Co jest krzywe, tego nie da się wyprostować
Katarzyna Przezwańska, Wczesna polskość

17 minut czytania

/ Sztuka

Co jest krzywe, tego nie da się wyprostować

Mateusz Marczewski

Młodzi artyści muszą toczyć wieczną wojnę, polegającą na utrzymaniu własnego języka na przekór podszeptom „to idzie”. Na Warsaw Gallery Weekend wyczuwalne jest, że to, co dobre, się skończyło.  I nie chodzi tylko o kondycję rynku sztuki

Jeszcze 4 minuty czytania

1.
W galerii Raster okrągłe dysze umieszczone w ścianie na wprost wejścia wydmuchują strugi powietrza. Ich układ sprawia wrażenie przemyślanej formuły. Kiedy się podejdzie, pod palcami można wyczuć podmuch. Obiekt jest częścią wystawy „Air” Miki Tajimy. Tak – myślę uprzedzony wysmakowanymi formami – oto doskonały język sztuki współczesnej – estetyka tak przyjemna, że nie do końca wiadomo, czy to jeszcze sztuka, czy cynicznie wyrafinowane wzornictwo. Całość jednak działa i to dosłownie. Ściana reaguje na obecność człowieka, zmieniając siłę podmuchów. W katalogu wystawy przeczytać można, że prezentowane obiekty tworzą rodzaj krnąbrnego, nie do końca czytelnego ciała – wciąż w transformacji. Może tak właśnie należy opisywać Warsaw Gallery Weekend?

2.
WGW wraz z imprezami towarzyszącymi nie ma jednolitego kontekstu. Galerie i instytucje biorące udział w przedsięwzięciu łączy katalog, ale nie łączy ich wstęp do katalogu – wstępu bowiem nie ma. Podoba mi się takie podejście. Pisanie jakiegoś wspólnego tekstu byłoby raczej skazane na banały o łączeniu sił albo woli wspólnej prezentacji w jednym miejscu i czasie. Co można innego powiedzieć przy tak zróżnicowanym profilu galerii i tak odległych od siebie artystach? Ale w takim razie jak zsyntetyzować to wydarzenie? Dwadzieścia sześć galerii i line-up wydarzeń towarzyszących to wciąż tylko skala wydarzenia, a nie meritum sprawy. Może zresztą meritum nie ma? 

3.
Co zapamiętałem? Dwa peryferia: rzeźbę Pawła Althamera „Julia Matea” – przedstawiającą żonę artysty. Nie zwróciłem na nią z początku uwagi, była ukryta pomiędzy obiektami pokazywanymi w Pałacu Kultury w ramach targów sztuki Not Fair, na których prezentowało się kilkanaście zaproszonych przez Michała Wolińskiego z Piktogramu warszawskich i europejskich galerii. Wróciła do mnie po czasie: jej nieruchome spojrzenie i ażur korpusu. Jest jak zapowiedź zupełnie nowego życia, choć wygląda jak trofeum przywiezione z Polinezji od jakichś plemion, które do dziś czczą kogoś na kształt kobiety-wody.

Warsaw Gallery Weekend

26 galerii, różne lokalizacje, Warszawa, 22 - 24.09.2017
strona:  galleryweekend.pl

Peryferium drugie to bryły Mathisa Altmanna, wykonane z resztek budowlanych, betonu i papieru, prezentowane przez galerię Stereo na wystawie „Rzeczy w kształcie rzeczy”. Zatopione fragmenty instalacji elektrycznej, opakowania po środkach chemicznych, śmieci. Bryły Altmanna przywodzą na myśl resztki osiedla ludzkiego po jakiejś katastrofie. Działająca żarówka ustawia jednak pozornie martwą bryłę w zupełnie innym świetle: są to nie tyle odpadki, co przekonstruowane, wyemancypowane istnienia. Może nawet nowe byty. Tak jakby materia po rozpadzie nabrała mocy i zaczęła się samoorganizować.

