Jeszcze 2 minuty czytania

Paweł Dunin-Wąsowicz

TRUMIENKA Z PIOSENKAMI:
Marymont, czyli co autor chciał powiedzieć

Paweł Dunin-Wąsowicz

Paweł Dunin-Wąsowicz

„Nie zamierzał szkła rozśpiewać, kochać mnie chciał” – śpiewała ćwierć wieku temu Majka Jeżowska słowa tekstu Jacka Cygana w piosence, której tytuł jest oczywistym pleonazmem: „Mały piccolo”. Ilu jej słuchaczy rozumiało, co autor chciał powiedzieć? Ci, co kupili w 1984 roku pierwsze, ocenzurowane jeszcze, polskie wydanie „Blaszanego bębenka” Güntera Grassa mogli odgadnąć, że jest to aluzja do narratora tej powieści – Oskara Matrzeratha, karła (mały piccolo), którego śpiew powodował właśnie pękanie szkła. Ci, co mieszkali w Warszawie, doskonale rozumieli, że pojawiające się na początku utworu słowa „Marymont jeszcze działał” odnosiły się precyzyjnie do zamkniętego w 1985 roku cotygodniowego targowiska.

Arkadia, Galeria Mokotów, Złote Tarasy – pyszni się XXI-wieczna Warszawa swymi centrami handlowymi. W PRL-u mojego dzieciństwa i młodości stolica miała zwykle jedno centrum handlowe, gdzie można było kupić absolutnie wszystko – ale czynne tylko raz w tygodniu. Najpierw był to Perski Jarmark na Wolumenie, potem właśnie Jarmark Marymoncki na terenach Spójni przy Wisłostradzie, niebawem równolegle z nim Skra przy Wawelskiej, która na koniec pozostała jedyna.

* * *

Marymont czyli Marie-mont – wzgórze Marii, od pałacyku królowej Marii Kazimiery Sobieskiej, na fundamentach którego stoi obecnie kościółek górujący nad tym niegdysiejszym przedmieściem.

Ta okolica ma najwyraźniej szczególne szczęście do utajnionych literackich nawiązań w piosenkach. W 1997 roku na płycie Pidżamy Porno znalazło się miłosne „Stąpając po niepewnym gruncie”. A chociaż Grabaż jest poznańczykiem, to w słowach „dawno mamy już za sobą pierwsze kroki w chmurach” pije do warszawskiego przecież pisarza Marka Hłaski. Który to Hłasko w opowiadaniu, co dało także tytuł jego pierwszej książce, tę historię pierwszego fizycznego obcowania dwojga młodych kochanków, przerwanego brutalnie przez chamskich podglądaczy, umieścił właśnie w marymonckich krzaczorach. I którego to Hłaski juwenilna powieść, wydana dopiero pośmiertnie w latach 70., nazywała się „Sonata marymoncka” (och, został nawet na jej podstawie film nakręcony, z młodziutkim Olafem Lubaszenką...). Próżno jednak szukać marymonckich konkretów w jego utworach, wydaje się, że traktował on to miejsce raczej jako metaforę robotniczego przedmieścia, z nielicznymi ocalałymi z Powstania kamieniczkami, drewnianymi domkami i ruderami wznoszonymi z rozbiórkowej cegły (nie ma już tamtego Marymontu, zostało klika ostańców pośród blokowisk, uliczka-widmo Barszczewska). Takie obiekty jak olejarnia, piekarnia Scholla, Szkoła Gazowa, szkoła przy Konwiktorskiej zachował za to w swej powieści dla młodzieży „My z Marymontu” zmarły przed paroma laty Ryszard Liskowacki, wcześniej wspomniawszy te okolice w powstańczych opowiadaniach z „dorosłej” książki „Powrót do piekła”...

Co znaczą słowa „ja na początku przez trzy lata byłam w Łodzi, a teraz tutaj – mam posadę w AWF” z przepięknej piosenki „Deszcz”? Napisał je Konstanty Ildefons Gałczyński do melodii Władysława Szpilmana, zachwycając się ślicznymi żoliborskimi ulicami i tymi topolami, i tym wiatrem w topolach. Wtedy, sześćdziesiąt lat temu, było to jasne, że ten początek w Łodzi to czas po Powstaniu, po którym wysiedlonych warszawiaków rozrzuciło po kraju, zanim wrócili –  jak ta właśnie dziewczyna, jeżdżąca autobusem na Bielany (mijając Marymont), narratorka/podmiot liryczny tej piosenki.

A kiedy słucham zupełnie współczesnej przecież piosenki żoliborskiej Partii „Adam West” ze słowami Lesława „ogrody i cmentarze, miejsca w których jestem sam”, nie wiem czemu myślę o powstańczym „Marszu Mokotowa” i słowach „niech płynie piosenka z barykad, wśród bloków, zaułków, ogrodów”. Może dlatego, że trzecia płyta Partii nazywała się „Żoliborz Mokotów”?

* * *

Z pewnością bohaterka „Deszczu” przejeżdżała przez plac Wilsona. Niektórych żoliborzan wkurwiają słowa Muńka Staszczyka „zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz” z pamiętnej „Warszawy” T.Love. Każdego żoliborzanina szlag trafia, kiedy słucha nagranej przed dwudziestu laty piosenki „Na Placu Wilsona w stolicy” zespołu Malarze i Żołnierze, przypomnianej niedawno przez grupę Kumka Olik, w której śpiewa Mateusz Holak, syn Staszka – wokalisty Malarzy. Jakim prawem „na placu Wilsona większość domów to burdele”?! Wytłumaczeniem był fakt, że Malarze i Żołnierze to zespół z Mogilna, że wielkopolanie takie mają o Warszawie fałszywe wyobrażenie. Do czasu. Pięć lat temu współpracownik „Lampy” Paweł Gołoburda, czytając „Witraż” Andrzeja Kuśniewicza wykrył, że piosenka Staszka Holaka jest w większości zlepkiem zdań z tej właśnie powieści, gdzie burdele owszem stały przy placu Wilsona, tyle że w Marsylii. Autor zastosował więc ten sam patent, co Kora pisząca pamiętne „Boskie Buenos” (według powieści „Żeby cię lepiej zjeść” argentyńskiego pisarza Eduardo Gudiño Kieffera, która ukazała się w Wydawnictwie Literackim w 1973 roku) a potem „Pałac” (według Biblii).

* * *

Marymont wrócił jeszcze w piosence „Trawnika” „Marymoncki Dżon” na początku lat 90. traktującej o kupcu, który zadarł z ruską mafią. Ale miejsce, gdzie bohater tekstu Krzysztofa Bienia miał swój stragan w postaci tzw. szczęk, to był już zupełnie inny bazarek niż Jarmark Marymocki, ze dwa kilometry na północy zachód od miejsca zdarzeń z „Małego piccolo” – ten przy dzisiejszej stacji metra Marymont.

A o Hłasce myślę jeszcze słuchając „Strzałów” z płyty „Radio Młodych Bandytów” Róż Europy, czyż ta podróż sportowym samochodem przez Europę nie przywodzi na myśl jakiegoś jego szaleństwa z Sonią Ziemann?