Czyli pewnie wielu z was
Maria Zaikina CC BY-NC-ND 2.0

44 minuty czytania

/ Obyczaje

Czyli pewnie wielu z was

Kaja Puto

Dla jednych ukraińskość to trzon artystycznej działalności, dla drugich – szufladka, z której jako wolne ptaki chcą uciec. Czy w obliczu różnorodności tej diaspory można mówić o czymś takim jak jedna ukraińska kultura w Polsce?

Jeszcze 11 minut czytania

Festiwal czy inne dni kultury ukraińskiej ma już każde polskie wojewódzkie miasto. Coraz częściej czytamy o ukraińskim kinie, ukraińskich DJ-ach, ukraińskiej literaturze. Czytamy – albo przynajmniej chłoniemy kątem oka ze słupów ogłoszeniowych i socmediowych feedów. Brzmi to coraz bardziej modnie i jest tego coraz więcej, bo w Polsce na stałe mieszka już ponad 300 tys. Ukraińców. Artyści są wśród nich i do nich – choć nie tylko – przyjeżdżają.

Razem z pracownikami sezonowymi i urodzoną w Polsce mniejszością Ukraińców bywa w naszym kraju nawet 1,5 miliona. To bardzo zróżnicowana diaspora. Przyjeżdżają tu zbierać jabłka, po uznawane w Europie dyplomy uczelni, do prekarnej, ideowej tyry w NGO-sach, opiekować się samotnymi seniorami czy piąć po szczeblach korpokariery. I tworzyć kulturę. Ale czy w obliczu tej różnorodności można mówić o czymś takim jak jedna ukraińska kultura w Polsce?

Dla niektórych migracja oznacza degradację społeczną, dla innych – szansę na rozwój kariery. Dla jednych ukraińskość to trzon artystycznej działalności, dla drugich – szufladka, z której jako wolne ptaki chcą uciec. Nie wspominając już o tym, że samo pojęcie ukraińskości w tym ogromnym kraju o skomplikowanej historii jest co najmniej problematyczne.

Polacy znają ten kłopot z emigracji: nawet jeśli wcześniej nie myślałeś o swojej narodowości zbyt dużo, za granicą kończysz na polonijnych wydarzeniach, a lokalni dziennikarze wypytują cię o sytuację polityczną w twoim kraju albo proszą o wywiad do tekstu o „Polakach w państwie X” (#toomnie). Choć może w kosmopolitycznych metropoliach wygląda to trochę inaczej. A może tylko tak sobie wmawiamy, bo próbujemy poczuć się ich pełnoprawną częścią.

Oddajmy głos ukraińskim artystom i artystkom.

***

Lista instytucji i cyklicznych festiwali promujących ukraińską kulturę w Polsce (вибачте, якщо не повна)

Mazowieckie:
Ukraiński dom w Warszawie
Ukraina Festiwal Filmowy (Warszawa)
Centrum Wielokulturowe (Warszawa)
Międzynarodowy Festiwal Muzyki Europy Środkowo-Wschodniej Eufonie (Warszawa)
Glutaminian Wschodu (Warszawa)
Warszawskie Targi Książki (Warszawa)
Teatr Polski (Warszawa)
Teatr Powszechny (Warszawa)
Związek Ukraińców w Polsce (Warszawa i cała Polska)
Dolnośląskie:
CUKR – Centrum Ukraińskie Kultury i Rozwoju (Wrocław)
Kalejdoskop Kultur (Wrocław)
Kolegium Europy Wschodniej im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego (Wojnowice)
Festiwal WROCloveUkraina (Wrocław)
Kino Ukraina (Wrocław)
Miesiąc Spotkań Autorskich (Wrocław)
Porozumienie Wschód–Zachód (Wrocław)
Festiwal Slot Art (Lubiąż)
Pomorskie:
Tydzień Ukraiński nad Bałtykiem (Gdańsk)
Europejskie Centrum Solidarności (Gdańsk)
JarmaRock FEST (Gdańsk)
Domiwka Gdańsk
Teatr Navpaky (Gdańsk)
Lubelskie:
Ukraina Festiwal Filmowy (Lublin)
Wschód Kultury – festiwal Inne Brzmienia (Lublin)
Festiwal Ukraina w Centrum Lublina
Galeria Labirynt (Lublin)
Homo Faber (Lublin)
Kongres Inicjatyw Europy Wschodniej (Lublin)
Towarzystwo Ukraińskie (Lublin)
Fundacja Kultury Duchowej Pogranicza (Lublin)
Podlaskie:
Wschód Kultury – festiwal Inny wymiar (Białystok)
Festiwal Podlaska Jesień (Białystok)
Festiwal literacki Patrząc na Wschód (Buda Ruska)
Noc kupały (Dubicze Cerkiewne, wiele innych miejsc w całej w Polsce)
Małopolskie:
Międzynarodowe Centrum Kultury w Krakowie
Międzynarodowy Festiwal Teatru Ukraińskiego „Wschód–Zachód” (Kraków)
Klub Ukraiński w Krakowie – Fundacja Zustricz
Interkulturalni.pl (Kraków)
Łemkowska Watra (Zdynia)
Zjednoczenie Łemków (Gorlice)
Centrum Kultury im. B.I. Antonycza (Gorlice)
Wielkopolskie:
Festiwal Ukraińska Wiosna (Poznań i okolice)
Zachodniopomorskie:
Dni Kultury Ukraińskiej (Szczecin)
Festiwal Ukraińskich Zespołów Dziecięcych (Koszalin)
Wędrowny Festiwal Kultury Ukraińskiej (z siedzibą w Wałczu)
Podkarpackie:
Wschód Kultury – Europejski Stadion Kultury (Rzeszów)
Dom Ukraiński (Przemyśl)
Festiwal Folkowisko (Gorajec)
Święto Kultury nad Osławą (Mokre k. Sanoka)
Warmińsko-mazurskie:
Dni Teatru Ukraińskiego (Olsztyn)
Dziecięcy Festiwal Kultury Ukraińskiej (Elbląg)
Dni Kultury Ukraińskiej (Giżycko)
Węgorzewskie Centrum Kultury (Węgorzewo)
Kujawsko-pomorskie:
Festiwal Kultury Podróży Światopogląd
CSW Toruń (wystawa online „Sztuczny Ból. Współczesna sztuka Ukrainy”)
Śląskie:
Festiwal Ars Cameralis
Świętokrzyskie:
Muzeum Historii Kielc
Lubuskie:
Dni Kultury Ukraińskiej (Zielona Góra)

