Post-turysta na wakacjach

Aleksandra Perczyńska

Typowa reklama wycieczki brzmi: „Błękitne morze, cudowne słońce, urzekająca gościnność i gorący, południowy temperament”. Do tego dochodzą oferty specjalistyczne: turystyka ekstremalna, religijna, ekoturystyka, LGBT, a nawet turystyka ubóstwa

Jeszcze 3 minuty czytania

Znajoma turystka opowiadała mi niedawno, jak uciekła z wioski plemienia Kayan w Tajlandii. Miała to być typowa turystyczna rozrywka – wizyta w autentycznej wsi, gdzie „czas się zatrzymał”*, „miejscowi żyją w zgodzie z naturą”, „tak samo, jak setki lat temu”. Jednodniowy wypad organizowany przez operatora opisywała jak wizytę w zoo. Kobiety z tego plemienia noszą na szyi metalowe obręcze (a więc są egzotyczne i autentyczne). W wiosce odwiedzanej przez turystów toczy się „normalne życie” – czyli kobiety, ubrane w tradycyjne stroje, tkają i uśmiechają się pozując do zdjęć, a mężczyzn nie ma. Można też kupić pamiątki i pocztówki. Moja znajoma wytrzymała tam pięć minut i uciekła do sąsiedniej osady, gdzie miejscowi, ubrani w dżinsy i T-shirty, oglądali telewizję, wysyłali smsy i popijali Coca Colę.

Maski nepalskie w Katmandu,
fot. A. Perczyńska
Prekursorami dzisiejszych turystów byli zamożni angielscy arystokraci, którzy w XVII i XVIII wieku wyruszali na tzw. Grand Tour. Zwiedzali Szwajcarię, Włochy i Francję, uczyli się języków, poznawali kulturę, sztukę i śmietankę towarzyską kontynentu. Brali lekcję jeździectwa, szermierki czy tańca. Grand Tour była swoistym rytuałem przejścia, gdzie młodzi szlachcice nabywali manier i znajomości przed podjęciem pracy w dyplomacji albo w rządzie.

Od wycieczek abstynentów do Oktoberfestu
Rozwój turystyki nie byłby możliwy bez rewolucji przemysłowej i takich zdobyczy cywilizacji jak kolej, która zainspirowała Thomasa Cooka do organizowania wycieczek. Cook był niezwykle religijnym baptyjskim misjonarzem. Wierzył, że źródłem problemów nękających brytyjskie społeczeństwo jest alkohol. Na spotkaniu ruchu abstynenckiego wpadł na pomysł pierwszej wycieczki: w lipcu 1841 roku zorganizował podróż pociągiem z Leicester do oddalonego o 12 mil Loughborough. Akcja okazała się sukcesem i przez kilka następnych lat Cook hobbystycznie urządzał podobne wyprawy po okolicach dla szkółek niedzielnych. W 1845 roku zorganizował pierwszą wycieczkę komercyjną. Kilka lat później zaczął oferować podróże pociągiem po Europie, USA, a w 1861 roku zarejestrował firmę Thomas Cook and Son – dziś Thomas Cook UK & Ireland to korporacja zatrudniająca 19 tys. ludzi, posiadająca linie lotnicze, 45 samolotów i własny kanał telewizyjny.

Thomas Cook jako zapalony zwolennik abstynencji pewnie przewraca się w grobie wiedząc, że przyczynił się do rozwoju przemysłu, dzięki któremu setki angielskich turystów przyjeżdżają do Krakowa, żeby się upijać, Polacy jeżdżą do Pragi na tanie piwo, a monachijski Oktoberfest jest jedną z największych atrakcji turystycznych Niemiec.

