Jeszcze 3 minuty czytania

Jakub Dymek

OBRAZY: Najlepsza najgorsza propaganda

Jakub Dymek

Jakub Dymek

Dzięki z zapałem zrealizowanej idei godzinnej prokrastynacji mogłem zapoznać się ze skromnym arcydziełem dokumentalnym, zatytułowanym „Mozaika faktów: wojna informacyjna od środka”. Oto moje wnioski i mała lekcja o tym, jak robić propagandę

Czy naszła kiedyś państwa ochota, aby z pełną premedytacją i za udzieleniem sobie zawczasu rozgrzeszenia, zmarnować godzinę z życia? Tylko uczciwie się proszę przyznać. Mnie tak – pewnego późnozimowego wieczoru odpaliłem kanał dokumentalny telewizji Russia Today z przekonaniem, że po obejrzeniu dowolnej produkcji będę o godzinę bliżej śmierci, choć niekoniecznie dużo mądrzejszy. Ale jak już się lenić, to bez kompromisów: wybrałem film, którego tytuł zapowiadał przyjemności głęboko perwersyjne – nawet biorąc pod uwagę to, co można przypadkiem znaleźć w internecie, kiedy się spędza samotnie wieczór w domu. 

Dzięki zaplanowanej – choć to chyba paradoks – i z zapałem zrealizowanej idei godzinnej prokrastynacji mogłem więc zapoznać się ze skromnym arcydziełem dokumentalnym, zatytułowanym „Mozaika faktów: wojna informacyjna od środka”. Oto moje wnioski i mała lekcja o tym, jak robić propagandę i dlaczego czasami lepiej dać sobie spokój.

Film opowiada historię pół-Rosjanina, Miguela Francisa-Santiago, dziennikarza, który wraca z „rozerwanego wojną Doniecka” (nie dowiadujemy się od razu, kogo z kim ta wojna) do Ameryki, aby odkryć, dlaczego świat nie zna prawdy o tym konflikcie. Choć tak naprawdę wojna jest tylko pretekstem: tematem filmu, jak się prędko okaże, jest Ameryka i Rosja i to, jak ta pierwsza demonizuje tę drugą. Miguel mówi, że nie może przez to spać. Zarazem jest to też pochwała amatorskiego dziennikarstwa – zazdroszczę „niezależnym dziennikarzom”, których stać na hotel w Nowym Jorku i kilkumiesięczne śledztwo prowadzone w pojedynkę – i gatunkowa mieszanka klasycznych i nowych dokumentalnych formuł, propagandowa produkcja doby VICE Media i youtuberów. A jednocześnie to, co oglądamy, to typowa opowieść inicjacyjna, jak w kanonicznym kryminale czy serialu policyjnym: narrator wchodzi w nowy (ta, jasne) świat i obiecuje, że odkryje, dla nas i razem z nami, fakty. Rozsiada się więc na kanapie ze stosem wydrukowanych artykułów z internetu i zaczyna robić wycinki – tak to „mozaika faktów” zaczyna układać się na naszych oczach.

Miguel pozyskuje kolejnych rozmówców, którzy naświetlają szczególnie ważne sprawy. Moim bez wątpienia ulubionym jest Eric Draitser, przedstawiony jako „analityk geopolityczny”. Eric wygląda jak ożywiona karykatura kampusowego komsomolca ze świata, w którym „South Park” spotyka „American Pie” – kaszkiet, czerwony szal, trencz. Ktoś taki, kto w swojej piwnicy redaguje pismo „Pięść Proletariatu” albo „Globalna Rewolucja Robotnicza”. I choć normalnie nie śmiałbym się ze stereotypów – „piwniczaka” ani nawet komsomolca – to otwartość, z jaką tym, dość kompromitującym, stereotypem posługuje się film, i jak szczerze i gorliwie go reprodukuje, wywołuje uśmiech. Miguel Francis-Santiago, w podwójnej roli bohatera i narratora, od razu deklaruje, że znajdzie „niezależnych” (nie-za-leż-nych) ekspertów, którzy „nie są w tej wojnie stroną”. Opowiadają o korporacyjnych mediach, hegemonii Zachodu, amerykańskiej „promocji demokracji” i propagandzie.

Do jakich dochodzą oni wniosków, możecie się domyślać. Jakiej odpowiedzi na zasadnicze pytanie – wojna informacyjna, qui bono? – udzielają, też można bez wysiłku wydedukować. A jeśli ktoś wciąż chce zagłębić się w „mozaikę faktów”, to film i tak jest dostępny nieodpłatnie w sieci. Nie zawartość tego produkcyjniaka jest najciekawsza, ale to, jak doskonałą jest on ilustracją „epoki postprawdy” – która tak naprawdę jest raczej „epoką zwątpienia” albo „nieufności”. 