Vasilisa Nezabarom (czyli Aleksei Sobolev, w skrócie Liosza): Przyjechaliśmy do Polski z Charkowa, cała grupa Boba, czyli Yulia, ja i dwójka naszych synów – Yasha i Bob.
Yulia Drozdek: Mają sześć i osiem lat. W Charkowie pracowaliśmy na ulicy, robiliśmy performanse, polityczne akcje, projekty fotograficzne, ciągnie nas do akcjonizmu. Liosza na przykład zrobił taką akcję podczas Majdanu…


Vasilisa
: Kiedy w Kijowie zaczął się Majdan, mer Charkowa zakazał demonstracji, oficjalnie z powodu epidemii grypy. Odgrodził plac Wolności płotem. Powiesiliśmy się na nim w dziewięć osób z napisem „jewrozabir” [europłot] na plecach. W tych czasach ludzie w Charkowie bali się władzy, wielu stało po antyeuropejskiej stronie. Chcieliśmy tę władzę odbrązowić, pokazać ludziom, że można ją szturchnąć. Robiliśmy też performanse społeczne, o absurdach życia w Ukrainie, o tym, co ludzi boli. Kiedyś złamałem sobie dwie kości piętowe i przez trzy miesiące musiałem siedzieć w domu, ale zgodnie z ukraińskim prawem musiałem raz na dwa tygodnie przyjść do lekarza na kontrolę, żeby dostać przedłużenie L4.
Yulia: Byłam u tego lekarza, mówiłam, że Liosza nie może przyjść, bo ma obie pięty złamane, ale lekarz powiedział, że musi, bo jemu za taksówkę nikt nie zapłaci. No to Liosza wybrał się w drogę na kolanach, całe 17 kilometrów. Najpierw na przystanek trolejbusowy, potem przesiadka, długie przejście dla pieszych, aż w końcu doszedł na kolanach do tego doktora. Wszystko nagrywałam. Wrzuciliśmy to na YouTube’a i zrobił się viral, wszystkie ukraińskie telewizje do nas dzwoniły…


Vasilisa
: Sprawa zrobiła się bardzo gorąca, wielokrotnie dzwonił do nas ordynator ze szpitala, żeby wyjaśnić tę sprawę, bo mieli telefony z samego Ratusza. My jesteśmy takimi artystami, którzy sztukę robią nie do galerii czy muzeum – chociaż teraz w Polsce już trochę tak – tylko do telewizji i gazet.
Yulia: Zwykła sztuka to jest malować na ścianach kwiaty, a my jesteśmy prowokatorami. Bo prowokacje wywołują u ludzi najszczersze reakcje.
Vasilisa: Do Polski przyjechaliśmy trzy lata temu. To był pomysł Yulii, bo w Zielonej Górze mieszka jej ojciec. W Ukrainie była coraz gorsza sytuacja gospodarcza, a tutaj dzieci mają dziadka.
Yulia: Kiedy przyjechaliśmy, była zima, smutno, koszmarna pogoda. Miasto sprawiało wrażenie martwego. A my nie znaliśmy żadnych Polaków. Nie po prostu Polaków, tylko takich, którzy chcieliby się z nami zaprzyjaźnić.

Aleksei Sobolev i Yulia DrozdekAleksei Sobolev i Yulia Drozdek

Vasilisa: Z Ukraińcami w Zielonej Górze zresztą też byłoby trudno się zaprzyjaźnić. Bo my jesteśmy takimi trochę dziwakami… Na szczęście znaleźliśmy galerię sztuki. W Zielonej Górze jest tylko jedna – BWA. Za pierwszym razem poszliśmy obejrzeć wystawę, a za drugim – prosto do dyrektora, Wojciecha Kozłowskiego. Pokazujemy mu swoje projekty…
Yulia: A on mówi: „Przecież ja was znam, pamiętam z wystawy w ramach wrocławskiego ESK 2016. Czemu wy do Zielonej Góry przyjechaliście? Tacy artyści, co wy tu będziecie robić?”.
Vasilisa: Później Wojtek został moim pierwszym nauczycielem polskiego i przyjacielem, pokazywał mi polskie filmy, muzykę…
Yulia: Liosza nie jest poliglotą, zna tylko język charkowski.
Vasilisa: Mój pierwszy polski zwrot poznałem w Biedronce dzięki translatorowi Google: „szukam korkociągu”.
Yulia: Dobrze, że umie palcem wino otworzyć…
Vasilisa: Na początku to było bardzo trudne, że nie możesz normalnie uczestniczyć w dyskusji, nie rozumiesz specyficznie polskich żartów… Yulia już sobie z tym bardzo dobrze radzi.
Yulia: No nie wiem… Ale teraz znaleźliśmy pokrewne dusze, poznaliśmy lokalnych artystów i aktorów teatru.
Vasilisa: Wspaniali ludzie. Ale nie mamy jeszcze odwagi, by działać artystycznie na ulicy, nie znamy tak dobrze polskiego kontekstu. Nie chodzi nawet o język. Dzięki Wojtkowi prezentowaliśmy w zielonogórskim BWA naszą twórczość. Ludzie podchodzili do nas i mówili: „Zróbcie coś o polskich problemach. Na przykład że jakieś drzewo chcą gdzieś wyciąć”. Jedno drzewo?!
Yulia: W Charkowie takich drzew tysiące wycinają.
Vasilisa: Więc dla nas te polskie problemy nie są aż tak ostre jak ukraińskie. To zupełnie inny poziom.


Yulia
: Mnie inspirację daje tutaj tylko jeden temat: religia. Sama jestem z rodziny katolickiej, takiej, co to w niedzielę do kościoła chodzi. Zostałam posłana w Czerniowcach do pierwszej komunii. I w BWA zrobiłam o tym performans. Za to Liosza raz zrobił spontaniczną akcję na ulicy. Przed pierwszym Marszem Równości półtora roku temu po Zielonej Górze jeździł taki samochód z homofobicznymi hasłami.
Vasilisa: Jechałem do pracy rowerem, bo pracowałem wtedy w teatrze, i widzę ten samochód przed przejściem dla pieszych.
Yulia: Zobaczył takie jakby światło, poczuł impuls, że teraz, właśnie teraz musi to zrobić. No i powiedz, co zrobiłeś?
Vasilisa: Stanąłem na przejściu i zablokowałem ten samochód. Nie mogłem już znieść tego siania nienawiści do ludzi. Zrobił się duży korek, bo stałem tam chyba z piętnaście minut.
Yulia: Zablokował całe miasto.
Vasilisa: Ludzie, którzy jechali drugim pasem, krzyczeli na mnie, że co ty robisz, dlaczego blokujesz drogę, zaraz wezwę policję. To była najczęstsza reakcja. Kierowca tego samochodu siedział spokojnie, robił mi zdjęcia. A ja tylko dzwoniłem dzwonkiem. Na jakieś pół minuty dołączył do mnie jeden chłopak i też zaczął dzwonić.