Obaj artyści, wydaje się, mówią to samo, choć innymi środkami. Altmann na surowo, Althamer ciepło, obaj emocjonalnie. Coś się skończyło, nowe nie zostało jeszcze odczytane. Z dwóch sposobów narracji wybieram jednak rzeźbę Althamera. Kobieta-woda daje nadzieję w przeciwieństwie do postludzkich bytów prezentowanych w Stereo.

1. Paweł Althamer, fot. Bartosz Górka/ NOT FAIR.   2. Mathis Altmann, „Rzeczy w kształtach rzeczy”, widok wystawy, Stereo.   3.  Mika Tajima, „Air”, widok wystawy w galerii Raster . 

4.
Może właśnie wyglądanie w przyszłość jest tropem? WRO Art Center – organizator Biennale Sztuki Mediów WRO – w potężnej hali Domu Słowa Polskiego prezentuje wybrane prace. Są mocno futurystyczne. Efektowne zabiegi, które próbują syntetyzować przyszłość, jednak nie przekonują. Makieta miasta, wykonana z procesorów i kawałków płyt głównych z migającymi diodami, sprawia wrażenie ekspozycji z muzeum techniki. Pochylone nad nią dwie młode kobiety mówią do siebie z ironią: a może to nie jest wystawa, tylko event promujący nowego „Blade Runnera”? Za nimi na ścianie mieni się potężna, panoramiczna wizualizacja.

Można dać się uwieść tym obietnicom lepszej przyszłości. Pytanie tylko, czy jej doczekamy i czy doczeka jej polski rynek sztuki w takiej formie, jaką dziś prezentuje. Przypominam sobie 2016 rok i zbiórkę Zachęty, której po obcięciu dotacji zabrakło pieniędzy na zakup nowych prac do kolekcji. W skierowanej do obywateli prośbie Zachęty o pomoc zobaczyłem wówczas coś więcej niż tylko smutną kondycję intelektualną nowego rządu. Jak to możliwe, że w czterdziestomilionowym kraju nie ma jednego donatora, który mógłby zapobiec upokarzaniu prestiżowej instytucji i przekazać jej brakującą sumę? Sumę ostatecznie niewielką, bo wystarczającą na – powiedzmy – średniej klasy samochód? Dla kogo więc ten galeryjny weekend, dla kogo targi w Pałacu Kultury?

5.
Bo to, że jest źle, a raczej to, że dobre się skończyło, wyczuwalne jest na WGW przez cały czas. I nie chodzi tylko o kondycję rynku sztuki. Bardziej o fakt, że jako zbiorowość wciąż jesteśmy, żeby przywołać tekst do wystawy Miki Tajimy, „nie do końca czytelnym ciałem”. Dosadnie mówi o tym wystawa D/I/S/R/U/P/T, pokazywana przez poznańską galerię Rodriguez, w której dziesięciu artystów prezentuje wielogłos na temat tytułowej dezorganizacji. Połączeni są wiszącą pod sufitem pracą Mai Saravii – wyciętymi literami układającymi się w złowieszcze napisy–komentarze, między innymi „This war is outsourced”. Jednak czyja to wojna i gdzie jest linia demarkacyjna, wciąż nie wiadomo. Bo przecież z pewnością nie chodzi o konflikty zbrojne. Do bardziej precyzyjnych wyjaśnień dochodzi w galerii Kasi Michalski. Oglądam tam twarz mężczyzny (wideo Damira Oćki, praca „Dicta”), który z namalowanymi na powiekach oczami, a więc niewidzący, recytuje pocięty tekst eseju Brechta „Pięć trudności przy pisaniu prawdy”. Łacińskie słowo „dicta” – jak piszą organizatorzy – stanowi trzon wielu wyrazów, chociażby „dyktator” i „dyktatura”. Oczywiście w pierwszej kolejności widzę doraźną politykę, ale przecież u Oćki nie chodzi o strach przed prawicową i podsycającą społeczne lęki władzą. Byłoby to zbyt banalne. Bardziej o pytanie, kim jest ten, który dyktuje zasady. I dlaczego nie mówimy my?

