dwutygodnik - strona kultury

Kwiecień 2009

01 2009

02 2009

Maj 2009

03 2009

04 2009

05 2009

Czerwiec 2009

06 2009

07 2009

Lipiec 2009

08 2009

09 2009

Sierpień 2009

10 2009

11 2009

Wrzesień 2009

12 2009

Wrzesień 2009

13 2009

Październik 2009

14 2009

15 2009

16 2009

Listopad 2009

17 2009

18 2009

Grudzień 2009

19 2009

Grudzień 2009

20 2009

Styczeń 2010

21 2010

22 2010

Luty 2010

23 2010

24 2010

Marzec 2010

25 2010

26 2010

Kwiecień 2010

27 2010

28 2010

Maj 2010

29 2010

30 2010

31 2010

Czerwiec 2010

32 2010

33 2010

Lipiec 2010

34 2010

35 2010

Sierpień 2010

36 2010

37 2010

Wrzesień 2010

38 2010

39 2010

Październik 2010

40 2010

Październik 2010

41 2010

42 2010

Listopad 2010

43 2010

44 2010

Grudzień 2010

45 2010

46 2010

Styczeń 2011

47 2011

Styczeń 2011

48 2011

Luty 2011

49 2011

50 2011

Marzec 2011

51 2011

52 2011

Kwiecień 2011

53 2011

54 2011

Kwiecień 2011

55 2011

Maj 2011

56 2011

57 2011

Czerwiec 2011

58 2011

59 2011

Lipiec 2011

60 2011

61 2011

Sierpień 2011

62 2011

63 2011

Wrzesień 2011

64 2011

65 2011

Październik 2011

66 2011

67 2011

68 2011

Listopad 2011

69 2011

70 2011

Grudzień 2011

71 2011

72 2011

Styczeń 2012

73 2012

74 2012

Luty 2012

75 2012

Mirek Filiciak / Alek Tarkowski

ARCHEOLOGIA PRZYSZŁOŚCI:
Internet i rewolucja

Mirek Filiciak / Alek Tarkowski

„Rewolucji nie pokażą w telewizji” – śpiewał w roku 1970 Gil Scott-Heron. A może na monitorze komputera?

W tym samym 1970 roku Hans Magnus Enzensberger (dziś uznany niemiecki poeta) opublikował w „New Left Review”, jednym z najważniejszych pism lewicowej inteligencji, artykuł „Constituents of a Theory of the Media”. Wyłożył w nim nie tylko krytykę „starych”, skompromitowanych mediów (w tym oczywiście telewizji), ale też zaproponował pozytywny plan alternatywnej sfery medialnej – opartej na mediach „nowych”. Sfery zdecentralizowanej, wspólnotowej, interaktywnej i otwartej na amatorów. Media miały być nie tylko środkami konsumpcji, ale też środkami produkcji! „Nowe media są zorientowane na działanie, nie kontemplację; na teraźniejszość, nie tradycję. (…) Nie wytwarzają obiektów, które mogą być gromadzone i sprzedawane. Całkowicie zrywają z ‘własnością intelektualną’ (…). Są społeczne. Zgromadzone informacje są dostępne dla wszystkich, a ta dostępność jest tak natychmiastowa, jak możliwość zapisu”. Choć Enzensberger nie odwoływał się do konkretnych rozwiązań technicznych, to z dzisiejszej perspektywy ten opis doskonale pasuje do internetu.

Jeszcze w połowie lat 60. studenci Uniwersytetu Kalifornii podczas protestów przypinali sobie do ubrań karty perforowane, kojarząc komputery z dehumanizacją i narodzinami kompleksu przemysłowo-militarnego. Jednak równocześnie nie brakowało osób, które wierzyły, że elektroniczne maszyny spełnią marzenia o szczęściu ludzkości. To ci ludzie sprawili, że dekadę później do amerykańskich sklepów trafiły pierwsze komputery do samodzielnego złożenia w domu. Złowrogie urządzenia, kojarzone z wojskiem i opresyjnym państwem nie tylko zmniejszyły swoje gabaryty, ale też zaczęły trafiać do ludzi z pasją, którzy rewolucję chcieli robić w domu.

Gdy Enzensberger pisał swój tekst, na poziomie technologicznym o nowe media – ale nie na poziomie sprzętu, lecz oprogramowania – od dekady walczył Ted Nelson. Nelson w roku 1960 zaczął pracować nad projektem Xanadu, czyli hipertekstową przestrzenią gromadzącą wszystkie dokumenty świata i to w różnych wersjach. W roku 1974 (tym samym, w którym na półki trafił zestaw komputerowy Altair 8800) opisał ją w broszurce „Computer Lib / Dream Machines”, w której znalazły się między innymi takie zdania: „TA KSIĄŻKA SŁUŻY OSOBISTEJ WOLNOŚCI. JEST PRZECIW OGRANICZENIOM I PRZYMUSOWI. Hasło, które możecie zanieść na ulicę brzmi: KOMPUTEROWA WŁADZA W RĘCE LUDU!”. (Z dzisiejszej perspektywy łatwo ironizować, że po latach Nelson zaczął na swojej stronie internetowej apelować, aby każdy używający nazwy Xanadu umieścił po niej znak ®, gdyż jest to zarejestrowany znak towarowy). Xanadu miało być dostępne dla wszystkich, otwarte i pluralistyczne (trochę jak Wikipedia). Dziś Nelson jest jednym z naczelnych krytyków internetu w jego obecnej postaci. Uważa, że przyznający się do inspiracji Xanadu® twórca sieci WWW, Tim Berners-Lee, nie tyle przeprowadził praktyczną implementację jego idei, co spłycił ją i popsuł.

