Jeszcze 3 minuty czytania

Wiktor Stribog

KRONIKI LOSOWEGO INTERNETU (1)

Wiktor Stribog

Wiktor Stribog

Doświadczenie internetu takim, jakim był w latach 90. czy początku XXI wieku, czy kiedykolwiek po raz pierwszy się z nim zetknąłeś – jest nadal na wyciągnięcie ręki. Jest to zabawa nie tylko dla twórców, ale również dla każdego, kto czuje, że ogień jego związku z internetem się wypalił. O tym jest właśnie seria KLI

Drogi czytelniku, zastanawiasz się pewnie teraz, o czym jest ta seria. Pozwól, że ci wytłumaczę: otóż o naszym wspaniałym świecie i odkrywaniu go za pomocą magicznego urządzenia, o którym śniły miliardy pokoleń, a o którego możliwościach tak łatwo zapominamy w codziennym życiu. Będzie to podróż odkrywcza i twórcza przez nieznane tereny, niewidziane obrazy, zapomniane historie, lekcja wyzbywania się tyranii sensu i odnajdywania go z powrotem w najmniej oczekiwanym momencie.

1

Albo w wersji dla cyników: zbiór losowych rzeczy, które znalazłem i zrobiłem, łażąc na ślepaka przez internet.

Wszystko zaczęło się kilka lat temu. A potem znów się zaczęło kolejne kilka lat później. Za pierwszym razem zaowocowało to dziwacznymi zbiorami zdań, dla wygody posegregowanymi w nibywiersze. Z tych zbiorów pochodzą m.in. cytaty Zofii Kopytlanki, które możecie kojarzyć z Krainy Grzybów (albo nie). Np.

WBUY

ludzie czekają na swe samochody.
możesz podzielić ziemię tylko patrząc z góry.

lekarstwa z aktywną bielą zabijają oczy.
możesz dzielić twarz by zbudować ją od nowa.

nie widzisz że rogi sterczą z piasku?
zamaluj prawdziwą twarz bo ktoś zobaczy.

możesz zrobić tę choinkę z byle czego.
i tak zawsze będą patrzeć na światło.

Tytuł „zbioru” jest losową zbitką liter, którą wpisałem w wyszukiwarkę grafiki Google, by otrzymać jakiś niespodziewany zestaw zdjęć, celem dostarczenia bodźców mojemu jałowemu nolifowemu życiu. Żeby wygrać trzeba grać, a żeby tworzyć trzeba żyć – proste, ale niekoniecznie w wykonaniu. Zanim zostałem Zofią Kopytlanką, ba, zanim jeszcze zostałę Kotę, jak również doktorantę, byłem bowiem aspirującym artystę, który poczuł, że zaczyna mało elegancko pożerać własny ogon w autotematycznej matni, która dotyka wielu aspirantów z niedoborem treściwej, esencjonalnej inspiracji. A prościej – znudziło mnie pisanie i rysowanie o SOBIE. Idea była więc taka, że ten niespodziewany zestaw zdjęć potraktuję jako świat przedstawiony – oto nagle ta pstrokata mieszanka głównie stockowych i reklamowych obrazów jest światem, w którym żyję, a ja zapisuję suche spontaniczne refleksje na ich temat. Efekt bardzo mi się spodobał, więc nastukałem tych zbiorów całkiem sporo, a losowy proces dobierania „inspiracji” zaowocował pewną nutką ogólnej esencjonalności (lubię słowo esencja), obejmował bowiem różne aspekty życia, których normalnie mój umysł nigdy nie umieściłby obok siebie. Zbiór nazwałem więc „Niekończąca się esencja świata” i pełen dumy schowałem go na zawsze do szuflady.

