął to jeden z najmłodszych współpracowników Archiwum, 19-letni Dawid Graber, który wraz ze swoim 18-letnim towarzyszem Nachumem Grzywaczem zakopywał skrzynki z dokumentami: „Niech ten skarb dostanie się w dobre ręce, niech dożyje lepszych czasów, niech zaalarmuje świat o tym, co się stało w 20 wieku”. W tej ostatniej sprawie nadzieje szefa i pracowników Oneg Szabat okazały się płonne, niemniej ich archiwum naprawdę służy dzisiaj badaczom – nie tylko zagłady Żydów, ale i kondycji ludzkiej.

Właśnie kondycji ludzkiej, bo Archiwum Ringelbluma najwięcej mówi o człowieczeństwie. Decyzja, by w sytuacji skrajnego zagrożenia i wyczerpania prowadzić prace archiwistyczne i badania naukowe, które być może posłużą komuś w przyszłości – świadczyła nie tylko o heroizmie konspiratorów, ich wierze w lepsze jutro i moc wytworzonych przez człowieka artefaktów kultury, o zobowiązaniu wobec własnej historii i przyszłych pokoleń, ale stanowiła też gest sięgający samego sedna egzystencji człowieka. Ringelblum od początku, od pierwszych niemieckich represji jesienią 1939 roku, podkreślał wielką wartość terapeutyczną Oneg Szabat – wspólnotowy charakter przedsięwzięcia i wymiar duchowego oporu: „Oneg Szabat nie jest zrzeszeniem naukowców, którzy rywalizują jeden z drugim i wzajemnie się zwalczają, lecz jednolitą korporacją, bratnim związkiem, w którym wszyscy nawzajem sobie pomagają i dążą do tego samego celu. Przez długie miesiące przy jednym stole siedział pobożny rabin Huberband obok lewicowego poalej-syjonisty Hersza Wassera i ogólnego syjonisty Abrahama Lewina. Mimo to harmonijnie współpracowano”. Nawet wziąwszy poprawkę na patos – w takiej sytuacji raczej nieunikniony, Ringelblum pisał swój końcowy raport, gdy większość uczestników sobotnich posiedzeń już nie żyła – w słowach szefa Oneg Szabat słychać przekonanie, że ludzie z podziemnego archiwum pomyślnie przeszli próbę, jakiej poddała ich historia.

Gdy zagłada nabierała tempa, od zimy 1941/1942, gdy do getta zaczęły napływać straszne wieści o masowych egzekucjach, doszedł do tego istotny wymiar egzystencjalny. Mówiąc wprost: w ludziach skupionych wokół Ringelbluma narastało przekonanie, że nie przeżyją wojny, toteż muszą zaświadczyć o tym, że w ogóle istnieli. Gustawa Jarecka, autorka przejmującej relacji pt. „Ostatnim etapem przesiedlenia jest śmierć”, kilkustronicowej syntezy tego, co działo się w getcie w ostatnich tygodniach przed Wielką Akcją, a więc wiosną i wczesnym latem 1942 roku, pisała następująco: „Przed nami i za nami jest śmierć, można by powiedzieć, że obecne chwile oczekiwania dzieją się po wyroku, który już zapadł. Jeszcze przypadek może go odwrócić. W chwilach oczekiwania, które mają w sobie odwieczną nadzieję instynktu, chcemy utrwalić ślad po sobie. Obojętna jest definicja: literatura, historia czy kronika – to jest proste ponure opowiadanie, jedno z tych, które leżą u podłoża bezimiennych legend świata”. Jeszcze lapidarniej ujął to jeden z dwóch chłopców, którzy ukryli Archiwum, pozostawiwszy w skrzynkach własne testamenty: „Nie znam mego losu, nie wiem, czy będę mógł wam opowiedzieć, co się stało dalej. Pamiętajcie: nazywam się Nachum Grzywacz”.