Cook dał świeżo powstałej klasie średniej zajęcie, dzięki któremu miała co robić w swoim czasie wolnym. Od czasów tych pierwszych wycieczek pociągami, popularność takich miejsc jak Londyn, Paryż, Wenecja czy Baden Baden rosła lawinowo. Dziś, według Światowej Organizacji Turystyki, najpopularniejsze cele podróży to USA, Hiszpania, Francja i Włochy, a na turystykę najwięcej wydają Niemcy, Amerykanie, Anglicy i Chińczycy. To najszybciej rozwijająca się gałąź przemysłu. Każdego roku ponad 800 milionów ludzi się przemieszcza, a liczba ta stale rośnie. Nawet systemy totalitarne, jak Korea Północna, produkują reklamy zachęcające turystów do wizyty (w tym przypadku trudno uwierzyć, że to na poważnie). Wśród skutków turystyki wymienia się ekonomiczne (wzrost gospodarczy odwiedzanych krajów), społeczne (zbliżenie kultur, ale także rozwój prostytucji czy przestępczości), ekologiczne (zanieczyszczenie środowiska, ale także rozwój ekoturystyki czy tzw. turystyki zrównoważonej, która ma minimalizować wpływy negatywne, a maksymalizować pozytywne na środowisko i społeczeństwo).

Dean MacCannell

socjolog, który zasłynął swoim kanonicznym dziełem „Turysta, nowa teoria klasy próżniaczej” z 1976 roku – interdyscyplinarnym studium zjawiska turystyki masowej. Zajmuje się w nim zagadnieniami  inscenizowanej autentyczności kultury wysokiej i niskiej, towarem i symbolem  oraz konstrukcją rzeczywistości społecznej. Uważa się, że dokonał w tym dziele tego, co Lévi-Strauss uważał za niemożliwe: antropologicznej analizy nowoczesności.

Po co na wakacje?
Każdego lata zasypywani jesteśmy ofertami biur podróży typu last minute: „Francja w tydzień”, „Weekend w Londynie” albo „Siedem krajów w 14 dni”. Typowa reklama wycieczki brzmi: „Błękitne morze, cudowne słońce, urzekająca gościnność i gorący, południowy temperament”. Do tego oferty specjalistyczne: turystyka ekstremalna, ekoturystyka, turystyka religijna, LGBT, a nawet turystyka ubóstwa, gdzie turysta zwiedza slumsy trzeciego świata. Dlaczego ludzie z nich korzystają?

Zadaję sobie to pytanie za każdym razem, kiedy widzę typową scenkę turystyczną. Na przykład małe elektryczne pociągi, którymi turyści na południu Francji zwiedzają Niceę. Siedzą w wagonikach ze smutnymi minami, podczas gdy głos z głośnika w różnych językach opowiada im o mijanych zabytkach. Niektórzy mają wystarczająco dużo energii, żeby robić zdjęcia budynkowi Opery albo palmom na Promenadzie Anglików. Reszta wygląda na kompletnie zrezygnowaną – jak ludzie, którzy od pięciu godzin siedzą przed telewizorem skacząc po kanałach i próbując znaleźć coś ciekawego. (Nawet ci z nas, którzy nie mają telewizorów, wiedzą dobrze, jak męczący jest zapping.) Zmęczeni, znudzeni i pozbawieni nadziei, nigdy nie usiądą na kawę we francuskiej kawiarni, nie pooglądają ludzi na ulicy, nie wymienią (nie)uprzejmości z francuskimi kelnerami – oglądają wszystko z bezpiecznej odległości i przez szybę. Filozof Elbert Green Hubbard ujął to tak: „żaden człowiek nie potrzebuje wakacji bardziej niż ktoś, kto właśnie z nich wrócił”.

