Sieńczyknik

10 minut czytania

/ Literatura

Sieńczyknik

Jakub Popielecki

Talent Macieja Sieńczyka polega na tym, że zna tylne wejście do własnej głowy, potrafi bez filtra łowić jej treść i przenosić na kartkę papieru. W „Spotkaniu po latach” raz jeszcze otwiera dla nas swoje podwoje

Jeszcze 3 minuty czytania

Są tacy artyści, którzy zasługują, by ich nazwisko zmienić w przymiotnik. Piszesz (dajmy na to) „lynchowski” i od razu wiadomo, o co chodzi. Gra toczy się o komunikacyjną wygodę: zamiast wyliczać szereg nieprzystających do siebie składowych, które jakimś cudem zsumowała czyjaś wrażliwość, wystarczy posłużyć się nazwiskiem. I kiedy taki (dajmy na to) Maciej Sieńczyk wydaje nowy komiks, pozostaje tylko odpowiedzieć na pytanie: ile Sieńczyka w Sieńczyku?

Pisarz-rysownik Sieńczyk zasługuje na swój epitet, bo przecież nie czytamy go, by dowiedzieć się, co ma nam do powiedzenia, tylko raczej jak ma nam do powiedzenia. W jego najnowszym albumie „Spotkanie po latach” nie ma ani szczególnie wciągających historii, ani szczególnie frapujących opinii, ani (zwłaszcza) szczególnie przydatnych informacji. Jest tylko Sieńczyk. To z nim „spotykamy się po latach”, by poobcować z jego wrażliwością, pobyć w jego głowie. Im osobniej, im dalej od nas, im bliżej Sieńczyka – tym lepiej. Jak zwykle ktoś pewnie spyta: „A co to w ogóle jest: komiks, książka, kopytko?”. A to Sieńczyk, proszę państwa. Tylko i aż.

Nagroda Literacka m.st. Warszawy

Nagroda Literacka m.st. Warszawy

Nagroda Literacka m.st. Warszawy, która w roku 2023 jest partnerem działu literackiego w „Dwutygodniku”, to jedna z największych nagród literackich w Polsce. Nagrody przyznawane są w pięciu kategoriach: proza, poezja, literatura dziecięca, książka o tematyce warszawskiej oraz komiks i powieść graficzna. W przypadku literatury dziecięcej, a także komiksu i powieści graficznej nagradzani są również ilustratorzy i ilustratorki. Nagrody wynoszą 30 tys. zł, nagrodę pieniężną w wysokości 10 tys. zł otrzymują także nominowani we wszystkich kategoriach.

Szczególnym wyróżnieniem jest tytuł warszawskiej twórczyni/warszawskiego twórcy, przeznaczony dla pisarek i pisarzy w szczególny sposób związanych z Warszawą. Otrzymują oni nagrodę w wysokości 100 tys. zł. Fundatorem i organizatorem nagrody jest miasto stołeczne Warszawa. 

Ci, którym sieńczykowość jest bliska, odnajdą w tym komfort. Czy to stary numer „Lampy”, czy to ilustracje do książki Masłowskiej, czy to autorski „Wrzątkun”, „Hydriola” bądź „Wśród przyjaciół”, Sieńczyk pozostaje Sieńczykiem. I od razu uprzedzam: odmieniając jego nazwisko przez przypadki oraz przepisując bibliografię, nie chcę wcale sugerować, że autor się „nie rozwija”, że popada w „stagnację”, że „nudzi”. Wręcz przeciwnie: jeśli ktoś ma wrażliwość tak osobną, tak godną przymiotnika, niechże ją pielęgnuje. Od tego go mamy, żeby był jakiś. „Jakiś” czy raczej „takiś”: taki, jaki jest. Czy raczej taki, jakim się stwarza na kartce papieru.

„Spotkanie po latach” to spotkanie intensywne, bo tych kartek papieru jest tu dużo – chyba nawet najwięcej w karierze wydawniczej autora. Może dlatego „spotykamy” się właśnie „po latach”, czytaj: po latach pandemii spędzonej na siedzeniu w domu i rysowaniu? Nie śmiem spekulować, dlatego zaznaczę jedynie, że gabaryty albumu są tu bezpośrednią wypadkową wyjściowego konceptu. Nadgorliwy student polonistyki nazwałby go pewnie „sylwą współczesną”: ot, słowno-obrazkowym gąszczem pleniących się na lewo i prawo anegdotek a dygresyjek. Pamiętnikiem, sennikiem, dziennikiem, dziwacznikiem. A tymczasem to przecież – po prostu – sieńczyknik.