Notatki Emanuela Ringelbluma, wykaz imienny zamorodowanych żydowskich inteligentów / fot. ŻIH Notatki Emanuela Ringelbluma, wykaz imienny zamordowanych żydowskich inteligentów / fot. ŻIH

Owe głosy zza grobu, należące do ludzi, z których większość zginęła, zaraz po wojnie były słabo słyszalne. Dokumenty wprawdzie ocalały, przeżyła grupa historyków, która stworzyła w Warszawie, na ruinach przedwojennego Instytutu Nauk Judaistycznych, nową placówkę – Żydowski Instytut Historyczny, papiery (zwłaszcza te ze skrzynek, mocno nadwerężone przez piwniczną wilgoć) pieczołowicie zakonserwowano, wiele udostępniono drukiem, po polsku i w jidysz, w książkach i czasopismach branżowych, ale oddziaływanie Archiwum długi czas ograniczało się do grupy specjalistów i wtajemniczonych, nie trafiając do szerszego grona czytelników. Rachela Auerbach oraz Bluma i Hersz Wasserowie, ostatni żyjący członkowie Oneg Szabat, wyjechali w 1950 roku do Izraela, za nimi podążyli kolejni badacze. Kolejnym ciosem był Marzec ’68, oznaczający nie tylko kolejną falę emigracji, ale też faktyczny koniec naukowego wydawnictwa Idysz Buch.

Ale zdecydował o tym też inny czynnik, dotyczący zresztą żydowskiej i polskiej historiografii II wojny światowej – eksponowanie czynu zbrojnego kosztem historii cywilnej, także historii cywilnego oporu, stawianego niżej w hierarchii prestiżu od walki z bronią w ręku. W wojennych dziejach Żydów akcent położono na powstanie kwietniowe 1943 roku. Wprawdzie pomnik Bohaterów Getta, odsłonięty w 1948 roku w centralnym punkcie Muranowa, w powszechnym odczuciu był symbolicznym grobem całego getta, niemniej dzieje „dzielnicy zamkniętej” i jej martyrologia stanowiły przez lata, w środowiskach reprezentujących zresztą różne kierunki ideowe, jakby tło dla powstańczego zrywu, może z wyjątkiem monumentalnej postaci Janusza Korczaka, który ze środowiskiem Ringelbluma akurat nie był związany. Dla polskich czy izraelskich historyków powstania w getcie zbiory Oneg Szabat były nieprzydatne: gdy Mordechaj Anielewicz z towarzyszami ruszał do nierównej walki przeciwko likwidującym getto esesmanom, bańki z drugą częścią archiwum od trzech miesięcy spoczywały pod ziemią.

Notatki Emanuela Ringelbluma / fot. ŻIHNotatki Emanuela Ringelbluma / fot. ŻIH

Dzieje gettowej ulicy, na podstawie dokumentów z Archiwum Ringelbluma, opisała dopiero w przełomowej pracy Ruta Sakowska. Książka „Ludzie z dzielnicy zamkniętej”, oddająca hołd kuchniom ludowym i organizacjom przesiedleńców, opisująca życie społeczne i kulturalne getta warszawskiego, konspirację i opór, ukazała się nakładem PWN-u w 1975 roku. Pięć lat później, w opracowaniu tej samej wybitnej badaczki, również w PWN-ie, wyszła pierwsza popularna edycja niektórych pism z kręgu Oneg Szabat. Kilkanaście kolejnych lat trwało opracowywanie następnych źródeł, które posłużyły do napisania prac tak wybitnych jak „Getto warszawskie. Przewodnik po nieistniejącym mieście” Barbary Engelking i Jacka Leociaka, najważniejszej syntezy tego, co działo się w getcie. Ale dopiero w pierwszych latach XXI wieku, po wykształceniu nowego pokolenia historyków i tłumaczy (połowa dokumentów powstała w jidysz i po hebrajsku) prace ruszyły pełną parą. Kolejne tomy ukazywały się już płynnie, w ŻIH otwarto wystawę, zbiory poddano konserwacji i wszystkie zdigitalizowano, a o Archiwum zrobiło się głośno jak nigdy dotąd.