Tłem dla działalności Nelsona była kiełkująca na kampusach amerykańskich uczelni subkultura hakerska. Pierwszym artefaktem jej samoświadomości jest Jargon File – plik ze spisanym hakerskim slangiem, który stworzył w roku 1975 Raphael Finkel (przykładowe hasło: „AUTOMAGICZNIE – automatycznie, ale w sposób, którego z jakiegoś powodu (wyjaśnienie może być zbyt skomplikowane, zbyt paskudne lub zbyt banalne) nie chce mi się tłumaczyć”). Specyficzna etyka tej subkultury w dużej mierze korespondowała z wartościami ruchu hipisowskiego – dzieleniem się, równym dostępem do wszelkich zasobów (w tym wypadku – informacji i komputerów), nieufnością wobec władzy, oraz – dodatkowo – leitmotivem tego tekstu: przekonaniem, że komputery mogą zmienić świat na lepsze. Z tego środowiska wywodził się Steve Wozniak i Steve Jobs, dwaj założyciele firmy Apple, którzy karierę cyfrową zaczęli od stworzenia „niebieskiego pudełka” – urządzenia pozwalającego korzystać za darmo z telefonicznych połączeń długodystansowych. Z kolei Bill Gates w czasach licealnych stracił dostęp do komputera, na którym miał założone konto, za wykorzystywanie błędów w systemie w celu zyskania dodatkowego czasu korzystania z maszyny.

Kariery Gatesa i Jobsa świetnie pokazują, że granica między rewolucją hakerów a budową wielkich korporacji może być cienka i że te dwa światy przenikają się.  Ucieleśnieniem tego rozdarcia jest być może Bob Wallace, postać próbująca łączyć romantycznego ducha kontrkultury z biznesowymi realiami. Wallace, choć uczył się na najlepszych amerykańskich uczelniach (jego ojciec pisał przemówienia Johnowi F. Kennedy’emu), po ukończeniu studiów pracował jako sprzedawca komputerów w Seattle. Tam wpadł na ogłoszenie firmy Microsoft, która poszukiwała programistów i niewiele później został pracownikiem Billa Gatesa. Jako zagorzały hipis i miłośnik substancji poszerzających świadomość odczuwał podobno rosnący dyskomfort, widząc, jak jego szef zrywa ostatecznie z hakerskimi ideałami, równocześnie kierując firmę w stronę wielkości.

Dlatego w roku 1983 Wallace postanowił pracować na własny rachunek i i założył firmę – Quicksoft, która produkowała edytor tekstu PC-Write. Był to pierwszy program dystrybuowany na zasadach shareware – legenda głosi, że podczas „tripu” po LSD Wallace wpadł na pomysł, że będzie rozdawać PC-Write za darmo, a jeśli jego użytkownicy uznają, że produkt jest dobry, przyślą mu pieniądze pocztą. Okazało się, że ten model działa całkiem dobrze – za program zdecydowało się zapłacić przeszło 45 tys. osób, dzięki czemu pod koniec lat osiemdziesiątych Quicksoft zarabiał blisko 3 mln USD rocznie. Później Wallace postanowił jednak poświęcić się w 100% temu, co wcześniej robił „po godzinach”, wspierając zarobionymi na oprogramowaniu pieniędzmi działające w Kalifornii liczne instytucje zajmujące się badaniami nad substancjami psychodelicznymi. Założył „psychodeliczne” wydawnictwo Mind Books oraz badającą psychodeliki fundację Promind – trochę wbrew Timothy’emu Leary’emu zakładając, że komputery są nie tyle późniejszym odpowiednikiem LSD, co raczej stadium pośrednim na drodze do poszukiwania innych technologii rozszerzających świadomość.

Trzeba więc postawić pytanie: czy kontrkulturowe marzenia się spełniły, skoro korzystamy z technologii  odpowiadających wizji nowych mediów Enzensbergera? Większość wymienionych przez nas osób to wizjonerzy, których wizje napędzały twórców technologii cyfrowych. Jednocześnie technologie te nie zdają się dziś zbyt rewolucyjne, nie prześwitują przez nie kontrkulturowe, hipisowskie ideały. A projekty, o których pisali, pozostały albo abstrakcyjnymi ideami, albo pomysłami, których nigdy nie udało się zrealizować, ewentualnie projektami porzuconymi na rzecz nowych – często komercyjnych i nierewolucyjnych – wyzwań.