Otrzymuję od organizatorów WGW kartę VIP, która pozwala wchodzić na zamknięte wydarzenia, a także zamówić jeden z floty samochodów Suzuki gotowych na to, by gości imprezy bezpłatnie wozić pomiędzy galeriami. W katalogu znajduje się reklama Suzuki z optmistycznym hasłem „Odkrywanie jest sztuką”. 

1. „Za siedmioma”, widok wystawy w Domu słowa polskiego (WRO Art Center).   2.  D/I/S/R/U/P/T, galeria Rodriguez. 

6.
Po obejrzeniu trzech wystaw to, co było oglądane, zamienia się w mgłę, kolejne wydarzenia nakładają jedynie kolejne warstwy szumu. To, co najbardziej pożądane – percepcja wyostrzona na słuchanie artystów – spada. Można oczywiście dalej uczestniczyć, ale nie można już doświadczać. Potężne przedsięwzięcie bez jednej narracji i bez jednego klucza staje się demokratycznym i szczerym przedstawieniem. Wspólna mapa, zbudowana z poszczególnych wystaw i wydarzeń, krystalizuje się. To właśnie dynamika konstelacji: mówi tylko całość. W konstelację wchodzi wszystko: łącznie z faktem, że rozgoryczone warszawskie galerie, które nie zostały włączone w elitarne (jednak) WGW, zakładają własne wydarzenie – WarsawByArt (tu konstelacja znajduje się już w logotypie imprezy). Gdybym miał wskazywać przyszłym badaczom sztuki drugiej dekady XXI wieku rejony, na których należy się skupić, wskazałbym również ten fakt: dwie grupy galerii w jednym środkowoeuropejskim mieście w 2017 roku. 

7.
Fundacja Galerii Foksal i wystawa prac Wilhelma Sasnala. Trzy piętra wypełnione ludźmi, kobieta z wózkiem, w którym śpi małe dziecko, spaceruje przed drzwiami galerii. Mówi do telefonu: no jak to gdzie jestem? Na Sasnalu. Tutaj dzisiaj są wszyscy.

Wystawa Wilhelma Sasnala, Fundacja Galerii Foksal / fot. a. BilskaWystawa Wilhelma Sasnala, Fundacja Galerii Foksal / fot. A. Bilska

8.
Mimowolnie pojawia się w tym wszystkim jakieś echo zburzonej równowagi. Nie jest tak, jak było jeszcze w XX wieku, kiedy amerykański Enron – pierwsza megakorporacja, która upadła – wciąż działał, a wyrafinowane instrumenty finansowe, jak się okazało tragiczne w skutkach, wciąż podtrzymywały mit o szczęśliwym końcu historii.

Być może dlatego Fundacja Sztuki Polskiej ING decyduje się nagrodzić (czyli nabyć do kolekcji) pracę, która porzuca człowieka i sięga w przeszłość, do czasów, kiedy po terenie zajmowanym przez dzisiejszą Warszawę spacerowały dinozaury„Wczesna polskość” Katarzyny Przezwańskiej to symboliczne cofnięcie się o kilkaset milionów lat. Gest przypominający kącik przedszkolaka zafascynowanego dinozaurami (wykonane z papieru palmy i paprocie, ślady łap, gradient nieba) ma rygorystyczną koncepcję. Makietę oglądać można z ulicy – w witrynie galerii. Można wejść również do galerii, ale znajdzie się tam tylko drewnianą konstrukcję ekspozycji. Galeria jako miejsce, w którym dokonał się jeden z kroków ku upadkowi: wycena działań artysty i przeliczenie ich na złotówki czy euro, pozostaje symbolicznie pusta. Właściciel galerii, Dawid Radziszewski pisze w katalogu: „wykorzystaliśmy już chyba wszystkie możliwe sposoby wystawiania sztuki w naszej małej galerii oprócz tego jednego – podróży w czasie i przestrzeni. Ucieczki z antropocenu”.