Właśnie temu zainteresowaniu zawdzięczamy poręczny wybór tekstów z Archiwum w opracowaniu Marty Janczewskiej i Jacka Leociaka, który w grudniu ukazał się w prestiżowej serii „Biblioteka Narodowa” wydawnictwa Ossolineum. Trudno myśleć o tym bez wzruszenia. Oto podziemne archiwum ginącej żydowskiej Warszawy, dawno uznane za dziedzictwo ludzkości, przyjęto w poczet najważniejszych tekstów kultury polskiej. Polscy Żydzi: Rachela Auerbach, Emanuel Ringelblum, Abraham Lewin, Gustawa Jarecka, Icchak Kacenelson, Joszua Perle, Perec Opoczyński, Władysław Szlengel i inni – stają na równych prawach obok wieszczów i gigantów pióra, autorów z list lektur szkolnych i kanonów. Archiwum staje się kanonem, wspólnym tekstem kultury. Dziwny moment, ale radosny. Powiedzmy więc kilka słów o edycji Ossolineum.

Metalowe skrzynki, w których ukryto pierwszą część Archiwum Ringelbluma  / fot. ŻIHMetalowe skrzynki, w których ukryto pierwszą część Archiwum Ringelbluma / fot. ŻIH

Zawiera ona, jak skrupulatnie podliczyli redaktorzy tomu, zaledwie trzy procent objętości Archiwum Ringelbluma i nie jest jego reprezentatywnym przeglądem. Brak tu szczegółowych opracowań naukowych, tabel statystycznych czy dokumentów urzędowych, stanowiących znaczną część korpusu Archiwum. Brak przedruków z konspiracyjnej prasy. Co więc się tu znalazło? Przede wszystkim fragmenty dające się zakwalifikować jako literatura dokumentu osobistego. Ta szeroka kategoria obejmuje, jak objaśnia w obszernej przedmowie Jacek Leociak, „rozległy obszar pisarstwa autobiograficznego we wszystkich jego gatunkowych odmianach”, teksty więc nieuchronnie naznaczone subiektywizmem, utrwalające przeżycia autorów, ich doświadczenia i refleksje. Nie znaczy to, że idzie tu – jakby wbrew wytycznym Ringelbluma, stawiającego raczej na materiał „surowy” – o utwory skupione wyłącznie na pisarskim ego. Przeciwnie: fragmenty dzienników, listów, relacji, testamentów i opowiadań odnoszą się jak najbardziej do otaczającej autorów rzeczywistości getta i Zagłady. Odnoszą się, co ważne, za pośrednictwem języka, rozmaitych form zapisu gettowego doświadczenia, gatunków literackich, sposobów organizacji myśli.

Szło więc raczej nie tyle o uczynienie zbioru reprezentatywnym, ile ukazanie trendów języka i wielości rodzajów ekspresji. Nawet pobieżna lektura tomu dowodzi, że takie założenie było słuszne, dzięki niemu udało się wydobyć i pokazać polifoniczność Archiwum. Programowy tekst Ringelbluma „Oneg Szabat”, podsumowujący działalność Archiwum, sąsiaduje tu z „mówionymi” zapiskami „amatorów”, te zaś – z pisanymi literackim językiem próbami syntezy tego, co się wydarza. Wspomniany dział „dokumentu osobistego” pomieścił teksty tak różne jak fragmenty dziennika Abrahama Lewina z 1942 roku (jednego z największych literackich osiągnięć w warszawskim getcie – o ile kryteria estetyczne mają tu jeszcze jakiś sens) i wspomniane testamenty Dawida Grabera i Nachuma Grzywacza, sprawozdanie Estery Karasiówny ze świetlicy CENTOS-u przy Śliskiej czy anonimowy, wzruszająco nieporadny językowo opis niemieckiego terroru w Kozienicach. Czytelnik, który pragnąłby pogłębić temat, ma do dyspozycji poszczególne tomy Archiwum (jest ich, jak powiedziano, 37), a także podręczne, wydane w ostatnich latach w ŻIH edycje pism Racheli Auerbach i dziennika Lewina.