Santiago pielgrzymuje od byłego polityka do dziennikarza, od hakera do aktywistki. Jak na tak długą robotę, wnioski są zaskakująco proste: USA kłamie, kłamało, będzie kłamać. Cóż, nie powinno być dla kogokolwiek nowością, że państwa zaangażowane w wojny prowadzą swoją propagandę i kłamią. Albo że zazwyczaj media krajowe sympatyzują ze „swoimi”. Albo że zdyskredytowanie przeciwka w oczach opinii publicznej jest niezmiennie jednym ze środków prowadzenia międzynarodowych sporów i konfliktów. Owszem, Ameryka kłamie. Nie wiem tylko, jak z „Mozaiki faktów” wywnioskować, że nie kłamią jej przeciwnicy. Dokument Russia Today jest momentami wręcz komiczny w tym, jak uparcie udaje niezaangażowanie i jednocześnie forsuje z góry założoną tezę. Moja ulubiona scena to ta, w której główny bohater filmu Russia Today po obejrzeniu konferencji prasowej rzeczniczki amerykańskiego Departamentu Stanu, Victorii Nuland... idzie pod prysznic, żeby opłukać się z całej tej ohydy. Po tym epizodzie wiedziałem już, że film mogę wrzucić na szczególnie ulubioną półeczkę – „najlepszej najgorszej propagandy”, dzieł, które z równą sprawnością realizują swój założony cel, co go ośmieszają.

*

Film podąża tropami gatunku „czego wam nie mówią?” – osadzonego w dłuższej tradycji niezależnych, antyestablishmentowych, „niewygodnych filmów”. Pierwszy paradoks tego podejścia polega oczywiście na tym, że „niezależne” i „patrzące na ręce władzy” filmy produkuje się dla telewizji kontrolowanej i zależnej od bardzo konkretnej władzy, w Moskwie. Ale dziś chodzi o coś jeszcze innego: tak naprawdę wcale niełatwo zrobić dokument o tym, „czego nam nie mówią” – prawdziwe i zupełnie fantastyczne wiadomości, dawniej zarezerwowane dla podziemnych publikacji i niszowych tytułów, teraz mają się przecież bardzo dobrze w samym mainstreamie. „Medialną zmowę” coraz trudniej utrzymać, a odrębnych faktów i interpretacji jest aż nadto – nie mamy jednej prawdy, mamy prawdy w liczbie mnogiej i „alternatywne fakty”. Dziś nawet prezydent USA twierdzi, że Ameryka – w osobie Obamy – „stworzyła ISIS” a „Putin być może jest mordercą, ale w USA też nie jesteśmy niewinni”. Pomimo to, nawet jeśli wszystko może już być powiedziane, współczesna propaganda musi powtarzać, że faktycznie dalej obowiązuje cenzura, a „oni wam tego nie powiedzą”. Dziś celem propagandy nie jest przekonywanie do faktów, jej celem jest przekonywanie do niewiary w jakiekolwiek fakty. 

Weźmy chociażby podejście Kremla, wiecznego underdoga, imperium, którego pretensje do moralnej racji biorą się z poczucia krzywdy, marginalizacji i upokorzenia. To historia, na poziomie makro, wszystkich „przeciwników establishmentu”. Dawna propaganda była produkowana z pozycji autorytetu i siły, dzisiejsza jest wyrazem buntu wobec autorytetu i chce mówić językiem słabych. Mimo że dla tez prezentowanych przez Russia Today jest dziś najlepszy czas we współczesnej historii, straciłaby ona sens istnienia, gdyby jej propaganda nie mówiła, że faktycznie „walczy z hegemonią” i sprzeciwia się dominacji jednowymiarowej prawdy. „Mozaika faktów” pokazuje wspólny punkt dla języka radykalizmu, propagandy, teorii spiskowych i globalnego populizmu – uświadamiając, dlaczego dziś idą one ręka w rękę. I dlaczego czasem naprawdę zlewają się w jedno.

Założonym (i najłatwiej osiągalnym) celem teorii spiskowych czy różnych form wiedzy alternatywnej jest nie przekonanie do przyjęcia całościowej wizji świata autora lub autorki, lecz zasianie niepewności względem dominującej wiedzy i poglądu. Zabieg inicjacyjny polega zaś na tym, że pokazuje się kłamstwa „drugiej strony” i czule dopowiada – „skoro wtedy kłamali, to jak możesz im teraz zaufać?”. Jeśli lekarzowi przepisującemu szczepionki udowodniono kiedyś korupcję, jeśli FBI i CIA okłamywały opinię publiczną, jeśli media głównego nurtu używały sfabrykowanych fotografii jako dowodów..., to czy nie możemy przyjąć, że w sprawie szczepionek coś jest nie tak, prawda o zamachu na WTC dalej jest ukrywana, a media tylko brną w kłamstwa o kolejnych wojnach?