Yulia: Robimy tu też Platie, to nasza marka ubrań z upcyklingu. Zaczęliśmy jeszcze w Ukrainie, poszliśmy do lumpeksu we wtorek, czyli najtańszy dzień – 18 hrywien (ok. 3 zł) za kilogram. Nakupowaliśmy ubrań z naturalnych tkanin i zaczęliśmy je przerabiać. Najpierw robiliśmy narzuty na kanapę inspirowane konstruktywizmem, później też kominy i ubrania. Sprzedajemy je na Facebooku i też trochę w butikach – w Stanach, Hongkongu, Anglii, Niemczech, Rosji, Ukrainie i we Francji. Dostaliśmy od miasta pracownię artystyczną…
Vasilisa: W Polsce trudno nam się tym zajmować, bo w second handach nie ma naturalnych materiałów.

Yulia: A poza tym pracujemy. Jak normalni ludzie [śmiech]. Byliśmy grafikami w internetowym sklepie obuwniczym, ale Lioszę już zwolnili z powodu pandemii i przenieśli do pracy w magazynie. A ja wzięłam opiekę nad dziećmi z powodu kwarantanny i nie wiadomo, co mnie czeka, kiedy to wszystko się skończy.

***

W Warszawie jest więcej niż jedna galeria, więcej jest też artystów i migrantów. Ale to niekoniecznie ułatwia sprawę. Yulia Lashchuk, doktorantka UW badająca m.in. artystki migrantki, komentuje to słowami warszawskiego rzeźbiarza Artema Dmytrenki, który miał kiedyś powiedzieć, że artyści ukraińscy w Polsce są jak sardynki w oceanie, bo nie należą do żadnej z grup migrantów: nie są ani migrantami zarobkowymi, ani białymi kołnierzykami. Są inni pośród artystów oraz inni pośród swoich; trudniej im się zintegrować, ale też niekoniecznie tego potrzebują.

Niektórzy trafiają do Warszawy z przypadku, tak jak Yulia Krivich, niegdyś studentka architektury w Dnieprze. Marzyła o tym, by studiować na Akademii Sztuk Pięknych. Wybrała nowe media na warszawskiej ASP, bo dzięki polskiej prababce łatwo było dostać papiery na pobyt. Studia, owszem, skończyła, teraz fotografuje i pracuje w produkcji fotograficznej. Ale tak naprawdę wolałaby Berlin.

Yulia KrivichYulia Krivich

Yulia Krivich: Na skalę ukraińską tylko Warszawa jest duża, więc inne miasto nie wchodziło w grę. Dużo mi czasu zajęło, żeby ją polubić: trzeba zrozumieć każdą dzielnicę z osobna. Przyjechałam tu prosto z domu rodzinnego, więc przeprowadzka była ogromnym stresem. Trudno było mi wejść w głębszy kontakt. W końcu udało mi się tutaj odnaleźć, ale boję się przyszłości w Polsce, na umowach o dzieło i bez emerytury. Coraz częściej słyszę z ust polskich przyjaciół, że również chcą stąd z tego powodu uciekać. No i z powodu polityki. Ja zresztą też jestem nią zaszokowana, szczególnie po Białymstoku, bo byłam tam na ubiegłorocznej Paradzie Równości.

Yulia mieszka w Polsce już prawie 10 lat i przedstawia się jako polsko-ukraińska artystka. Wiele z jej projektów powstało w Ukrainie, ale to na polskiej scenie młodych fotografów jest świetnie rozpoznawalna. Jej prace prezentowane były m.in. w Galerii Raster i Muzeum Współczesnym we Wrocławiu, a za swoją książkę fotograficzną otrzymała nagrodę ShowOFF na Miesiącu Fotografii w Krakowie; nominowana była też do ukraińskiej Pinchuk Art Prize. Dużo uwagi poświęca młodym ludziom w poradziecji. Jednym z jej najbardziej rozpoznawalnych projektów jest „Zuchwałość i młodość” – portrety młodych ukraińskich nacjonalistów.

Yulia: Instagram wszystko zmienił – postrzeganie fotografii, ale też wojny. To medium jest idealnym narzędziem propagandy, bo my dalej w nie wierzymy, choć doskonale wiemy, że zdjęcia mogą być zmanipulowane. Po Majdanie poznałam kiboli, którzy zaciągnęli się do batalionów jako wolontariusze. Poszli walczyć, bo lubią się napierdalać. Zdjęcie jednego z nich – Igora – zostało wykorzystane w propagandzie obu stron. Ładny chłopak, kominiarka, new balance’y, tatuaże z czaszkami i swastykami. Kiedy został ranny, wrzucił na insta zdjęcie z różowym jednorożcem. Wojna – szczególnie w czasach Instagrama – to wdzięczny temat, łatwy do zilustrowania. Szczególnie że to wojna na Wschodzie, która wpisuje się w modną parę lat temu estetykę post-soviet chic.

 
 
 
View this post on Instagram
 
 

#daring #youth on display in @pinchukartcentre #instamood

A post shared by Daring&Youth (@daring_youth) on

Yulia ma na myśli modę na estetykę ZSRR i postradziecki rozpieprz, który opisywałam jakiś czas temu na łamach „Dwutygodnika” w tekście „Hajp na gop”. Zaczęło się bodaj od projektanta Goszy Rubczyńskiego, który wypuścił parę lat temu kolekcję inspirowaną outfitami gopników (dresiarzy). Do Polski ta moda przyszła chyba z Zachodu, choć hipsterskie zainteresowanie architekturą PRL czy estetyką Wixapolu ma bardzo podobny charakter. Tak czy inaczej, golf z napisem „Wostok” można dziś kupić nawet w Croppie. A poza Yulią w Polsce temat ten eksploatuje na przykład mieszkający w Krakowie Alexander Sovtysik.

 
 
 
View this post on Instagram
 
 
 

A post shared by @asovtysik on

Yulia: Wyrastam z estetyki charkowskiej szkoły fotografii lat 70. – uwielbiam na przykład Borisa Mikhailova, który przyglądał się ukraińskiemu życiu codziennemu. Dziś już zaczynam od tego odchodzić, chyba dlatego, że jestem tutaj. Choć Polska i poradziecja mają pewne punkty wspólne, jeśli chodzi o estetykę transformacji.