Katarzyna Przezwańska, „Wczesna polskość”, Galeria Dawid Radziszewski / fot Aga BilskaKatarzyna Przezwańska, „Wczesna polskość”, Galeria Dawid Radziszewski / fot Aga Bilska

9.
Widziałem jednak ciekawszą rzecz w galerii Radziszewskiego. W mieszkaniu przy alei Szucha, podobno należącym niegdyś do dyplomaty, Tomasz Kowalski pokazuje swoją scenografię do powstającego właśnie filmu Agnieszki Polskiej „Hura!”. Częścią scenografii jest jego malarstwo. Interesująca nieoczywistość uderza od początku: nie wiadomo, czy mamy do czynienia z wernisażem w scenografii, czy scenografią z wykorzystanymi pracami artysty. Wnętrze o dość nietypowym charakterze, trochę lata 70., trochę żółtego, ciepłego światła, wypełnione jest ludźmi. Jest czwartek wieczór, w przeddzień rozpoczęcia WGW. Obecność w scenografii daje poczucie oderwania od celowości, zamiaru albo strategii. Wyzwalające uczucie. Kilka kryształów leżących na półce, otwarta książka „Moloch” Lema. Lem pisze: „dogonić i przegonić naturę w jej sprawnościach”. Nie wiem, czy „Moloch” otwarty jest na przypadkowej stronie.

1. Tomasz Kowalski, „Złota drabina”, Galeria Dawid Radzszewski / fot. R. Głowacki.  2. Damir Ocko, „Dicta”, 2017, widok wystawy, fot. dzięki uprzejmości galerii Kasia Michalski.

10.
Czy można przegonić naturę w jej sprawnościach? W Czułości, która w ramach WGW pokazuje działania Johanna M. Winkelmanna zebrane pod tytułem „Darmowa wycieczka autobusem do pewnego miejsca za miastem, kawa i powrót”, potężne wrażenie robi spalona sala ekspozycyjna z fotografiami Janka Zamoyskiego. Spalona wystawa nie jest częścią programu (przynajmniej według katalogu), ale trudno o niej nie wspomnieć. Galeria spłonęła niedawno, na ścianach utworzył się gradient, przechodzący od bieli przy podłodze po czerń. Pod sufitem każdy element wnętrza, rury i instalacje elektryczne pokryte są aksamitną, nieodbijającą światła powłoką. Niczego bardziej płynnego, organicznego, a przez to prawdziwego dawno nie widziałem. Po głębszym namyśle objawia mi się własna mizeria: podniecasz się – mówię do siebie – efektem pożaru, próbując zaprząc to zdarzenie do rejonów sztuki. Po prostu zawiodła instalacja elektryczna.     

11.
W galerii Wschód, wśród wyziębionych instalacji dźwiękowych Daniela Koniusza, znajduje się minimalistyczny „Glass Choir”. Praca to rurka biegnąca po ścianie, w którą zatknięto słuchawkę podłączoną do walkmana. Można przyłożyć ucho do jej drugiego końca: słychać znany wszystkim dźwięk, który rozpoczyna produkcje HBO – ten, w którym z szumu obrazu i dźwięku wyłania się skrót nazwy amerykańskiej stacji. Przeciągający się w nieskończoność, zapętlony, będzie tak długo zapowiadał zbliżającą się przyjemność, aż taśma się zetrze. W sumie to trafne: przecież największym źródłem troski jest właśnie uporczywe poszukiwanie spełnienia. Ale czym jest to spełnienie dla rynku sztuki? Pewnie lokuje się gdzieś pomiędzy mądrym mecenatem państwa, licznymi i świadomymi kolekcjonerami skorymi do inwestowania w sztukę najnowszą i dobrze prowadzoną edukacją artystyczną najmłodszych. Choć co do tego ostatniego nie jestem pewien. Wydaje się, że rynek komercyjny ma swój kalendarz, ale jest to kalendarz czysto pragmatyczny, sięga on prawdopodobnie rok naprzód, uwzględniając po drodze kluczowe punkty: targi na Zachodzie i ewentualnie w Stanach.