Czy sylwa, czy dziennik, nieważne: jedno i drugie zakłada zanurzenie w prozie życia. No i proszę, „Spotkanie po latach” od takiego zanurzenia się rozpoczyna. „Dawni znajomi, o których prawie zapomniałem, kupili nowe mieszkanie i zapragnęli, bym ich odwiedził”, głosi pierwsze zdanie albumu, wypowiedziane przez naszego narratora/bohatera, oczywiście obdarzonego cokolwiek Sieńczykowską twarzą. Zaiste: trudno o coś bardziej codziennego niż proszona wizyta u starych przyjaciół na jakimś blokowichu. To jednak zaledwie punkt wyjścia, bo owa „proza życia” prędko roztapia się tu w coś bliższego poezji.

Maciej Sieńczyk, „Spotkanie po latach”Maciej Sieńczyk, „Spotkanie po latach”

„Spotkanie po latach” jest bowiem księgą dygresji. Gość oraz gospodarze popijają herbatkę i zapamiętale konwersują, umilając sobie czas rozmaitymi historyjkami, a te momentalnie wyswobadzają się z okowów logiki czy wiarygodności. Surrealizm anegdot udziela się zresztą (sur)realiom, w których są opowiadane. By zabawić wizytanta, przyjaciele zapraszają go na tournée po okolicy i wówczas Sieńczyk już na całego opuszcza Kansas (czy raczej Warszawę). Rozpoczyna się epicka wyprawa przez osiedlową krainę niesamowitości – nawet jeśli to „epickość” rozpisana na działkowe altanki, drewniane budy i kryte blachą przystanki autobusowe, na siermiężne place zabaw, cmentarze i kopalnie. Za każdym rogiem czai się oczywiście jakiś oryginał, obowiązkowo z własną niebywałą opowiastką na podorędziu. W rezultacie „Spotkanie po latach” to wyliczanka niestreszczalnych, bezpuentowych, śmieszno-smutnych i przaśno-niesamowitych anegdot zasłyszanych pod blokiem. „W Polsce, czyli nigdzie”, pisał Alfred Jarry, Sieńczyk tymczasem z polskiego blokowiska robi swoją własną krainę: Nigdzie-Nigdzie.

Ta sieńczykowość zaklęta jest już (oczywiście) w kresce autora. Sieńczyk wypełnia swoje kadry realistycznie nakreślonymi figurami ludzkimi, pozostaje wierny zasadom anatomii, kiedy trzeba, zachowuje nawet podobiznę (zwłaszcza własną). Ten „realizm” jest jednak zwodniczy i stanowi jedynie odskocznię do jakiejś strefy „ponad” czy „obok”. Bo nagle perspektywa się rozjeżdża. Nagle szokuje dramatyczny skrót perspektywiczny: ucięty w kadrze nos albo fragment kapcia stają się niewspółmiernie do otoczenia gigantyczne, groteskowe. Zresztą „otoczenie” jest tu słowem na wyrost, bo Sieńczykowskie figury zawieszone są zazwyczaj w próżni. Scenografia jest umowna i sprowadza się do garści „realistycznych” rekwizytów umieszczonych w uproszczonej kolorystycznie przestrzeni. To nie precyzyjnie odwzorowane mieszkanie czy osiedle: to iluzja mieszkania i osiedla. Albo raczej: sen o mieszkaniu i osiedlu.