Parę dni po rozmowie z Yulią byłam w klubie Jasna 1 na imprezie „Glutaminian Wschodu” i w palarni podsłuchałam ożywioną dyskusję Polki i Ukrainki, że Warszawa jest piękna, bo betonowa, ale trochę za czysta. Pełna zgoda. Ale wróćmy do Yulii. W ubiegłym roku zrobiło się o niej w mediach głośno z powodu baneru z napisem „w Ukrainie”, z którym stanęła pod hubem ukraińskich migrantów – Dworcem Zachodnim.

Yulia: Mówienie po rosyjsku „na Ukrainie” ma wyraźny polityczny kontekst: takiej formy używają na przykład rosyjskie media propagandowe, by zasygnalizować, że Ukraina to dawna część imperium. Dowiedziałam się, że w języku polskim forma ta również ma postkolonialne konotacje. Długo nie miałam odwagi, by kogokolwiek poprawiać, ale kiedy pokonałam barierę językową, odważyłam się zwracać uwagę moim znajomym. Stanęłam z banerem na dworcu i nikt na mnie nie zwracał uwagi, ale kiedy wrzuciłam zdjęcie do sieci, odezwała się do mnie „Gazeta Wyborcza”. Nie spodziewałam się, że dotknie mnie po tym aż tak ogromny hejt. Ludzie wyzywali mnie od banderówek – przy czym pochodzę ze wschodniej Ukrainy, więc to zarzut kulą w płot – i od kurew, pisali: „Kim ty jesteś, by poprawiać Polaków”. Nigdy wcześniej nie byłam w takiej sytuacji, która spotyka wielu moich rodaków w Polsce – nikt nie zabrał mi paszportu, nie zmuszał do pracy po godzinach. Dopiero wtedy zrozumiałam, jak ogromna jest w Polsce niechęć do imigrantów.

Yulia w naszej rozmowie zwraca uwagę na jeszcze jeden problem: transkrypcję nazwisk. To ogromna zagwozdka dla redaktorów. Zasady pisowni PWN każą zapisywać jej imię i nazwisko w polskim tekście jako Julia Kriwicz. W niemieckim byłaby Julią Kriwitsch, we francuskim – Ioulią Krivitch. To dla osób publicznych spory problem, bo trudno się je googluje. Dlatego Yulia – jak wielu innych artystów, dziennikarek itd. – prosi o posługiwanie się w piśmie międzynarodową transkrypcją nazwiska z paszportu.

***

Zlokalizowany na Muranowie Ukraiński dom to jeden z najważniejszych punktów na ukraińskiej mapie Warszawy. Kieruje nim kobieta instytucja, Myroslava Keryk, która przyjechała do Polski na początku lat 2000 na studia doktoranckie na PAN. W trakcie pomarańczowej rewolucji w 2004 roku organizowała akcje solidarności z Ukraińcami, a później zaczęła pomagać swoim rodakom w Polsce. Dziś mieszcząca się w Ukraińskim domu fundacja Nasz Wybór jest jednym z najważniejszych w Warszawie punktów pomocy prawnej obcokrajowcom – nie tylko Ukraińcom. W Ukraińskim domu odbywają się też wystawy, konferencje, spotkania autorskie i najróżniejsze wydarzenia związane z Ukrainą i migracją. Myroslava Keryk kandydowała też w ubiegłym roku do Sejmu z list KO.

Myroslava: Nie spodziewałam się tak negatywnej reakcji na akcję Yulii, że ludzie wyjdą „bronić” swojego języka wbrew opiniom językoznawców. A język powinien przystosować się do realiów współczesności – tak samo jak nie mówimy już „murzyni”, nie powinniśmy mówić „na Ukrainie”, bo kogoś to obraża.

Ukraiński dom sam bywa areną sporów o język. Ukrainę – a także ukraińską diasporę w Polsce – ta kwestia bardzo polaryzuje. Na jednym biegunie mamy ukraińskich patriotów nieufnych wobec rosyjskojęzycznych rodaków, na drugim – środowiska prorosyjskie. A pomiędzy nimi – zagubioną większość, która po prostu używa albo obu języków, albo tego, który dominował w szkole lub domu. Choć wydarzenia w Ukraińskim domu odbywają się w języku ukraińskim lub polskim, występ rosyjskojęzycznego teatru z Charkowa rozniecił jakiś czas temu gniew internetowych trolli. Trolle grzmiały, że Ukraiński dom to tak naprawdę „ruski dom”, a nawet zaczęły ciągać Myroslavę po sądach. Co ciekawe, pozew złożył Polak – ale sąd oddalił sprawę.

Myroslava Keryk, fot. Marcin BaranowskiMyroslava Keryk, fot. Marcin Baranowski

Yulia Lashchuk jeszcze przed akcją Krivich współorganizowała w Ukraińskim domu wystawę zatytułowaną „Rekonstrukcja pamięci”. Opowiada mi, że temat migracji jest obecny w sztuce ukraińskich artystów w Polsce na różnych poziomach: straty, pamięci, traumatycznego doświadczenia. W wystawie wzięli udział m.in. artyści z Donbasu czy Krymu, a kuratorowali ją donieccy artyści Lia Dostlieva i Andrii Dostliev.

Myroslava mówi z przymrużeniem oka, że w Ukraińskim domu próbuje zachować balans między „szarawarszczyzną” (to z ukraińskiego, w kontekście polskim powiedzielibyśmy: cepelią) a wydarzeniami odpowiadającymi na wyzwania współczesności. – Chcemy przyciągać zarówno różnych Ukraińców, jak i różnych Polaków. Jeśli mamy pokazywać Tarasa Szewczenkę (ukraińskiego poetę romantycznego), to w kontekście współczesnym – jako symbol Majdanu lub z jednorożcem na różowym tle, bo i tak widzi go dziś kultura ukraińska.

Ukraiński dom jest nieformalną ambasadą kultury ukraińskiej w Polsce (analogiczny do Instytutu Polskiego Instytut Ukraiński dopiero powstaje). Sporo dzieje się też we Wrocławiu, gdzie mieszka spora część Ukraińców przesiedlonych w głąb Polski w ramach akcji Wisła. Ukraińskimi inicjatywami trzęsą tam Olga Chrebor i Tomasz Sikora. Ale ukraińska sztuka pokazywana jest w Polsce w najróżniejszych instytucjach. Obecnie na przykład w toruńskim CSW, gdzie do online’u przeniesiona została wystawa „Sztuczny Ból. Współczesna sztuka Ukrainy”.