Ale WGW to przecież przede wszystkim inwestycja. Inwestycja zabarwiona heroizmem. Bo tak naprawdę, jako dla osoby z zewnątrz, rynek sztuki rysuje mi się jako ciężkie pole walki i jestem szczęśliwy, że nie muszę w tym zawodowo uczestniczyć. Oczywiście, jest w tym prestiż i mglista, ale jednak wyczuwalna obecność sporych pieniędzy. Słowem: doskonałe połączenie. Handel sztuką to jednak nie jest zwykły handel i nikt nie zaprzeczy, że zarabianie na sztuce to sprawa prestiżowa. Prestiż ze swojej natury jest jednak elitarny. Pewien właściciel galerii powiedział mi, że siedzi w tym biznesie już ładnych kilka lat, ale do dziś niczego tak naprawdę nie jest pewien. Prawdopodobnie świadomość skomplikowania tej profesji stawia go o lata świetlne względem tych, którzy dopiero zaczynają. Gorzej jednak mają młodzi artyści. To oni muszą, jak sądzę, toczyć wieczną wojnę z samymi sobą, wojnę, która polega na utrzymaniu własnego języka artystycznego na przekór wszystkim podszeptom „to idzie”, „to jest modne” i tak dalej.

Spalona wystawa Janka Zamojskiego w galerii Czułosć, fot. Aga Bilska

Co będzie z kolejnymi pokoleniami wychowanymi na tak skonstruowanym rynku? Co będzie ich głównym motorem działania? Jak WGW będzie wyglądało za dwadzieścia lat? Co będziemy w stanie powiedzieć o tegorocznej edycji z tamtego, odległego punktu widzenia? Bo przecież zakładam, że impreza będzie trwała, będą padały galerie i pojawiały się nowe. W tym roku, odwiedzając Fundację Archeologii Fotografii, widziałem pusty lokal Startera, który kiedyś kojarzył mi się z artystyczną odwagą. Zajrzeliśmy tam przez szybę, właściwie nie było czego komentować.

13.
W sobotę wieczorem w KEM Dominika Olszowy pokazuje performans „Rozmowa czytana”. Zbliża się dwudziesta trzecia, ludzie siadają na gołym betonie, budynek wkrótce będzie rozebrany. Nikogo to już nie dziwi, zbyt wiele budynków służących sztuce zostało w Warszawie rozebranych. Rozpoczynające performans słowa z biblijnej Księgi Koheleta w kiczowatej aurze pokoiku stukniętej wizjonerki budzą śmiech: „to, co jest krzywe, tego nie da się wyprostować”. Jest w tym śmiechu widowni porządek i akceptacja, która pozwala widzieć więcej. Artystka miesza biblijne wersy z fragmentami wywiadów z Małgorzatą Rozenek, perfekcyjną panią domu. O dziwo – i jedne, i drugie frazy brzmią podobnie: są nabite jakąś dwuznaczną mądrością i patosem. Podobnym tropem idzie Odile Bernard Schröder, która w galerii Pola Magnetyczne w ramach wystawy „Revelation-Revolution” pokazuje fotografie – zapis wydarzeń francuskiej kampanii prezydenckiej z 2017 roku. Kadry, zrzuty z ekranu, nieoczywiste emocje na twarzach zestawione zostają z innymi podmiotami, którym artystka oddaje głos, w tym figurą mandragory – magicznej rośliny o ludzkich kształtach. Dopuszczając magię i nieoczywistość do wizualnego zapisu politycznych perturbacji, wpuszczając do zapisu walki, bazującej na słupkach procentowych i policyjnych tarczach z pleksi, postacie ze swojego bestiariusza, Schröder łamie medialną narrację ze świata. Mówi „dość”. Widzimy – wydaje się mówić artystka – zbyt płasko. Schröder szuka między narracjami i nie boi się poszukiwać pierwszego, czystego języka. Dużo w niej nadziei i wolności. We wstępie do jej wystawy pojawia się zdanie, które kradnę i przeklejam jako finalny komentarz do tegorocznego Warsaw Gallery Weekend. Doskonale pasuje do naszych czasów, w których nikt nie chce zająć wyraźnego stanowiska, czekając na dalszy rozwój wypadków. „Jeżeli państwo mnie zrozumieliście, to znaczy, że źle się wyraziłem”.