Ekscytacja, jakiej towarzyszył ten eksperyment uświadomiła mi jednak pewną straszną rzecz, a mianowicie, że gdzieś w ciągu tych 10 lat posiadania osobistego komputera z osobistym internetem przekształciłem się z Internauty w Użytkownika Internetu. Samo słowo „Internauta” brzmi dzisiaj jakoś naiwnie i pokracznie, przywołuje obraz najntisowego dzieciaka z czapką z daszkiem surfującego na klawiaturze przez neonowy miszmasz reprezentujący niezgłębione przestrzenie sieci. To romantyczne wyobrażenie budzi dzisiaj nasz pokpiewający uśmieszek – nas, internetowych tubylców, dla których internet już od dawna nie jest fascynującym doświadczeniem, a codziennością. Nie jest Świętym Graalem, a narzędziem. Tylko czy jest z czego być dumnym? Mityczny internauta to przecież poszukiwacz przygód, podróżnik wyruszający w nieznane, bez mapy i instrukcji obsługi, kowbój przemierzający Dziki Zachód na swym wiernym koniu i kosmonauta odkrywający odległe galaktyki. Dzisiaj internet to jednak uporządkowana infrastruktura kontentu, który konsumujemy w bardzo bezpieczny i sformalizowany sposób. Tak się przynajmniej wydaje, bo prawda jest taka, że ten Dziki Zachód nadal jest tam gdzie był, a my po prostu siedzimy w małej bezpiecznej osadzie garstki wielkich portali pośrodku bezbrzeżnej dziczy, gdzie czekają na nas rzeczy niespodziewane, tajemnicze, niezrozumiałe, nigdy wcześniej niewidziane. Doświadczenie internetu takim, jakim był w latach 90. czy początku XXI wieku, czy kiedykolwiek po raz pierwszy się z nim zetknąłeś – jest nadal na wyciągnięcie ręki. Jest to zabawa nie tylko dla twórców, ale również dla każdego, kto czuje, że ogień jego związku z internetem się wypalił. Zatem do dzieła!

Gdy wszystko zaczęło się ponownie miesiąc temu, zacząłem tam gdzie skończyłem ostatnio – wpisywanie losowych zbiorów liter w Google grafika. Działa dobrze, trzeba jednak pamiętać, by liter nie było zbyt dużo, bo mimo pozornej nieskończoności internetu możemy dostać figę z makiem. Trzeba również uważać, by zbitka nie okazała się istniejącym słowem w jakimś języku lub akronimem, bo zostaniemy poczęstowani zbyt monotematycznym zestawem zdjęć firmy konsultingowej z Bangladeszu, co jednak samo w sobie porażką nie jest. Na tym polega bowiem piękno tej zabawy, że to ty definiujesz zwycięstwo. Zdjęcia, które znajdziesz to twoje skarby – wyjątkowe, bo znalazłeś je, wcale ich nie szukając.

2

To zdjęcie pana podsuwającego krowie jabłko do wąchania jest wyjątkowe, bo nigdy nie widziałem takiej sceny – jest jednocześnie komiczna i rozczulająco romantyczna.

3

Afrykańskie dziecko z myszami na patyku przypomniało mi, gdy za dzieciaka znaleźliśmy na podwórku kilka martwych myszy i postanowiliśmy urządzić im pogrzeb. Zakopaliśmy je starannie w ziemi, z małymi krzyżykami z patyków, odmówiliśmy modlitwę i byliśmy z siebie bardzo zadowoleni. Gdy jednak wróciliśmy z obiadu, okazało się, że miejscowe łobuziaki (łobuziaki nie jadają obiadów) wykopały myszy i porozrzucały je po podwórku. Nasze początkowe oburzenie zamieniło się w regularną bitwę na martwe myszy w piaskownicy (inne czasy, nie pytajcie #wszyscyprzeżyli #niktnienarzekał).

Ten typ znalezisk nazywam sobie „impresyjnymi” – stosunkowo łatwe do znalezienia i doskonałe do inspiracji. Idąc dalej tropem poszukiwań obrazków, wpadłem na pomysł bardziej niezawodnego wyszukiwania losowych zdjęć niż walenie w klawiaturę, a mianowicie używanie automatycznych nazw, jakie współczesne aparaty cyfrowe nadają fotografiom. Wpisałem więc DSC_4410 i pokazuje mi się unikatowy świat 4410 zdjęcia na aparatach z całego świata. Z wybranych zdjęć robię ten kolaż:

4

I kolejny ze świata DSC_3909:

5

6

To jest reklama – tyle wiem. Wygląda jak napój energetyczny, ale dlaczego promuje go obraz mało apetycznych radioaktywnych ścieków? I kim jest ta białooka turbobabcia? Prawdopodobnie mógłbym uzyskać odpowiedź na część tych pytań po krótkim rekonesansie, ale po co łamać zaklęcie? W tej chwili jest to reklama, która prześlizgnęła się przez bramy czasoprzestrzenne z alternatywnego świata radioaktywnych turbobabć.