Rzecz jasna, granice pomiędzy gatunkami są zazwyczaj płynne. Najlepsze zachowane w Archiwum teksty mają zarazem ogromną wartość dokumentalną i literacką. Widać, że Ringelblum miał rację, gdy mówił, że zbędne jest wzbogacanie tragedii o zbyteczne słowa. Okazuje się też, że teksty, które powstały jeszcze podczas wojny, w pierwszej fazie pisania o Szoa, gdy dominowało przekonanie o konieczności składania świadectwa, niejednokrotnie górują nad utworami późniejszymi, kiedy w tekstach ocaleńców i świadków do głosu zaczyna dochodzić poczucie niewyrażalności Zagłady i zasadniczej niemożliwości jej wypowiedzenia w poezji czy prozie artystycznej, potrzeba i komfort eksperymentu czy wyważania racji. W przypadku tekstów powstających na bieżąco (od sążnistych dzienników po ulotne, kilkuzdaniowe listy wyrzucane z transportów do Treblinki albo odnalezione w ubraniach zagazowanych ofiar) ważna jest nie forma, lecz treść. Na poszukiwanie formy przeważnie zresztą brakuje czasu. Jeśli pojawia się obawa związana z działalnością pisarską, dotyczy czegoś zupełnie innego: że sporządzone świadectwa nie przetrwają wojny, ulegną zniszczeniu albo zaginą; że przetrwają, ale ze względu na ogrom niemieckich zbrodni i ich „niesamowitość” przyszli czytelnicy nie będą w stanie w nie uwierzyć.

Może dlatego literatura świadectwa, czytana dzisiaj, niejednokrotnie wydaje się czystsza, więcej mówi o Zagładzie niż niejedna nowela i niejeden traktat filozoficzny. Jej najciekawsze przypadki mają charakter graniczny, jak dzienniki ludzi, którym nie dane było przeżyć, urywające się, jak dziennik Lewina, w chwili, gdy ich autorzy zostali zadenuncjowani w kryjówce po stronie aryjskiej albo wywiezieni z getta na śmierć. Takie zapiski sięgają w mrok Szoa tak głęboko, jak to tylko możliwe, i naprawdę przywracają Zagładę świadkom i ofiarom. Cóż bowiem więcej można dodać do kartki wyrzuconej z wagonu z następującym tekstem: „Płońsk 16/XII 42 Jest rano. Jesteśmy w wagonie z całą rodziną. Wyjeżdżamy z ostatnią turą. Płońsk jest oczyszczony”? Do jakiej kategorii dokumentu zakwalifikować ten list? I czy kategorie są tu w ogóle ważne?

Rzecz jasna, każdy wybór, zwłaszcza z materiału tak obszernego, jest dyskusyjny. Żal każdej niezamieszczonej stronicy dziennika Abrahama Lewina, choćby poruszających opisów nieba uwięzionego w murach getta, szkoda raportu „Likwidacja żydowskiej Warszawy” i znakomitych zapisków Racheli Auerbach z czasu jej pracy w kuchni ludowej (zamieszczone tylko we fragmentach). W moim poczuciu autorzy antologii po macoszemu potraktowali – i tak zazwyczaj traktowaną po macoszemu – literaturę religijną. Wprawdzie osobę rabina Kalonimusa Szapiry, może największego teologa getta warszawskiego, upamiętniono fragmentem traktatu „Nakaz i ochotne spełnienie”, poświęconego śmierci ukochanego syna, cóż jednak szkodziło przedrukować jedno z sobotnich kazań ze zbioru „Esz kodesz” (Święty ogień). Prawda, są to teksty gęste od biblijnych i talmudycznych odniesień i bardzo trudne w lekturze, ale wizja bezradnego, płaczącego Boga, który ukrył się w najtajniejszej komnacie niebios w obawie, że jego łzy zniszczą widzialny świat, jest już silnie obecna w teologii i filozofii Zagłady i choćby dlatego godna wspomnienia. Także i dlatego, że getto – o czym pod wpływem popularnych filmów i powieści zbyt często się zapomina – było w swej masie gettem ludzi pobożnych, którzy spadające na nich nieszczęścia interpretowali właśnie w kategoriach tradycyjnego judaizmu.