Polsko-ukraińskiemu sąsiedztwu poświęcona została też 10. edycja festiwalu Warszawa w Budowie – ta z 2018 roku. W budynku warszawskiej Cepelii – a równolegle w Kijowie – zorganizowana została wystawa „Sąsiedzi”, w ramach której polscy i ukraińscy artyści pracowali nad problematyką wojny, pamięci czy migracji. W ramach festiwalu w Warszawie rozwieszono również serię plakatów „Jestem Ukrainką” autorstwa artystów i artystek związanych z kijowskim Centrum Badań nad Kulturą Wizualną. Przedstawiały one spracowane wizerunki ukraińskich migrantek w Polsce.

plakatJeden z plakatów z serii „Jestem Ukrainką” / za zgodą MSN

Myroslava: Plakaty wywołały dyskusję wśród ukraińskiej diaspory: wielu ludzi było zdania, że te grafiki wzmacniają stereotypy zamiast im przeciwdziałać. Sztuka oczywiście ma budzić dyskusję, ale być może dla wielu Polaków przekaz tych plakatów nie był zrozumiały. Polacy zazwyczaj nie wiedzą, kim była poetka i kobieca działaczka Lesia Ukrainka – a ten motyw się tam pojawiał. Poza tym diaspora ukraińska w Polsce jest bardzo zróżnicowana.

Yulia Lashchuk: Z migracją często związany jest wstyd. Robiłam kiedyś wywiad z artystką, która opowiadała mi, że kiedy przeprowadziła się do Polski i mówili o niej per „migrantka”, odpowiadała: „Nie jestem migrantką, jestem Ukrainką, ale zajmuję się sztuką”. Czy to jest etyczne? Być może nie, ale w ten sposób próbowała wybrnąć z pudełka, do którego była wrzucana przez innych.

***

Artyści wizualni mierzą się ze swoją odmiennością w sztuce, ale aktorom migrować jest jeszcze trudniej: perfekcyjne opanowanie obcego języka udaje się nielicznym dorosłym osobom. Artem Manuilov, współpracownik Teatru Powszechnego, jest na świetnej ku temu drodze. Gra też w polskich filmach i serialach – zazwyczaj role Ukraińców, Białorusinów czy Rosjan. Ostatnio miał świetną rolę w krótkim metrażu Kobasa Laksy „Okno z widokiem na ścianę”, grał też w serialu „Nielegalni”. Zresztą niech Artem opowie sam.

Artem: Pochodzę ze Starobielska, studiowałem w Doniecku reżyserię, a w 2009 roku skończyłem aktorstwo na lwowskim Uniwersytecie im. Iwana Franki. Próbowałem aktorskiego szczęścia w Kijowie, a potem w Moskwie, ale tam stawki były tak niskie, że nie starczało na mieszkanie. Przyjaciółka podesłała mi informację o naborze do Akademii Praktyk Teatralnych w Gardzienicach, mówiła: „Manu, spróbuj”. Przeczytałem i od razu wiedziałem, że muszę tam być. Podczas studiów we Lwowie nie raz o tym słyszałem.
Autobus ze Lwowa do Lublina przemierzał 220 km w kilkanaście godzin. Duża część z tego to postój na granicy, gdzie szalone kobiety podnosiły sobie bluzki, żeby przykleić na brzuch paczki fajek i krzyczały: „Na co patrzysz, pomóż lepiej”. I tą taśmą klejącą, szast-prast, a na każdej paczce podpis: Luda, Swieta, Tania. Babki po 70 lat, ze śrubokrętami w dłoniach, biorą się do rozkręcania autobusu, żeby pochować w jego zakamarkach papierosy. Jak można było naród do czegoś takiego doprowadzić?
Do Gardzienic spóźniłem się o jeden dzień, bo za późno otworzyli mi wizę. Dotarłem tam wreszcie i padłem spać. Po godzinie budzą mnie na egzamin, idę na salę, a tam Włodzimierz Staniewski mówi: „Ma pan 10 minut”. A ja na to: „Przepraszam, ale potrzebuję dwudziestu i będę mówił po ukraińsku”. Recytowałem Wasyla Stusa, Siergieja Jesienina, Luigiego Pirandello, śpiewałem, grałem na bębnie, tańczyłem improwizację kontaktową. Udało się. Godzinę po egzaminie zaproszono mnie do udziału w próbie spektaklu „Elektra”.

Artem ManuilovArtem Manuilov

Zagrałem Orestesa. Przepisałem sobie w transkrypcji jego monolog, przez trzy dni siedziałem i słuchałem nagrań Mariusza Gołaja. Byłem jak małpka, tylko mniej więcej rozumiałem, o co w tym chodzi. Do tej pory go pamiętam. „Nie można jasno poznać szlachetności i pomieszanie jest w ludzkich naturach, widziałem nieraz człowieka z krwi szlachetnej, a nic wartego. Dzieci podłych – zacne, bogacze – bez krztyny rozumu…”. Co to jest krztyna?! Kiedyś mówiłem krótkimi zdaniami, starałem się, by nie słychać było akcentu. A teraz mam własne konstrukcje, swój język, bawię się nim. Ale to nie było pierwsze moje takie doświadczenie. Do lwowskiej szkoły przyjechałem, nie znając ukraińskiego, bo jako dziecko rozmawiałem tylko po rosyjsku, jak wszyscy na Wschodzie. Nauczyłem się, przygotowując napisany heksametrem monolog z „Metamorfoz” Owidiusza.
Kursowałem pięć lat między Polską i Ukrainą, jeździłem pociągiem z Charkowa do Lwowa, a stamtąd autobusem, chyba że teatr mógł zapłacić mi za samolot, bo bilety były wtedy bardzo drogie. Kiedy wybuchła wojna, mieszkałem w Charkowie, moja córeczka była jeszcze bardzo mała. Mocno to wszystko przeżywałem. Moją matkę chrzestną od śmierci uratował bezdomny, który nakrył ją ciałem, gdy wystrzelił w ich stronę odłamek. Mój ojciec chrzestny poszedł na wojnę po separatystycznej stronie. Z kolei mnóstwo moich przyjaciół zginęło na froncie za Ukrainę. A ja nie dostałem powołania do wojska, bo wojsko zgubiło moją teczkę.
W tym czasie wraz z żoną i córką uciekliśmy na trzy miesiące do Polski. Rodzice mojej przyjaciółki przyjęli nas w domu pod Warszawą. Usłyszałem w radiu rozmowę Pawła Łysaka i Pawła Sztarbowskiego, którzy wtedy dopiero co przyjechali do Powszechnego z Bydgoszczy i mówili o tym, jaki chcą robić teatr. Bardzo mi się to spodobało: zaangażowanie społeczne, działania okołoteatralne, kurs na Wschód. Ojciec mojej przyjaciółki pomógł napisać mi do nich list – wtedy jeszcze kiepsko mi szło z polskim – że jestem otwarty na współpracę. Odpowiedzieli mi grzecznie, że może w przyszłości się odezwą.
Później wiza się skończyła i musieliśmy z żoną wracać do Charkowa. Na szczęście udało mi się dostać stypendium Gaude Polonia (stypendium NCK dla młodych twórców z Europy Wschodniej), w ramach którego realizowałem spektakl w Warszawskim Centrum Pantomimy na podstawie tekstów Serhija Żadana. To był dobry start, poznałem świetnych ludzi, a po roku zacząłem otrzymywać zlecenia. Później dostałem też stypendium Kirklanda (stypendium na studia w Polsce dla mieszkańców Europy Wschodniej). Skończyłem zarządzanie kulturą na UKSW i UW, a do tego jeszcze podyplomówkę na SGH.
Po czterech latach od wysłania listu do Teatru Powszechnego zadzwonił do mnie Paweł Sztarbowski w sprawie roli w spektaklu „Jak ocalić świat na małej scenie?”. Podjąłem w nim tematy, o których nie mówiłem przez 20 lat. O ojcu, który pracował jako górnik i zmarł, kiedy byłem nastolatkiem. Związek Radziecki się sypał, w domu nie było jedzenia, więc ojciec zjeżdżał na dół z ciśnieniem ponad 200, był dawcą krwi. Moja matka piekła chleb i sprzedawała na osiedlu. A ja chodziłem na hałdy, szukałem miedzi, żelaza, kabli, wszyscy się tym wtedy zajmowali. Ludzie kradli co popadnie. Cegły, drzwi, okna z zamkniętej szkoły. Mój kolega zginął, bo osunęła się na niego ściana i przebił go pręt.

