IV Art&Fashion Festival

Olga Święcicka

Dziennikarstwo stricte modowe nie ma sensu. Minimalistyczne sukienki Krzysztofa Stróżyny stają się ciekawe, kiedy szuka się w nich powiązań z estetyką architektury międzywojnia, tropikalnymi gadami i bryłą holenderskiego teatru Agora

Jeszcze 1 minuta czytania

Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego nie ma polskiej wersji kultowego magazynu „Vogue”? A może myślicie, że jest, tylko akurat nigdy nie wpadł wam w ręce? Rozumiem. Nie czytacie gazet i artykułów o modzie, bo was to nie interesuje. Ale może zainteresuje was fakt, że nawet gdybyście bardzo chcieli, to i tak nic ciekawego nie znajdziecie. Chyba że zadowolą was rozdmuchane sesje z magazynów dla kobiet, albo zdawkowe informacje w shoppingowych pismach. Podobnie z młodymi projektantami. Centra handlowe zalewają sieciowe marki, ekskluzywne sklepy i kilka butików topowych designerów. Trzeba długo szukać, żeby znaleźć coś poza głównym nurtem. Coś świeżego, młodego i w rozsądnej cenie. Nie mówiąc już o biżuterii, którą w Polsce kupuje się dwa razy w życiu: żeby się zaręczyć i pobrać, a czasem też w prezencie dla kochanki albo teściowej. Wszystkie drogi prowadzą do starych, znanych firm jubilerskich, gdzie złoto na pewno się świeci, a na każdym pierścionku brylancik, który równie często jest szkiełkiem. Pokutuje podejście, że biżuteria jest tylko niewinnym dodatkiem, a nie przedmiotem, który może stworzyć cały strój. W kraju, gdzie nie ma miejsca na haute-couture, a o modzie mówi się źle albo wcale, trudno w nią uwierzyć.

IV Art&Fashion Festival. Stary Browar w Poznaniu,
12-23 października 2010
Wybierając się do Poznania na IV edycję festiwalu Art & Fashion, byłam przekonana, że jadę na 2-3 dni na niszową imprezę modowych zapaleńców. Zostałam dwa tygodnie. Festiwal zmienił moje myślenie o modzie.

Założeniem festiwalu Art & Fashion jest stworzenie przestrzeni rozmowy między różnymi dziedzinami związanymi z modą; podstawą – warsztaty z projektowania ubioru, biżuterii, z tworzenia ilustracji, fotografii i pisania o modzie, które odbywały się w wolnych przestrzeniach Starego Browaru. Studenci byli zmuszeni do kontaktu z gapiami, przechodniami, klientami centrum handlowego, którzy chętnie i w bardzo różny sposób komentowali ich pracę. Popołudniami w Starej Słodowni odbywały się wykłady. Wieczorami organizowano darmowe pokazy filmów z prelekcją profesora Marka Hendrykowskiego.

Dziennikarstwo stricte modowe tak naprawdę nie ma sensu i nie powinno istnieć. Na warsztatach pisania o modzie czystą teorią nikt nie był zainteresowany. Jako kulturoznawcy, teatrolodzy, graficy, historycy sztuki i poloniści niewiele mogliśmy powiedzieć o najnowszych trendach, ale analizowaliśmy je chętnie. W niewiedzy i w niezmanierowanym myśleniu tkwiła nasza siła. Moda sama w sobie bywa nudna, ale oglądana z różnych perspektyw, w nowych kontekstach, nabiera innych sensów. Minimalistyczne sukienki Krzysztofa Stróżyny na przykład są uszyte ze świetnych materiałów, perfekcyjne wykonane i tyle. Kolejny jałowy opis kolekcji. Kiedy jednak szuka się w jego projektach powiązań z estetyką architektury międzywojnia, tropikalnymi gadami i bryłą holenderskiego teatru Agora, powstaje prawdziwy temat na artykuł.

Sala Starej Słodowni, która może pomieścić ponad 300 osób, na prawie każdym wykładzie była pełna. Było jak na koncercie Beatlesów – szklane drzwi otoczone tłumem dziewczyn, błagających o wpuszczenie do środka. Zaskakujące. Tym bardziej, że akurat program Open Univeristy, w ramach którego odbywały się spotkania, nie był porywający. Wykłady, prowadzone najczęściej przez znanych projektantów, były laurkowe, opowiadali głównie o sobie i swoich osiągnięciach; a spotkania z osobowościami świata mody – słabe merytorycznie i nieciekawie przygotowane. Na festiwalu zdecydowanie brakowało autorytetów, znawców teorii. Jedyne takie spotkanie to rozmowa z Barbarą Hulanicki, założycielką legendarnej BIBy, która w ujmujący sposób opowiadała o swingującym Londynie lat 60-tych. Prawdziwą burzę wywołał natomiast wykład naczelnych – Elżbiety Szawarskiej z „Gali” i Grażyny Olbrych z „Glamoura”, połączony z pokazem filmu „The September Issue” – dokumentu o powstawaniu najobszerniejszego wydania „Vogue’a”. Gorzkie, pełne zwątpienia komentarze dziennikarek dotyczące sensu powstania polskiej edycji pisma, przyszłości polskiej mody i kondycji młodych projektantów, były zakrzykiwane i kontrargumentowane.

Festiwal zakończył się wielką galą z czerwonymi dywanami, sławami i paparazzi. Gwiazdy panoszyły się przy wybiegu, a uczestnicy warsztatów, dla których zorganizowano tę imprezę, stali ściśnięci na drugim piętrze. Modowy świat znów pokazał się od najgorszej strony.