Socjologowie i antropologowie od dawna mielą temat turystyki. Większość badaczy jest zgodna, że turysta jedzie na wycieczkę w poszukiwaniu autentyczności. Tańce z gwiazdami i podglądanie celebrytów na Pudelku nie zaspokajają naszej potrzeby autentyczności, więc jedziemy na wakacje pooglądać Innych. Socjologowie zwracają uwagę na niespójność, niepewność, płynność i płytkość ponowoczesnych doświadczeń kulturowych. U Innych ma być odwrotnie. Mają żyć harmonijnie i w zgodzie z naturą. Mają mieć tożsamość, wyrażaną tradycyjnymi strojami, tradycyjnymi tatuażami, biżuterią, językiem i zwyczajami. Kłania się szlachetny dzikus Rousseau. W zglobalizowanym świecie praktycznie nie ma już miejsc, gdzie nie dotarła zachodnia kultura popularna, ale biznes turystyczny udaje, że są – inaczej straciłby mnóstwo pieniędzy.

Podróże do egzotycznych krajów, w których możemy na własne oczy zobaczyć tych Innych, są coraz tańsze. Ulotki jednym tchem wymieniają obok siebie takie atrakcje turystyczne jak przejażdżka słoniem, wizyta w świątyni, spływy kajakowe, bungee jumping i oglądanie autentycznych rytuałów tubylców. Istnieją wręcz biura podróży, które specjalizują się w wycieczkach „poza ubitymi szlakami”, gdzie spotkać można „prawdziwych” rdzennych mieszkańców – takich jak kobiety z wioski plemienia Kayan. Na tej nucie gra też oficjalny slogan Bangladeszu: „Come to Bangladesh before the tourists” - który kogo zaprasza, jeśli nie turystów? „Prawdziwych podróżników”?

Tubylcy na scenie
Według socjologa Erika Cohen'a turystyka przejmuje dziś funkcje religii – zarówno pielgrzymka, jak podróż są poszukiwaniem autentycznego doświadczenia. Dean MacCannell w swojej klasycznej pracy „Turysta, nowa teoria klasy próżniaczej” przedstawia koncepcję „inscenizowanej autentyczności”, kiedy to na przykład za drobną opłatą możemy obejrzeć tubylców chodzących po rozżażonych węglach. MacCannell nawiązuje do Goffmanowskiej teorii sceny i kulisów życia publicznego – „autentyczne” atrakcje turystyczne mają tu udawać kulisy, podczas gdy tak naprawdę są zainscenizowane i dostosowane do oczekiwań turysty. Miejsca, przedmioty, ludzie i zachowania na scenie są ulepszane i stylizowane na „etniczne”, żeby odpowiadać na potrzeby i wyobrażenia turystów. Ci konsumują te widowiska wzrokiem nie wiedząc (a może wiedząc?), że są one uszyte na miarę tak, żeby im się podobały i żeby zachęcić do kupienia suweniru i zrobienia zdjęcia. O „spojrzeniu turysty” pisał John Urry – ma ono być zbiorem oczekiwań turysty w stosunku do miejscowej ludności. Autochtoni, którzy z turystyki żyją, zaspokajają te oczekiwania często odnosząc się nie do swoich tradycji, ale do stereotypów. Z drugiej strony, w wyniku rewitalizacji pewnych tradycji, „spojrzenie turysty” może ożywić poczucie tożsamości ludności, która inscenizuje. MacCannell wskazuje, że „autentyczność” staje się towarem rynkowym, a zjawisko to wspomaga „rekonstrukcję etnicznej tożsamości”.

Erving Goffman
(1922 – 1982)

amerykański socjolog pochodzenia kanadyjskiego. Przy badaniu interakcji społecznych opracował podejście dramaturgiczne. W „Człowieku w teatrze życia codziennego” (1959) przedstawił teorię, że człowiek w interakcjach stara się kontrolować wrażenie, jakie wywiera na innych. W interakcjach społecznych – jak w teatrze – istnieje sfera sceny, gdzie aktorzy (czyli każdy z nas) odgrywają przedstawienie, i sfera kulis, która jest ukryta, i w której nie musimy wypełniać ról społecznych.

