Wróć do strony Krótko

Grzegorz Kwiatkowski, „Eine Kleine Todesmusik”

Piotr Kępiński

Tak rozbitych słów i zdań dawno nie czytałem. W tej poezji nie znajdziecie „stałych fragmentów gry”, jakich wiele w wydawanych dziś tomikach. Te teksty nie zjadają same siebie. Dlatego ich publikowanie to wielkie ryzyko

Grzegorz Kwiatkowski,
„Eine Kleine Todesmusik”
.
Wydawnictwo Mamiko, Nowa Ruda,
74 strony, w księgarniach od września 2009
W tej książce nic nie jest jasne. Nie ma w niej żadnej tezy. Ba, nie ma nawet wiodącego tematu. Nic w niej nie jest też doskonałe i zamknięte. Jest gwar ulic i bazarów. Jest prowokacja – obyczajowa i estetyczna. Ale nadzwyczaj delikatna. I nie o nią chodzi. Mnie w tej poezji uwiodło świetne rozedrganie i zdania dziejące się w czasie rzeczywistym: rodzące się nowe życie, jakiego wcześniej nie znałem.

Grzegorz Kwiatkowski w „Eine Kleine Todesmusik” płynie raz jedną frazą, raz drugą. Wielokrotnie zakłóca rytm i rym. Krajobrazy zmieniają się jak w kalejdoskopie, tak szybko, że czytelnik zastanawia się: o co tu chodzi? O śmierć, czy o życie? O zabawę tylko? Czy o coś więcej?

W efekcie dochodzimy do wniosku, że Kwiatkowski przede wszystkim nie skupia się na tematach. Każdy jego wiersz jest osobnym światem stwarzanym od początku do końca. I nieważne, czy zawarte jest w nim szyderstwo, czy sacrum. To jest osobny świat. I – dodajmy – osobna stylistyka. Bo nie jest Kwiatkowski naśladowcą i kopistą, chociaż tych, jak wiemy, wydawcy kochają najbardziej.

W jego poezji nie ma „stałych fragmentów gry” jakich wiele w wydawanych obecnie tomikach. Te teksty nie zjadają same siebie. Dlatego ich publikowanie to wielkie ryzyko. Tak rozbitych słów i zdań dawno nie czytałem. Rozumieć tę twórczość to znaczy chodzić po mokrej podłodze wśród odłamków rdzeni, pół-słów i składać je na nowo. Nawet jeżeli wszystko pozornie w tych wierszach do siebie pasuje, trzeba je odwracać, nicować, bo czuć, że autor idzie trochę innym tropem niż ten powszechnie znany. Jakby Kwiatkowski za wszelką cenę chciał zmylić czytelnika, którego traktuje trochę jak przeciwnika. Polecam szczególnie wiersz, w którym wszystko to słychać – „ptaki”: „oni mieli coraz mniej czasu / aby patrzeć w lustro / przez co zapomnieli / jacy to byli / wyjątkowi”.

Z takich właśnie skrawków powstaje ta poezja. Czasami jest prawie doskonała – jak w „ptakach” właśnie, czasami infantylna, trochę egzaltowana, niedoskonała – jak w rozdziale „Centrala”. Momentami kompletnie niedojrzała, przez co ciekawsza, bo jakby mniej udawana niż pozornie dorosłe tomy wierszy poetów-kopistów. Czytając tę książkę, doskonale wiem, że mam przed sobą talent, który będzie się rozwijał i błądził, bo nie udaje. Czego więcej trzeba?

Piotr Kępiński, poeta, krytyk literacki, szef działu kultury tygodnika „Newsweek”. Wydał m.in. zbiory wierszy „Most przed źródłem” (1989), „Wszystko to więcej” (1999), „Cień kości” (2002), „Słona mgła” (2006). Jest również autorem książki krytycznej poświęconej poezji współczesnej „Bez stempla” (2007), a wraz z Andrzejem Sikorskim książki o Wincentym Różańskim „Któż to opisze, któż to uciszy” (1997).

Jeśli chcesz umieścić fragment tekstu z dwutygodnik.com na swojej stronie lub blogu prosimy o kontakt z redakcją na adres e-mail: redakcja@dwutygodnik.com. Dowiedz się więcej.

Komentarze (1)

Komentarze zwiń/rozwiń
  • Pio Ru 25.08.2010 20:28 -+ 0

    Słabe są wiersze Grzegorza Kwiatkowskiego, upozorowana niegrzeczność skierowana do mieszkanek domu starości i nastolatków w gimnazjach. Przeczytałem obie ksiażki i obie były kiepskie.

Inne artykuły z działu Literatura

Do góry strony