Dobra, ten trop jest super i jeszcze będę do niego wracał, natomiast podczas poszukiwań tknęło mnie, by sprawdzić również wyniki wyszukiwania dla stron – przecież grafika to nie jedyne źródło inspiracji. Okazało się, że długie losowe zbitki liter bardzo często prowadzą do stron ze skanami, którym skaner przypisuje takie automatyczne losowe nazwy. Och, Boziu! Natychmiast wskoczyłem na tego konika, wprost do reklamy z XIX-wiecznej gazety.

7

Ta cudowna mikstura wzmacniająca serce i oczyszczająca krew najwidoczniej posiada też moc transformacji smutnych wąskich twarzy na szerokie, wesołe i nieco diaboliczne. Mikstura zrobiona jest z tajemniczego gatunku jagody, którą znał jedynie szczęśliwy odkrywca McLean. Z Wikipedii dowiedziałem się, że ten pan próbował również opatentować wczesną wersję karabinu maszynowego, który jednak nie działał jak należy. Legenda głosi, że zawiniły nieszczęsne jagody, których McLean postanowił użyć jako nabojów.*

8

W 2000 roku, w miasteczku Mooreland, Oklahoma ktoś postanowił na łamach lokalnej gazety złożyć życzenia urodzinowe swojemu na oko czteroletniemu synkowi i braciszkowi. Bardzo ładny gest, choć nieco bezsensowny (bo nie wyobrażam sobie, żeby czytanie lokalnych gazet było ulubioną rozrywką Jordana), ale dlaczego ten chłopiec jest czarnookim krwawiącym z ust demonem śmierci? Czy to dowcip, czy ktoś pomazał gazetę przed zeskanowaniem, czy może to niefortunny artefakt i zdjęcie w kolorze wyglądało całkiem niewinnie? Prawdopodobnie nie dowiemy się nigdy, ale ja na wszelki wypadek przesyłam to zdjęcie do 20 znajomych, by zapobiec klątwie Jordana.

9

Ostatnie moje znalezisko to również enigma. Kolejne uderzenie w klawiaturę zawiodło mnie wprost do strony z kolorowymi paintowymi abstrakcjami i kodem, w którym gdzieniegdzie umieszczone są linki do kolejnych podstron z innymi abstrakcjami, kodem i linkami. Na każdej podstronie przeczytać można (w luźnym tłumaczeniu):

c0d3.Attorney to projekt poświęcony prezentacji programów napisanych w Malbolge – znajdującym się w domenie publicznej ezoterycznym języku programowania, stworzonym przez Bena Olmsteada w 1998 roku. Język ten został zaprojektowany w taki sposób, aby był niemal niemożliwy w użyciu. Słabe punkty projektu umożliwiły jednak napisanie użytecznych programów w Malbolge. Z radością je tu prezentujemy.

Z szybkiego googlingu dowiedziałem się, że na tę stronę trafili również inni internauci bawiący się w losowe poszukiwania i wspomniana była zarówno na subreddicie poświęconym tajemniczym stronom jak i 4chanowym /x, gdzie ktoś próbował całość rozszyfrować – jak dla mnie wszystko jest jasne i nie trzeba już nic dodawać:

10

To by było na tyle, teraz pora na Ciebie, drogi czytelniku. Zgub się w internecie i udanych łowów! Swoje lepsze znaleziska możecie wysyłać do mnie na facebooku – co ciekawsze być może znajdą się w kolejnym wydaniu Kronik Losowego Internetu.

*To nie jest przypis do źródła, bo legenda została zmyślona przeze mnie. Gdybym wydrukował ją w XIX-wiecznej gazecie, to nikt by się nie czepiał #niktnienarzekał #wszyscyumarli