„Mozaika faktów” zaczyna się jak dobra inicjacja – pokazuje błędy prasy w relacjonowaniu wojny rosyjsko-ukraińskiej, wskazuje na korporacyjne uwikłanie tytułów, przypomina wielokrotnie, że takie na przykład BBC jest uzależnione od brytyjskiego rządu. „Hej, nie musisz mi wierzyć!” – przekonuje – „ale czy na pewno chcesz wierzyć IM?”. Fakty i interpretacje, które sprzedaje „Mozaika faktów”, pochodzą od „zwykłych ludzi” i „niezależnych badaczy”; te, z którymi polemizuje, od rządów, korporacyjnych mediów i globalnego mainstreamu. No i komu uwierzysz, człowieku, ludziom takim jak ty, czy rządom i kapitalistom? W tym sensie perfekcyjnie spełnia swoją propagandową funkcję – sieje wątpliwość, używa przekazów medialnych przeciwko ich oryginalnym autorom, pokazuje odmienne interpretacje tych samych wiadomości. 

Z drugiej strony to propaganda najgorsza – emocjonalna tandeta, niezamierzenie komiczny film o odkrywaniu globalnego spisku, który jest tak ukryty, że aż widać go na dłoni i pod nazwiskiem opowiadają o nim ludzie przed idącą w setki tysięcy globalną widownią. Jest i też nieśmiertelny topos: powtarzanie „nie ufajcie mediom” przez osoby, które wypowiadają się w mediach. Tak właśnie – „nie ufajcie nikomu” – mówią goście, którzy na jednym oddechu przekonują, że im akurat zaufać można i oni na pewno – na pewno! – nie mają żadnego interesu w tym, żeby to akurat ich posłuchać. W porównaniu do najnowszej generacji spiskowców Fox Mulder z „Archiwum X” jest jakoś poważnym bohaterem, którego walka zyskuje wręcz tragiczny wymiar.

Bez wątpienia jednak „Mozaika faktów” do rangi bohatera i najpoważniejszej instancji wynosi „niezależnego badacza”, a obiektem podejrzliwości czyni profesjonalnych dziennikarzy, korespondentki i analityków – w czym film wspaniale rymuje się z ogólnoświatową tendencją odrzucenia ekspertyzy i „mainstreamu” jako siedliska kłamstwa. Jeśli jednak pójdziemy za tak sformułowaną radą i wierzyć będziemy tylko temu, co możemy znaleźć sami w wyszukiwarce internetowej, to równie dobrze możemy wierzyć we wszystko – bo wszystko tam jest. Pamiętajmy, że „the truth is out there!”. Równie dobrze możemy też nie wierzyć w nic. 

*

„Mozaika faktów” daje jednak, paradoksalnie, dobry punkt do dyskusji o faktach (i „postprawdzie” i „faktach alternatywnych”) – bo wiele rzeczy, o których mówią w tym filmie, faktycznie miało miejsce. Cóż jednak z tego, skoro nieustanne falsyfikowanie rzeczywistości medialnej w pewnym momencie się jednak samo unieważnia. Co mam na myśli? To, że jeśli z pomocą rosyjskiej (lub dowolnej innej) propagandy ostatecznie dochodzimy do wniosku, że wszystko jest kłamstwem, to żadna prawda nie wygrywa, lecz sama zostaje ośmieszona. Kłamstwo zaś zostaje wywyższone: sami bohaterowie filmu powtarzają raz po raz, jak to kłamstwo jest skuteczne, jak chwytliwe, jak potężne.

Więcej: jeśli kłamstwo wygrywa, a jednocześnie świat dalej się kręci i trzeba coś w nim robić, to wypada przedstawić jakiś program pozytywny. Jak żyć? Co robić? Jak postępować słusznie? Ten film tego nie robi, bo mimo wszystko chce ukryć (nieudolnie) swoją propagandową funkcję – nie może powiedzieć wprost, że Rosja ma rację, że lewica ma rację, że antyglobaliści mają rację, bo jest „obiektywny” w tym sensie, że rzekomo jedynie coś tam odkrywa, demaskuje, rzuca światło. Poniekąd logicznym wnioskiem byłoby przecież powiedzenie, że skoro ONI kłamią, to i MY musimy kłamać (albo uprawiać propagandę), ale zarazem MY nie możemy kłamać, bo przecież mamy rację i mówimy zawsze prawdę, więc... nic się nie zmienia.

Jeśli wszyscy kłamią, a fakty nie mają wpływu na rzeczywistość, to po co w ogóle nam prawda? Oto przewrotny morał.