Pamiętać również należy, że w tomie (to akurat nie zarzut, ale przypis) znalazły się wyłącznie teksty ukryte w piwnicach przy Nowolipkach. Tom nie jest zatem reprezentatywny dla całości gettowego piśmiennictwa. Dla przykładu, do Archiwum Ringelbluma nie trafił (bo autor do samego końca nie chciał się z nim rozstać) monumentalny, liczący wiele tomów hebrajski dziennik Chaima Kapłana, ostatecznie ukryty po stronie aryjskiej, na język polski przełożony tylko w niewielkich fragmentach. W zbiorach Oneg Szabat nie znalazł się też pisany po polsku dziennik Adama Czerniakowa – dziś jeden z podstawowych dokumentów do badania machiny zagłady warszawskich Żydów. Ringelblumowi, o czym pisał z prawdziwym żalem, nie udało się go zdobyć zaraz po samobójczej śmierci prezesa Judenratu, dzień po rozpoczęciu przez Niemców Wielkiej Akcji. Dziennik zaginął na długie lata. Osiem (z dziewięciu, jak uważają badacze) zeszytów odnalazło się dopiero w 1964 roku w Kanadzie, kiedy to po długich negocjacjach za duże pieniądze zakupił je od anonimowej osoby jerozolimski instytut Yad Vashem. Jego wydanie krajowe, z roku 1983, jest dzisiaj białym krukiem. Na krytyczne wydanie czekają powojenne teksty Racheli Auerbach: wstrząsający „Lament rzeczy martwych” – o getcie pustoszejącym wskutek Wielkiej Akcji, czy reportaż z miejsca, w którym zaledwie trzy lata wcześniej działał obóz zagłady w Treblince. Wreszcie, by listę zakończyć, czytelnicy Archiwum Ringelbluma nie znajdą w nim (nie licząc osobistego curriculum vitae) pism Janusza Korczaka. Jego znany i chętnie cytowany gettowy pamiętnik, pisany wiosną i latem 1942 roku w sierocińcu na Śliskiej, został przemycony po Wielkiej Akcji na stronę aryjską i tam dotrwał do końca wojny.

Ile dokumentów znajduje się jeszcze w prywatnych rękach albo spoczywa w muranowskiej ziemi – nie wiemy. Jeśli kiedykolwiek się znajdą, znajdą też swoich badaczy i czytelników. Na razie ważniejsze jest pytanie: kto będzie czytał Archiwum Ringelbluma? Od pewnego czasu tu i ówdzie toczą są dyskusje o tym, czy przynajmniej fragmenty Archiwum nie powinny wejść do obowiązkowego kanonu lektur szkolnych. W czasach otwarcie już nacjonalistycznej polityki historycznej państwa odpowiedź to pytanie jest niezmiernie prosta: powinny. Nie tylko jako rzecz dotycząca historii Żydów – obywateli Rzeczypospolitej, nie tylko jako rozdział wojennej historii Polski czy dziejów Warszawy, ale niezwykle istotny epizod z historii ludzkości. Nie dlatego, że przydarzył się akurat Żydom. Dlatego, że był udziałem ludzi. Archiwum Ringelbluma, by streścić jego przesłanie w jednej linijce, mówi nam o tym, co robią ludzie postawieni wobec świadomości, że przypuszczalnie zginie cały ich świat, i jak rzucają tej koszmarnej metafizycznej racji swoje ludzkie NIE.

A ludziom z Oneg Szabat, tym znanym z imienia i nazwiska i tym anonimowym, zadedykować na koniec wypada jeden z najlepszych wierszy, jakie po wojnie napisał o Zagładzie polski poeta, Jerzy Ficowski:

Archiwum Ringelbluma
(Oneg Szabat):

i budzi mnie
pośmiertny krzyk soboty
drobnymi literami
zapisany
do głosu
po ostatniej salwie