Jak już wspomnieliśmy, dalecy jednak jesteśmy od czarno-białego kładzenia na jednej szali „złego Microsoftu”, a „szlachetnych hakerów” na drugiej. Być może gdyby nie Gates i jemu podobni, którzy porzucili rewolucyjne wizje i sprzeniewierzyli się hakerskiej etyce, rewolucji by nie było – i kolejne pokolenia hakerów spotykałyby się na kampusach i w klubach hobbystów, lub w wirtualnej sieci równie niszowej jak siatki radioamatorów lub CB-radiowców, ekscytując się ezoterycznymi problemami zrozumiałymi tylko dla nich samych. A Microsoft czy Google powodują rewolucję, choć zupełnie inną od rewolucji, do których jesteśmy przyzwyczajeni: cichą, technokratyczną i konformistyczną.

A że ta rewolucja nie wywołała radykalnej zmiany społecznej? Pewnie, że szkoda. Rewolucji nie pokażą raczej na YouTubie, nie ma swojego awatara na Naszej klasie. Ale pamiętajcie, że komputerowi geeks często chodzili w tych samych sandałach, co hipisi i kontrkulturowcy. Przywoływany na początku Gil Scott-Heron, który przez te czterdzieści lat przeżył chyba nie mniej wzlotów i upadków niż opisywane tu wizje, wyszedł niedawno z więzienia i nagrał nową płytę. Zgodnie z etyką hakerską możecie ściągnąć ją z internetu.

Mirosław Filiciak, ur. 1976, medioznawca, pracuje w Szkole Wyższej Psychologii Społecznej, gdzie kieruje Centrum Badań nad Kulturą Popularną. Zajmuje się wpływem mediów cyfrowych na praktyki uczestnictwa w kulturze. Autor książki „Wirtualny plac zabaw”, redaktor kwartalnika „Kultura popularna”.

Alek Tarkowski, ur. 1977, socjolog, dyrektor Centrum Cyfrowego „Projekt: Polska”, koordynator projektu Creative Commons Polska, współpracownik Interdyscyplinarnego Centrum Modelowania na Uniwersytecie Warszawskim. Interesuje się kulturowymi i społecznymi aspektami mediów cyfrowych.



Współautorzy projektu „Kultura 2.0” i bloga o tym samym tytule.

KULTURA 2.0:
Jak przeżyć atak zombie. Poradnik dla osób kulturalnych

Uwaga! To nie jest wpis na temat ACTA. Inspiracją dla niego są wyniki badania zaprezentowane w raporcie, który nie jest raportem o piractwie.

Czytaj dalej

KULTURA 2.0:
Ekonomia nie-uwagi

KULTURA 2.0:
Stojąc w miejscu

Teatr

O Needcompany na dwa głosy

Katarzyna Tórz/Ana Brzezińska

Teatr

Błędne koło krzywej prawdy

Katarzyna Tórz

Film

Być jak Michael Cera

Kaja Klimek

Sztuka

ZBIEGI OKOLICZNOŚCI:
Jan Lebenstein

Piotr Kłoczowski

Rozmowy

Kat i ofiara na jednym łańcuszku

Rozmowa z Krzysztofem Garbaczewskim

Teatr

Sztuki teatralne Mateusza Pakuły

Agata Dąbek

Muzyka

Dzieci wojny. Jądro ciemności

Tomasz Cyz

Felietony

ARCHEOLOGIA PRZYSZŁOŚCI:
Internet i rewolucja

Mirek Filiciak / Alek Tarkowski

Komentarze (2)

  • MSz 03.07.2010 13:23 -+ +2

    Jaranie się w 2010 r. Mondo 2000, które aktualnie osiąga gigantyczny poziom żenady, próbując zarobić kasę na wspominkach pokolenia X w internecie, wydaje się dość dziwaczne. A ten tekst - jak rozumiem - jest głownie własnie o tych, którzy okazali się "inspiracją dla inych".

  • RU Sirius 28.06.2010 18:11 -+ +1

    Pisaniedziś o Tedzie Nelsne, którego projekt Xanadu osiagnął najwyższy poziom żenady już dobre parę lat temu wydaje mi się dziwaczne. Z jakiegoś powodu każdy, komu wydaje się, że się zna na Internecie uważa za konieczne wspomnieć o projekcie Xanadu, kiedy tymczasem jego pomysły okazały się co najwyżej inspiracją dla inych, bardziej konstruktywnych jednostek. Każdy młody adept "nauk internetowych" sięga do okresu cyberpunkowego drżącym głosem szepcąc o "subsancjach psychodelicznych" i "rewolucyjnym myśleniu", żeby na koniec puścić suchego bąka o dziejowej roli Bila Gatesa. A tymczasem cyberpunk był nie tyle rewolucją technologiczną ile estetyczną, ale trzeba było może we właściwym czasie czytać "Mondo 2000", żeby tę w sumie prostą prawdę zrozumieć.