„Jak ocalić świat na małej scenie?” – Teatr Powszechny, fot. Magda Hueckel„Jak ocalić świat na małej scenie?” – Teatr Powszechny, fot. Magda Hueckel

Regularnie jeżdżę do Charkowa, bo tam mieszka moja żona i dzieci – już dwójka. Czasem mnie odwiedzają, jeździmy nad morze, na festiwale filmowe. Ale nie mogą zamieszkać w Polsce, bo jestem freelancerem i nie mam stałej umowy, a moja żona jest na macierzyńskim. Niestety polski system prawny nie przewiduje takiej sytuacji.
Chciałbym w przyszłości wykorzystać wiedzę ze studiów i otworzyć w Ukrainie szkołę dla menedżerów sektora sceniczno-performatywnego. Pokazać, jak można zarządzać instytucją kultury, wychodzić w świat, brzmieć w międzynarodowym środowisku. Chciałbym też grać w ukraińskich filmach, bo nowe kino zaczęło się świetnie rozwijać, jest sporo debiutów. Ale nowa władza ma inny kurs działania, chce robić wyłącznie komercję.
Praca w Polsce daje mi bardzo dużo. Raz miałem tylko taki przypadek, że zaatakował mnie koleś w autobusie, kiedy rozmawiałem po ukraińsku przez telefon. Później okazało się, że ten facet często bywa agresywny wobec innych i ma problemy psychiczne, więc nie mogę powiedzieć, że to był akt ksenofobii. Trzy razy chodziłem na policję, żeby złożyć zawiadomienie, bo nie chcieli przyjąć. Gdzie jest ten sprawca? Czy ma pan paszport? A dlaczego pan ze sobą nie nosi? Wy nie rozumiecie, co to znaczy dla Ukraińca paszport. Tego nie wyrabia się w tydzień jak tutaj. Na paszport trzeba czekać, potem na wizę, ludzie nawet karty pobytu ze sobą nie noszą, bo boją się, że zgubią.

A poza tym jest mi tu dobrze. Mam przyjaciół: muzyków, tancerzy, aktorów, artystów. W takich środowiskach narodowość nie ma znaczenia. Tylko kiedy człowiek wyjdzie z tej bańki, to się może zdziwić. 

***

Z literaturą jest nieco prościej niż z teatrem. Mamy w Polsce wspaniałych tłumaczy z ukraińskiego: m.in. Katarzynę Kotyńską, Olę Hnatiuk czy Anetę Kamińską. I wydawnictwa, które od lat ją wydają – jak Czarne czy Biuro Literackie. Dzięki nim świetnie znamy Jurija Andruchowycza, Oksanę Zabużko, Tarasa Prochaśkę, Serhija Żadana czy Natalię Śniadanko. Kolejne pokolenia ukraińskich pisarzy i pisarek przyjeżdżają do Polski na literackie festiwale, rezydencje i stypendia.

Jednym z nich był Ołeksij Czupa, który jeszcze przed swoim pobytem w Warszawie napisał o niej powieść – „10 słów o ojczyźnie” (polskie wydanie Korporacja Ha!art). Warszawa oczami autora, który wówczas nigdy w niej nie był, jest bardzo ciekawa. Praga to urocza dzielnica mieszkaniowa, polskie kobiety to wyzwolone karierowiczki, a warszawiacy w Boże Narodzenie gromadzą się tłumnie na Starówce.

Za bogatą polsko-ukraińską wymianą literacką stoi wiele instytucji i osobistości. Wiele dzieje się we Wrocławiu, gdzie mieszka zarówno mniejszość, jak i sporo migrantów. To właśnie tam mieszka też Iryna Vikyrchak – obecnie asystentka Olgi Tokarczuk.

Iryna Vikyrchak i Olga Tokarczuk, fot. Karpati&ZarewiczIryna Vikyrchak i Olga Tokarczuk, fot. Karpati & Zarewicz

Iryna to złote dziecko ukraińskiego życia literackiego. Tuż po studiach została dyrektorką słynnego Międzynarodowego Festiwalu Poezji Meridian Czernowitz w Czerniowcach, później zainicjowała też Międzynarodowy Festiwal Opowiadania Intermezzo w Winnicy i była dyrektorką ukraińskiego biura programu Creative Europe.

Iryna: Wykorzystywałam wszelkie możliwości, by nawiązać kontakty z europejskimi instytucjami i promować ukraińską kulturę za granicą. W czasie workshopu szwajcarskiej fundacji Pro Helvetia poznałam m.in. Justynę Czechowską, Marcina Hamkało, Szymona Kloskę. W kolejnych latach jeździłam do Polski na festiwale i przywoziłam do Ukrainy polskich pisarzy. To nie było łatwe, bo ukraiński Instytut Książki, Instytut Ukraiński i Ukraiński Fundusz Kultury działają dopiero od paru lat – wcześniej publiczne finansowanie kultury prawie w ogóle nie istniało. Poza tym do Unii nie można było wjeżdżać w reżimie bezwizowym. Ale zawsze wierzyłam, że najlepszymi ludźmi do budowania mostów między Polską i Ukrainą są menedżerowie kultury.