Są jednak konsumenci, którzy świadomie wybierają miejsca „sztuczne” – jak Disney World czy inne parki tematyczne. Zainscenizowane i zaprojektowane są one dokładnie w taki sposób, żeby odpowiadać masowemu turyście. Maxine Feifer nazywa ich (a jakże) post-turystami i mówi, że zachwycają się oni nieautentycznością i sztucznością tych światów. To świadomi konsumenci, którzy żyją w rzeczywistości hiperkonsumpcji i zdają sobie sprawę, że rynki, marki i wizerunki walczą o ich uwagę. Post-turysta wie, że ma wybór i oczekuje wysokiej jakości usług, wygody i przewidywalności. Sztuczność atrakcji turystycznych go nie zajmuje, a turystyka to dla niego jeszcze jeden rodzaj rozrywki. Nie oszukuje się, że istnieją jeszcze miejsca albo ludzie nie skażone zachodnią cywilizacją.

Zabrać buddystom i dać buddystom
Post-turysta wie, że dziedzictwo kulturowe jest utowarowione, jak wszystko inne w rzeczywistości konsumpcji, i w ten sposób zamieniane na atrakcje turystyczne. Przemysł turystyczny często zawłaszcza przestrzeń i redefiniuje znaczenie obiektów kulturowych. Dobrym przykładem jest tu buddyjska świątynia Borobudur – dziś największa atrakcja turystyczna Indonezji. Jak opisuje Errington, od czasu „remontu” i wpisania jej w 1991 roku na listę światowego dziedzictwa UNESCO, świątynia została ogrodzona, zaczęto pobierać opłaty za wstęp, a rząd wydał dekret zakazujący w tym miejscu ceremonii buddyjskich. Borobudur został więc (symbolicznie i praktycznie) przekazany z rąk buddystów w ręce turystów. Przypadków, kiedy slogan o „dziedzictwie kulturowym ludzkości” zmienia obiekty sakralne, bazary, parki na atrakcje turystyczne, czyli produkty, jest więcej.

Okładka, nr 11 Dwutygodnika,
rys. Niczero
Post-turysta nie nabrałby się na autentyczność tajskiej wioski plemienia Kayan, która tak zniesmaczyła moją koleżankę. Ale chyba nawet on nie wymyśliłby etnicznego thrillera politycznego, który za tą atrakcją turystyczną się kryje. Kayan nie pochodzą z Tajlandii – to uchodźcy z Birmy, którzy uciekli przed wojskowym reżimem. Dostali schronienie w Tajlandii, gdzie służą jako obiekty w ludzkim zoo (DisneyLand trzeciego świata?), które przyciąga ok. 40 000 turystów rocznie. Zarabiają mniej niż 100 dolarów miesięcznie. Właściciele „wiosek” zabraniają im używać komórek – psują one image pierwotnego plemienia, od którego zależy sukces tych przybytków. Część z nich dostała status uchodźcy np. w Nowej Zelandii, ale Tajlandia odmawia im wizy wyjazdowej. Dziesiątki tysięcy innych uchodźców z Birmy dostają dokumenty bez problemu albo są odsyłani z powrotem, ale Kayan mają dużą wartość komercyjną, więc rząd odmawia. Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców (UNHCR) interweniował w tej sprawie u władz Tajlandii, które z kolei zaprzeczają, jakoby odmowa miała związek z wartością Kayan dla przemysłu turystycznego.

Takich historii jest więcej i nie wiem jak Szanowni Czytelnicy „Dwutygodnika”, ale ja na pewno będę o tym pamiętać przy przeglądaniu folderu biura turystycznego zachęcającego do wycieczek w dziewicze tereny, poza ubitym szlakiem, gdzie zobaczę „przedstawicieli różnych plemion w ich codziennych strojach”, albo będę miała okazję do „wizyt w lokalnych autentycznych wioskach”, gdzie „przebywając wśród tubylców, nie tylko będę mogła podziwiać urodę najpiękniejszych kobiet Afryki, ale dowiem się też sporo na temat tutejszych obyczajów”.


* Wszystkie cytaty pochodzą ze stron internetowych biur podróży.

Ten artykuł jest dostępny w wersji angielskiej na Biweekly.pl.