Jeszcze 2 minuty czytania

Urszula Zajączkowska

PLENER: Od A. do blee!

Urszula Zajączkowska

Urszula Zajączkowska

Odkrywam mikrobiologiczne, fermentujące siedlisko gluta. Bo wprost przepadam za kompostem, zgnilizną i rozkładem, odnajdując w nich rzeczywiste misterium przemian świata

W epoce całodobowych klubów fitness, stacji benzynowych z batonami proteinowymi, cudownie wchłaniających się kremów z kwasami, w czasach rzeźbienia sześciopaków i zgłębiania kazusów z zakresu superfoods, my chyba rzeczywiście uznaliśmy, że drogę do zbawienia można obrać wyłącznie przez wyrzeczenie. „Kto nie wyrzeka się wszystkiego, co ma, nie może być uczniem moim” (Łk 14,33), jak to zostało powiedziane. Uwierzyliśmy tej nauce i brniemy do lepszości, pełni nadziei na ostateczną nagrodę, na ziemi (byle nie w ziemi). Wyrzekliśmy się siebie – nie chcemy już siebie genotypowych, tzn. nieco pryszczato-łysawo-sflaczale-pomarszczono-szaro-pulchnych. Porzuciliśmy tę pokusę bycia zwyczajnymi, inercyjnie pogodzonymi z przemianami tłuszczów w trzewiach, na rzecz żmudnej drogi ciągłego samodoskonalenia, katorżniczej pracy nad sobą, by wreszcie osiągnąć to wyczekane zbawienie w postaci: ładnej. Więc chcemy być ładni, co znaczy tylko, że inni niż teraz. I od razu, zamaszyście idziemy za ciosem, bo ładne ma być również to, na co patrzymy, ładne to, gdzie jesteśmy, ładne, gdzie śpimy, ładni mają być ci, z którymi śpimy, co wisi na ścianie też niech będzie ładne, jak i wszystko czego dotykamy niechaj takie się stanie już! Tak! Wyrzekamy się więc szatana, wyrzekamy się jego nadmiernego zarostu, niehigienicznej duszy, zrogowaciałego naskórka, obwisów, wad zgryzu, piwnicznej woni i włochatego ogona! To nie dla nas. Chcemy aniołów i rozanielenia. 

Anielskie stają się więc też i rośliny – niechże ścielą się kobiercami u naszych stóp. A gdy wreszcie będą (choć ciągle są), to niech to będą kwiaty (ach, te kwiaty!), owoce (czerwone jabłka, winne grona i figi!), lub malownicze, ogniste liście drzew (+Vivaldi w tle). Nie widzimy roślin, jakie są przez większość roku, a przecież one ciągle tam są. Nigdzie nie uciekną. Zwykłe liście. Pospolita kora. Patyki, badyle.

Można więc myśleć, że to wyłącznie spektakularność stanów, w jakich znajduje się roślina, lub inny byt, budzi w oczach człowieka podniecenie, z którego to rodzą się wiersze, ballady, ewentualnie fotografie do kalendarzy. Dlatego też my, ludzie, obdarowujemy się właśnie kwiatami, szczeniaczkami i złotem, nie korzeniami, nie uschniętymi, pustymi strąkami, ale czymś w naszych oczach przyjętym jako ładne, bo występującym krótkotrwale i barwnie inaczej. Ja właśnie też tak robię. Podarowałam kiedyś A. maki do ogrodu, czekoladkę i drewnianą jaskółkę, ale A. niedawno dała mi to:

kombucza

To nie jest jaskółka. To nie jest też czekoladka. Stokrotka leży z boku tylko po to, by zwiększyć gradient naocznego dyskomfortu. Prawda, że odczuwacie dyskomfort? Brzydkawa forma, obślizgła, leży sobie i sapie. Taki prezent to chyba raczej „prezent” – pomyślicie. A. wcisnęła mi go i zwiała, patrząc na moją reakcję zza rogu, rechocząc pod kołnierz, skubała palce i szeptała – no otwórz prezent! – otwórz i zrzygaj się teraz, mądralo!?

O nie, nie. Przeliczyliście się. Nie tak było. A. otwierała przy mnie paczkę z tą śluzowatą postacią. Czule odwijała gałganki jak pieluchy niemowlęcia, aż do całkowitego obnażenia urody tego cuda. Wobec nagle zaistniałego mojego, wstydliwie głośnego, jak na tak kłopotliwą ciszę, przełknięcia śliny – A. dodała jeszcze pocieszenie: „przeżyje”. Nie mogło być lepiej. A więc to jeszcze żyje?

Tak więc od tamtej chwili żywo odkrywam mikrobiologiczne, fermentujące siedlisko gluta. Bo ja wprost przepadam za kompostem, zgnilizną i rozkładem, odnajdując w nich rzeczywiste misterium przemian świata, a zatem nie pogardzę także obślizgłą kolonią bakterii i drożdży, a wręcz ją do serca przygarnę i potulę. Tulę cię, kombuczo. Biedna ty. Leciałaś w samolocie 8 tysięcy metrów nad Ziemią. Pewnie się przestraszyłaś, widać, żeś przykurczona. Ostatecznie to raczej nienaturalne dla bakterii i grzybków tak sobie samodzielnie latać. (Chyba, że w kimś). Brzydkie kaczątko, wracaj więc do słoika – mówiłam w drodze powrotnej, dzierżąc ją i drżąc.