Zaprzyjaźniony ukraiński pisarz mówi, że osoby takie jak Iryna to siła pomajdanowej Ukrainy: młode, pełne energii, otwarte na inność. Jeżdżą po świecie i szukają wzorców, które pomogłyby zbudować demokratyczne instytucje, w tym przypadku – kultury. Mówi jeszcze – ale nazwiskiem podpisać się nie chce – że to zwykle są dziewczyny.

Iryna: W Ukrainie jest takie przekonanie, że dziewczynom można mniej płacić i będą zadowolone. Skończyłam studia doktoranckie, dwa fakultety i Europejską Akademię Dyplomacji, mam renomę jako menedżerka kultury. Kiedy wygrałam wśród 59 osób konkurs na dyrektorkę ukraińskiego biura Creative Europe, poszłam do wiceministra kultury i mówię mu, że nie mam biura, nie mam środków na projekty. A on na to: „Ale podoba się to pani? Tak? No to najważniejsze, że się pani podoba”. Zarabiałam wtedy 100 euro. Teraz to się zaczyna zmieniać. Na szczęście.

Olgę Tokarczuk Iryna poznała w Gdańsku, na festiwalu Odnalezione w Tłumaczeniu. Została jej asystentką, kiedy Tokarczuk otrzymała Nagrodę Nobla. Wcześniej mieszkała też chwilę w Warszawie, gdzie przebywała na stypendium Gaude Polonia. Obecnie pracuje we Wrocławskim Domu Literatury i przyznaje, że Wrocław poświęca sporo uwagi ukraińskiej kulturze.

Iryna: Mamy tu Literacką Nagrodę Europy Środkowej „Angelus”, Festiwal Brunona Schulza, festiwal poświęcony Jurijowi Andruchowyczowi czy festiwal Kalejdoskop Kultur. Zainteresowanie Ukrainą wynika pewnie z historii Wrocławia i Dolnego Śląska, z doświadczenia przesiedleń. Ale szczerze mówiąc, ten krąg osób zainteresowanych – poza Ukraińcami mieszkającymi we Wrocławiu – jest wciąż dość ograniczony, więc czuję, że mamy sporo do zrobienia.

Iryna słyszała o akcji Yulii Krivich i zgadza się z tym, że zwrot „na Ukrainie” jednoznacznie kojarzy się z kolonializmem. Podobnie jak Myroslava, uważa, że język jest zjawiskiem dynamicznym, i podaje przykład feminatywów, które tak w Polsce, jak i w Ukrainie trafiają na opór.

Iryna: Za granicą zawsze jestem traktowana jako cudzoziemka, po prostu – foreigner. Tylko w Polsce jestem od razu „Ukrainką”, a po polsku to niemal synonim słowa „sprzątaczka”, choć przecież i w Polsce są ludzie, którzy muszą wyjeżdżać za granicę i pracować poniżej swoich kwalifikacji. Nie wspominając już o tym, że słowo „cudzoziemiec” czy „Ukrainiec” ma w języku negatywne konotacje. Kiedy mówię po francusku czy angielsku, mam akcent, ale w Polsce często słyszę, że mam „zaśpiew”, co już samo w sobie brzmi dość orientalistycznie.

***

Lesja Szulc przyjechała do Polski piętnaście lat temu i postanowiła zrobić ze swojego języka atut. I chyba się to udało, skoro Kora po jej występie w „Must Be the Music” nazwała go „największym wydarzeniem w historii show”.


Lesja: Wiedziałam, że robię sobie tym ukraińskim pod górkę, ale zdaję sobie sprawę, że jest wiele wspaniałych polskich piosenkarek, więc chciałam zrobić z mojego języka wizytówkę. Pamiętam też, że na początku mnie dziwiło, że ludzie za granicą są ciekawi muzyki, która wydawała mi się codzienna, zwykła, prosta. Ludzie kojarzą muzykę ukraińską z etnofolkiem zagranym na dwa, ewentualnie wesołymi poleczkami czy dumkami. Ja również śpiewam folk, ale też jazz, sambę, bossa novę, swing. Nie po angielsku, nie po francusku, ale po ukraińsku. I polska publiczność pięknie na to reaguje, bo ukraiński jest bardzo melodyjnym językiem.

Lesja nagrała łącznie 10 płyt – w tym kilka jeszcze we Lwowie, z zespołem Menestreli. Wyłącznie po polsku koncert zagrała tylko raz, wspominając w Goleniowskim Domu Kultury piosenki ulubionych zmarłych wokalistów – Marka Grechuty, Zbigniewa Wodeckiego, Kory i Grzegorza Ciechowskiego. Dopiero niedawno nagrała po polsku piosenkę, której premiera odbyła się online, podczas kwarantannowego programu zorganizowanego przez GDK.


Lesja
: Muzyką zajmował się już mój pradziadek, który ponoć sam zrobił sobie skrzypce i grał na kontrabasie. Człowiek wychowany w Ukrainie otacza się muzyką, wielogłos jest czymś naturalnym, tak śpiewa się w cerkwi, w szkole, na imprezie w domu. Miałam przecudną panią w szkole muzycznej, która dostrzegła we mnie talent skrzypaczki i poświęcała mi czas poza szkołą.

Jeszcze w liceum Lesja założyła zespół wokalny Menestrele – śpiewali na głosy jazzowe i cerkiewne standardy oraz folk. Lesja zaczęła jeździć po świecie, a legenda Menestrele – a przede wszystkim ich płyta z kolędami – jest we Lwowie do tej pory żywa. Później Lesja osiadła w Goleniowie, skąd pochodzi jej mąż.

Lesja Szulc na festiwalu SLASH Slagteriet Holstebro w Danii, fot. Paul Eric FabriciusLesja Szulc na festiwalu SLASH Slagteriet Holstebro w Danii, fot. Paul Eric Fabricius

Lesja: Na początku było trudno, bo to malutkie miasteczko, a wszystko, co osiągnęłam we Lwowie, musiałam zamknąć w pudełku i stworzyć siebie od nowa. W Goleniowie nie ma studentów, nie ma klubów muzycznych, ale udało mi się zrobić karierę – koncertuję po całej Polsce i Europie. Nie uważam, że artysta musi mieszkać w metropolii, bo ludzie wszędzie są spragnieni muzyki, tym bardziej że dziś są takie możliwości – szczególnie w trakcie kwarantanny – by nagrywać płytę z kimś, kto siedzi chociażby na Kubie.



Lesja nagrywa i koncertuje, ale też animuje życie kulturalne Goleniowa: pracuje na część etatu w GDK, udziela lekcji śpiewu, zaprasza sąsiadów na wspólne śpiewanie. Próbuje swoich sił również w teatrze, bo, jak sama mówi, to rozumie się samo przez się – teatr wykorzystuje muzykę, a muzyka – teatr. Współpracowała przy spektaklach w Szczecinie i Goleniowie, a ostatnio premierę w goleniowskiej bibliotece miała sztuka jej współautorstwa – „More Amore Baby”.

