Jeszcze 3 minuty czytania

Jakub Dymek

OBRAZY: Zrób sobie patos

Jakub Dymek

Jakub Dymek

Zasługujemy na to widowisko, zasługujemy na wszechświatową paradę populizmu, założycielską fetę nowego porządku. Gdzie lepiej może się ona udać niż w Moskwie w setną rocznicę rewolucji bolszewickiej?

Głośno niedawno było o inauguracji prezydenta Trumpa, która znów sprowokowała dyskusję o rzeczach wysokich (patosie władzy) i przyziemnych (czy wypada tłuc szyby w limuzynach?). Ameryka ma nie tak dużo ogólnonarodowych pokazów, jakie władza inscenizuje w okolicach historycznych rocznic, aby się na nich później podpierać. Za to nasza część świata – dajmy na to, od Moskwy na zachód – zdaje się na ich brak nie narzekać. Dumne parady na rocznicę końca „wielkiej wojny ojczyźnianej” w Rosji, 25 lat wolności (z czekoladowym orłem) w Polsce, marsze poparcia dla władzy albo marsze zdekapitowania władzy (Bastylia).

Niedawno redaktor naczelna magazynu Slate.com zwróciła uwagę na to, dlaczego inauguracja – szczególnie kogoś takiego jak Trump – prowokuje, budzi poczucie pewnego zgrzytu, a obraz władzy z trudem dorasta do wyobrażeń o potędze i wielkości, jakie powienien projektować. Bo inauguracja to odpowiednik koronacji w systemie bez monarchii, w kraju ufundowanym na niezgodzie na władzę dynastyczną i programowo niechętnym kultowi jednostki. Ale masowe widowisko władzy w ogóle nie jest proste – po prostu Amerykanie, duża ich część, dopiero teraz, przy Trumpie, zaczynają dostrzegać w przedstawieniu pewną sztuczność. Cóż, my jesteśmy w tym dużo bardziej wprawieni – na dobre i na złe – a nasza władza bardziej doświadczona.

*

5 września 1997 roku Moskwa wydała swoje huczne 850. urodziny. Co prawda nikt nie wiedział, czy umowna data ma coś wspólnego z historycznymi realiami założenia moskiewskiego grodu, ale nie byłby to pierwszy i ostatni raz, kiedy przy podniosłej i szczęśliwej okazji w dobrym tonie jest jednak przymknąć na coś oko. Święto miało łączyć – nawet rzeczy bardzo odległe – a nie dzielić. W świetnej książce „Invention of Russia” – o rosyjskich mediach i spektaklu polityki, całym tym smoke and mirrors maskującym bezwład rzeczywistości – Arkady Ostrovsky opisuje „wielkie odkupienie”, jakie dzięki merowi Jurijowi Łużkowowi miało wtedy miejsce na ulicach.

„Uroczystości wykorzystywały wszystkie okresy rosyjskiej historii, o ile dowodziły one narodowej chwały. Rosyjscy kniaźowie zdekapitowani przez carów, carowie zastrzeleni przez komunistów, komuniści obaleni przez Jelcyna – wszyscy koegzystują w harmonii i dumnie radują się dzięki tej zafundowanej przez Łużkowa pompie. Sowieckie i przedsowieckie symbole wrzucono do jednego kotła i stopiono razem w nową i szczególną ideologię nacjonalizmu i patriotyzmu”. Odnowiono Sobór Chrystusa Zbawiciela, by – jak pisze Ostrovsky – stworzyć wrażenie, że nigdy go nie zburzono. Że przeszłość i teraźniejszość łączy jakaś opatrznościowa i dobroczynna logika, prowadząca Rosję do chwały – wyrażającej się w obrazie o pełnej symetrii. Jest miejsce i dla tronu, i dla ołtarza, i dla historycznego pochodu bohaterów, którzy symbolicznie „wychodzą z ludu” i do niego wracają – na tym samym placu. Harmonia i spójność.

Spójność, której za nic nie można odpuścić. Władzy zależy, aby produkować obrazy jednorodne jak marszowy pochód żołnierzy albo rozlewająca się w tłumie pielgrzymów ekstaza – dlatego tym dla niej lepiej, im lepiej da się je kontrolować. Z tego samego też powodu zakłócenie obchodów jest dla przeciwników danej władzy tak pożądanym celem. Udany spektakl władzy, jej popis, do pełni szczęścia potrzebuje spójnego przekazu i uwiarygodniającego go wiwatującego tłumu.

Na ulice Moskwy – uroczystości trwały prawie tydzień – naprawdę wyszły w 1997 roku masy ludzi. Koncert zagrał Jean-Michel Jarre, łącząc się ze sceny, na żywo i na wielkim ekranie, ze „specjalnymi gośćmi” – kosmonautami ze stacji kosmicznej MIR. Dwa słupy światła wystrzelone w niebo krzyżowały się nad głowami tłumów zgromadzonych pod Soborem, nad którym też górował przecież krzyż. Być może, po drugiej stronie rzeki Moskwy, na Kremlu, wciąż krzyżowały się sierp i młot – a może już nie, bo zgodnie z zaleceniem Łużkowa wszędzie kolor czerwony miał ukazywać się tylko w towarzystwie białego i niebieskiego, w narodowych barwach. Zdaje się, że wtedy naprawdę się udało, że był to moment nieskłamanej radości, choćby z chwili oddechu w trudnych czasach, a rozmach władzy nie trafiał w próżnię, lecz spotykał się z gorliwą dumą, której Rosjanki i Rosjanie byli głodni.