Jako galaretowaty wynik skondensowania mikroorganizmów, które szaleją w przypływach słodkiej herbaty, przemieniając ją w kwas mlekowy i octowy, kombucza jest rzeczywiście dość dziwnym stworem. Żyje na powierzchni płynu, oddycha, beka dwutlenkiem węgla i przekształca taniny i cukry w mieszaninę ożywczego napoju. Tak. Więc siki kombuczy pije się najzwyczajniej. Gul-gul. Nie trzeba przegotowywać. Są słodko-kwaśne, jak prosecco, z tą drobną różnicą, że są żywe i niekiedy ze śluzem w zębach.

Tradycje tej fermentacji są dalekie i trwale zasadzone w kulturze, dlatego warte szczególnej uwagi i badań (co się na świecie dzieje). Zrodziła się, jak wiele tego typu form żywności – przez przypadek, niezmywanie.

I tak oto także i mi objawiła się kombucza. Zaczęła panować w słoju, tworzyć swój ustrój i brzydnąć, i ohydnieć z każdym tygodniem swojego tycia. Coraz szkaradniejsza potwornica, obnażone jelita natury, kpina wobec ethicam et aestheticam stworzenia świata, przybłęda z arki Noego, przyklejona chyba do jej kadłuba, przetrwa wszystko. Żyje teraz u mnie w Wołominie. I ma się doskonale. Cielsko to rozrasta się, różnicuje się w nim celuloza, grzyb staje się okrzepły, jak stary ropuch na skraju bagnistej sadzawki. Wybrzusza się czasem. Leży na jakby swoich plecach wtedy. Pępek do świata wystawia, moczy całą resztę. Jaki wielki ten kałdun! Boję się go. Zanurzam go więc palcem, przytrzymuję, patrząc zawzięcie i krwiście. Ale nie ma tu zupełnie nic z thrillera i ostatniej jego sceny, gdy resztkami sił topi się w wannie zaciekłego mordercę. Tu nic się mu nie stanie. Nie udusi się. Obmyje się tylko i wypłynie rześko całym tym brzuchem, by na nowo tworzyć produkty przemiany swej obleśnej materii.

Moc w tym brzuszysku staje się jednak coraz większa. Skoro potrzebuje tylko cukru, powietrza, wody oraz innych składników organicznych – to powstaje niepokojąca przyszła oczywistość mego losu, bo niby z czego to ja się składam, jak nie z wody, cukru i innych składników organicznych? A on przecież wciąż rośnie i tylko żre. Dlatego od czasu do czasu pokazuję paradę swej dominacji. Gdy kwasi mi za bardzo, bez dyskusji, z rozmachem wyciągam kombuczę ze słoja, kładę na talerzu (szacunek) i na jej oczach wylewam do zlewu większość powstałego płynu z jej ciała, ostentacyjnie pokazując, kto tu rządzi. Potem wkładam ją z powrotem do słoja. Zerkam w te skruszone, ślimacze powieki i dolewam świeżej herbaty słodzonej, na pocieszenie, miodem. Ale ona zaraz wszystko zapomina, bo przecież nie ma pamięci. Zaczyna pluskać się i przerabiać wszystko jak chce. Żwawo wtedy odrastają z niej błoniaste płaty nowych, śluzowatych glutów. Podpijam jej siki na bieżąco. Wtedy kombucza jest najaktywniejsza, lekko gazowana. Lubimy się wtedy. Trudno ją jednak przeciąć skalpelem. Ale się udaje. O litości! – cięcie zarasta. To koszmarny, kolejny dowód, że to byt całkiem zorganizowany, w którym rana jest ubytkiem w skończonej, żyjącej formie, więc należy ją zamknąć, zagoić. I goi się. A ja mam setne wyrzuty sumienia.

Płyny spod kombuczy to jej swoiste, mikrobiologiczne akwarium, ujawniają inną jej cechę, która wznieciła moje zachwyty. W tych popłuczynach uwidacznia się wspólnota geometrii i kształtu wszechświatowych kreacji. Tu znowu wszystko jest do wszystkiego podobne. W kombuczy samotworzą się więc galaktyki, rodzą się pasma dróg mlecznych, a w nich chmury dopalane są zachodzącym słońcem. Kręcą się pukle ognia, a smugi organicznej plechy i śluzów kombuczowych bakterii ciągną się dokładnie tak samo, jak to wszystko razem i oddzielnie.

Wskaż palcem (umytym) który obrazek przedstawia kombuczę. Odpowiedź na końcu tekstu.Wskaż palcem (umytym), który obrazek przedstawia kombuczę. Odpowiedź na końcu tekstu.

I całość powtórnie wydaje się trudna do rozróżnienia w swej postaci. Wciąż nikt nie odpowiedział mi na pytanie – skąd to podobieństwo, skąd zbieżne wzory w naturze? I czym się różnią wszystkie te formy poza skalą i pochodzeniem? Bo ja nie wiem.

Pływam więc w tym „nie wiem” najswobodniej i najradośniej jak można, jak kombucza. Uczucie to najlepsze. O patrzcie, a ta urywa się ze smyczy, sznurek balonika właśnie wymyka się z czyjejś dłoni. I leci. Nie wiem! I nie chcę wiedzieć. Geometrie świata. Też ci pytania! Refleksje badaczy są tu najwyżej muśnięciami rzeczywistości, jak cirrusy po błękicie.
Więc tylko się zachwycam, chociaż tyle mogę. I mogę jeszcze tu to wszystko napisać.

Opisy obrazków:
Ene – Mały Obłok Magellana, czyli karłowata galaktyka. [źródło]
Due – Strzępki resztek organicznych w płynie kombuczy.
Rike – Zjawisko mamma chmur [źródło]
Fake – ogień [źródło]