Lesja: Dziś czuję się i Ukrainką, i Polką, ale tak najbardziej – małym człowieczkiem. Zrozumiałam to podczas Majdanu, kiedy miałam poczucie, że nie mam żadnego wpływu na to, co się dzieje, że nie mają na to wpływu Ukraińcy. W dobie mass mediów patrzymy obojętnie na to, jak giną ludzie. Myślę o tym, kiedy odwiedzam we Lwowie moich rodziców – to miasto kwitnie, zwiedzają je turyści, a kilkaset kilometrów dalej giną ludzie. I wszyscy są zmęczeni tym tematem: i Europejczycy, i Ukraińcy. To doświadczenie mnie zahartowało: gdyby nie to, być może bardziej przejmowałabym się pandemią koronawirusa. A teraz myślę sobie, że to wszystko trzeba po prostu przeczekać, przeżyć i iść dalej.

***

No właśnie: pandemia. Olena Babakova napisała na jej europejskim początku świetny tekst na łamach „Krytyki Politycznej”. Nosi tytuł „Twój dom jest tam, gdzie cię wpuszczą podczas pandemii” i poświęcony jest obywatelom świata, których pandemia zmusiła do decyzji, gdzie właściwie chcą mieszkać. To migranci wahadłowi, pracownicy międzynarodowych korporacji i NGO-sów, łowcy tanich lotów i łóżek na Couchsurfingu. Ludzie zamożni, ale i ubodzy prekariusze, dla których mobilność była szansą na zarobek lub rekompensatą za millenialski brak stabilności życiowej (w stylu: „nigdy nie kupię mieszkania, ale przynajmniej stać mnie na citybreak w Rzymie”). Czyli pewnie wielu z was. A także wielu artystów, a wśród nich i nasi bohaterowie. Jak na ich życie wpłynęła pandemia?

Vasilisa Nezabarom: Nasze akcje zwykle robimy o ludziach, którzy przyzwyczaili się do swoich niesprawiedliwych żyć. Obserwujemy je i przerabiamy na sztukę. Teraz to niemożliwe, więc i my mało robimy. Obecnie i tak jest za dużo tych koronawirusowych inicjatyw.

Yulia Drozdek: Przecież życie daje więcej sztuki niż artysta. Prawdziwe życie, nie takie jak teraz. Chociaż zrobiliśmy jedną wystawę-performance online z naszej pracowni. Nie myśleliśmy o tym, by wrócić do Charkowa z powodu pandemii. W Polsce czujemy się bezpiecznie. Mamy ubezpieczenie, wiemy, że nikt nas nie zostawi, możemy pójść do lekarza, do szpitala.



Yulia Krivich: Siedzę w domu, pracuję bardzo mało, nie mam zleceń fotograficznych. Zostałam tutaj, bo tu jest moja praca i moje życie. Nawet nie myślałam o tym, by wracać do Ukrainy, gdzie mam dziadków w podeszłym wieku, a podróż kosztuje horrendalne pieniądze. Więc jak na razie okazało się – nawiązując do tekstu Oleny – że to Polska jest moim domem. To jest bardzo mocny tekst, szczególnie jego końcówka, bo też boję się, że zostanę z niczym, że znikną wszystkie moje marzenia. Granice dla ludzi, którzy urodzili się w świecie bez granic, są abstrakcyjne, ale dla niektórych one ciągle istniały. Podświadomie boję się, żeby nie pozostało to normą.

Artem Manuilov: Zostałem w Warszawie, bo na granicy polsko-ukraińskiej była masakra, ludzie próbowali ją przekroczyć całym tłumem, a koszt podróży stał się koszmarny. W teatrze wszystkie produkcje są zawieszone, zdjęcia odwołane, festiwale też. Wszyscy mówią, że trzeba oczekiwać najgorszego. Czuję, że nie mam na nic wpływu, więc staram się wykorzystać ten czas dla siebie, trenuję dwa razy dziennie, przygotowuję się do maratonu. W czasie lockdownu też biegałem i zatrzymała mnie policja. Zapytałem ich, czym różni się prawnie człowiek, który idzie, od tego, który biegnie. Czy jak będę biegał z torbą na zakupy, to będzie okej? A oni zaczęli się śmiać i mówią: „No niestety, jesteśmy tylko wykonawcami tych dziwnych przepisów”.

Iryna Vikyrchak: Czytałam tekst Oleny i tak się złożyło, że moim domem na czas pandemii jest Wrocław. Tu jest Olga Tokarczuk, tu jest moja praca, czuję się potrzebna, byśmy mogli dalej pracować. To trudne pytanie: jak może wyglądać życie literackie w takich warunkach? Największym lękiem współczesności jest solofobia – strach przed samotnością. Kultura ma dwie strony – tę zewnętrzną, czyli przebywanie z innymi, i wewnętrzne życie człowieka. No więc teraz jest czas, by posłuchać własnych myśli, zrozumieć, co zostało w naszym umyśle i sercach po tych wszystkich dawnych doświadczeniach z kulturą. Mamy też ogromne szczęście, że żyjemy w czasach nieograniczonego dostępu do informacji.

Lesja Szulc: Teoretycznie pandemia daje artystom nowe możliwości współpracy i dotarcia do odbiorców online, ale ja też potrzebuję energii człowieka. Tęsknię za ludźmi, chcę im patrzeć w oczy, to jest dla mnie proces tworzenia. Przed nami trudny czas, bo kultura i sztuka są na ostatnim miejscu, jeśli chodzi o zaspokajanie potrzeb człowieka. Przeraża mnie, że to stało się tak nagle, jakby ktoś wyfotoszopował ludzi ze światowych metropolii. Wydaje mi się, że natura powiedziała nam: „Hello, stop, ludzie, już jest was za dużo, za dużoście namieszali, za dużo macie pewności siebie, uważacie, że wszystko możecie”. Ale czy wyciągniemy z tego wnioski? Mam nadzieję, że niechęć do imigrantów nie wzrośnie, że będzie wręcz odwrotnie. Bo wszędzie jest źle, nigdzie nie można wyjechać, nie ma lepszych i gorszych. Być może ta sytuacja pomoże nam zrozumieć, że jesteśmy po prostu ludźmi, bez względu na narodowość, kolor skóry i język, którym rozmawiamy. Choroba może nas przecież dotknąć bez względu na to, na jakim poziomie jest nasza gospodarka i czy mamy za co jeść.