*

Dziś już wiemy, że 850-lecie Moskwy ostatecznie zwiastowało coś odmiennego – przejście w logikę rządzenia poprzez spektakl o jeszcze większym natężeniu i w jeszcze większym stopniu pod rządową kontrolą. Łużkow przetestował zapełnienie ideologicznej i symbolicznej pustki postmodernistyczną mozaiką, której kompozycję dyktują reguły narodowo-patriotycznej polityki historycznej, a właściwie konstruowanej ad hoc mitologii. Jednak bez tych autentycznych emocji spektakl ryzykował, że oderwie się od swoich adresatów i wpadnie w rejestr baudrillardowski: symbolizowania rzeczywistości, której nie ma, odsyłania do porządku, który nie istnieje. Mógł się okazać fiaskiem.

Niecałe dziesięć lat później prezydent Władimir Putin ogłosił nowe święto – Dzień Jedności Narodowej. Październikowe – w naszym kalendarzu wypadające w listopadzie – obchody miały upamiętniać wypędzenie Polaków z Moskwy i początek końca XVII-wiecznej Wielkiej Smuty. Dzień Jedności Narodowej zastąpił święto rewolucji październikowej – zbieżność dat była na rękę. Jak na ironię, tego samego roku Putin ogłosił, że rozpad Związku Radzieckiego był największą geopolityczną tragedią XX wieku. Nikt nie mówił, że ideologia musi być spójna.

W nowe święto Putin wpakował symbole i obrazy religijne oraz państwowe: wspomnienia dawnej chwały, wizytę w sierocińcu, pielgrzymkę, pomnik księcia Władimira, publiczne wotum wdzięczności za chrzest Rusi Kijowskiej. Według badań opinii publicznej święto zna niewielu obywateli, a tylko 4 procent z nich wie, o czym naprawdę ma ono przypominać. Ale podobno jest też tak, że społeczeństwo przyzwyczaiło się do tego jednego październikowego dnia wolnego przed telewizorem, więc z łatwością święto rewolucji październikowej przeszło w święto jedności narodowej.

Tylko kostiumy się nieco zmieniły. Poza aktywem partyjnym święto traktują poważnie nacjonaliści i grupki skinheadów oraz kibiców, którzy tego dnia głośno krzyczą o białej Rosji i wygrażają „czarnym” z Kaukazu. Dla reszty kraju jest to jednak święto „pod telewizor”, rzeczywistość musi – o tym też świetnie pisze Ostrovsky, a przed nim pisał Pomerantsev – dostosować się do oczekiwań telewidzów, pokaz jedności narodowej grany jest do kamer, wypełnia puste godziny wolnego dnia. Przeciwnicy władzy też demonstrują, ale kamery wcale na nich nie czekają, prędzej już zagraniczni korespondenci i reporterzy Radia Wolna Europa. Obraz się trzyma siłą przyzwyczajenia, ale coraz trudniej go kontrolować w całości.

*

W tym roku może jednak dojść do przełożenia elementów układanki. Zbliża się setna rocznica rewolucji październikowej, której władza nie może przegapić. Okazja do jakiejś wielkiej parady albo międzynarodowego spektaklu z udziałem światowych przywódców nie powinna się marnować. To naprawdę fascynujące ćwiczenie wyobrażać sobie, jaki obraz tym razem władza wyprodukuje: jakąś rekonstrukcję rozkułaczania? szturmu na Pałac Zimowy? wystrzału z Aurory? Na pewno dobrze też zrobić coś na Krymie – narracja o integralności Rosji i Krymie jako kolebce i tak już od lat stanowi ważną podporę narodowych świąt.

Wyobraźnia zachęca do wizji perwersyjnych, szczególnie że przecież niewykluczony jest udział w uroczystościach Donalda J. Trumpa. Cóż z tego, że święto może być uznawane za dość antyamerykańskie w wydźwięku. Na pewno da się jeszcze wyprodukować obraz, który wszystkich pogodzi. A Trump chyba rozumie gorące deklaracje patriotyzmu i narodowej dumy, jego bombastyczny gust też na pewno da się uwieść rosyjskim złotem i patosem wojskowych defilad. Może Trump kreatywnie rozwinie swoje hasła o „odrzuceniu establishmentu” i pokusi się o jakąś barwną analogię między bolszewikami i współczesnym „zwykłym człowiekiem”, który zwraca się przeciwko skorumpowanym elitom? To by było piękne. Musi znaleźć się jakiś wspólny mianownik, trzeba znów wszystkie symbole – jak 18 lat temu – zlać w kotle w jeden „odkupiający” i tryumfalny zarazem gest budzący autentyczną dumę.

Szczególnie że Trumpowi tego momentu patosu i podniosłości ewidentnie brakuje. Na inauguracji miało być poważnie, a było co najwyżej nudno. Zdjęcia pokazujące, że nie było jednak tłumów, zniszczyły wizerunkowo cały event. Trump wdał się w – skądinąd świetnie nam znaną – idiotyczną dyskusję o liczeniu głów na ulicach, porównywanie obrazków i oskarżanie mediów o „złośliwe kadrowanie” zdjęć. Jak niedobrze wychodzi pokaz władzy, kiedy nie wychodzi, prawda? W dzień po inauguracji Trumpa na jego twitterze znalazł się w końcu obrazek wiwatujących tłumów, tylko że zdjęcie pochodziło… z inauguracji Obamy. Śmiano się, że Trump jest prezydentem tak sztucznym, że nawet emocje musi kraść.

Tym bardziej powinien – dla swojego dobra i naszej uciechy – do Moskwy na rocznicę rewolucji październikowej pojechać. Zasługujemy na to widowisko, zasługujemy na wszechświatową paradę populizmu, założycielską fetę nowego porządku. Gdzie lepiej może się ona udać niż w Moskwie w setną rocznicę rewolucji bolszewickiej? Oglądałbym. Potencjał spektaklu wcale się nie wyczerpał. Przeciwnie: będzie na co patrzeć.