Maciej Sieńczyk, „Spotkanie po latach”. Wydawnictwo Literackie, 320 stron, w księgarniach od czerwca 2023Maciej Sieńczyk, „Spotkanie po latach”. Wydawnictwo Literackie, 320 stron, w księgarniach od czerwca 2023

Dygresyjna, anegdotyczna formuła „Spotkania po latach” może kojarzyć się z pamiętnym rozśnionym „Dyskretnym urokiem burżuazji” (1972) Luisa Buñuela. Sieńczykowska poetyka zanurzona jest w „przypadkowym” surrealizmie dawnych lat, w estetyce starych „Przekrojów”, peerelowskich bibelotów, socrealistycznego odklejenia – czemu by nie dopisać do listy powinowatych prawdziwego surrealisty? Buñuel opowiadał o grupie burżujów, którzy śnią o tym, że śnią o tym, że śnią, co rusz spotykając kolejnych ekscentryków z równie ekscentrycznymi anegdotami. Sieńczyk, trochę podobnie, opowiada o grupie mieszczan, którzy odbywają kuriozalną pielgrzymkę, spotykając jednego rozmownego dziwaka za drugim. Niby nikt tu nie śpi, ale atmosfera jest równie oniryczna.

Film Buñuela był oczywiście aktem klasowej zemsty: reżyser zwyczajowo (choć jak na siebie względnie z sympatią) kopał bogatych, złośliwie przerywając im kolejne akty konsumpcji. Sieńczyk nie jest tak okrutny. Może dlatego, że opowiada o „swoich” mieszczanach? A może dlatego, że nie ma tu za bardzo kogo i za co kopać? Nawet jeśli po osiedlu krąży podejrzany o morderstwo tajemniczy facet z wózkiem dziecięcym, to nie spodziewajcie się pełnoprawnej, trzymającej w napięciu zagadki kryminalnej ani tym bardziej moralizującej opowieści o zbrodni i karze.

„O co w takim razie chodzi?”, zapyta ktoś zatem. Co artysta miał na myśli? O czym to jest? Czy o tym, że wbrew naszym próbom uporządkowania rzeczywistości zawsze zostaje jakiś brud: że nawet pod świeżym tynkiem i farbą nowego mieszkania wciąż pleni się jakaś nadwyżka dziwności? A może o tym, że każdy ma jakąś historię do opowiedzenia, ale nie ma komu słuchać, bo zaraz tracimy skupienie, bierzemy pauzę za puentę, uciekamy myślami w swoje sprawy? Albo o tym, że kiedy wjeżdża z kopyta temat polityki, każde spotkanie po latach spali na panewce, bo ponad podziałami porozumienia być nie może i nie będzie? Nie wiem. Ale wiem, że „co Sieńczyk miał na myśli”, to akurat widać jak na dłoni: dużo dziwnych rzeczy.

Maciej Sieńczyk, „Spotkanie po latach”Maciej Sieńczyk, „Spotkanie po latach”

Już słyszę kolejne pytanie: „A po co to komu w ogóle?”. Przebijam: a po co nam w ogóle sztuka? A po nic, proszę państwa. Trochę po to, żeby się od czegoś oderwać, trochę po to, żeby się z kimś połączyć – i już. Ot, cały pragmatyzm. Sieńczyk dostarcza jednego i drugiego: zarazem odkrywa nieuczesaną magię codziennego banału i uruchamia międzymózgowe, międzyświadomościowe porozumienie. Można odrzucić go z automatu, droga wolna: wrażliwości nie kupisz, każdy ma swoją. Ale można też pomyśleć: „Aha, coś w tym jest”. Nieważne, że nie umiemy tego czegoś nazwać słowami. Sieńczyk też nie do końca umie – dlatego pewnie rysuje.

Patronite

Kiedy w filmie „Być jak John Malkovich” (1999) tytułowy aktor wchodzi do wnętrza swojej głowy, trafia do świata, gdzie wszyscy mają jego twarz i mówią w kółko „Malkovich, Malkovich, Malkovich”. Talent Sieńczyka polega na czymś podobnym. Zna tylne wejście do własnej głowy, potrafi bez filtra łowić jej treść i przenosić ją na kartkę papieru. W „Spotkaniu po latach” po prostu raz jeszcze otwiera dla nas swoje podwoje. Wchodząc, ryzykujemy tylko tym, że po wyjściu na wszystko będziemy mówić „Sieńczyk, Sieńczyk, Sieńczyk”. Trudno: taki już urok artystów z własnym przymiotnikiem.

Nagroda Literacka m.st. Warszawy

Tekst powstał we współpracy z miastem stołecznym Warszawą, fundatorem i organizatorem Nagrody Literackiej m.st. Warszawy.