(Kontr)rewolucja seksualna
Truthout.org / CC BY-NC-SA 2.0

16 minut czytania

/ Obyczaje

(Kontr)rewolucja seksualna

Grzegorz Niziołek

Zwolenniczki i zwolennicy akcji #metoo starają się udowodnić, że istnieje możliwość działania słusznego i skutecznego, które podważa zasadność prowadzenia jakiejkolwiek debaty

Jeszcze 4 minuty czytania

Akcja wymierzania sprawiedliwości w ramach społecznościowej kampanii #metoo spełnia chyba wszystkie warunki praktyki rewolucyjnej. Pisała o tym niedawno Joanna Krakowska na łamach „Dwutygodnika”. Mój tekst powstawał równolegle i stawiał identyczną tezę. Trochę się jednak z różnych powodów przeleżał w komputerze, teraz siłą rzeczy wchodzi w polemikę z felietonem Krakowskiej, równocześnie wspierając wiele jej tez.

Rewolucja ma charakter masowy, jest nie do powstrzymania, dokonuje się poza procedurami prawnymi, zakłada nieuniknione przypadki niesprawiedliwych pomówień, ale akceptuje konieczność ich zaistnienia w imię wyższego dobra zbiorowego. Ma charakter afektywnej lawiny, wywiera presję i żąda bezwarunkowego uznania słuszności tej presji. Nie negocjuje i nie różnicuje, bo to osłabiłoby jej impet. Ta rewolucja nie rozpoczęła się oddolnie, lecz na szczytach władzy; w tym wypadku mediów, środowiska filmowych gwiazd, producentów. Stała się środkiem do obalania czyjejś władzy, pozbawiania pozycji i przywilejów. Rewolucja żąda ofiar, ale rewolucja pożera też swoje dzieci. Z osób wątpiących w jej sposoby działania czyni wrogów.

Uznanie akcji #metoo za działanie rewolucyjne nakazuje myśleć o niej poważnie: o jej przyczynach i skutkach. O perspektywach głębokiej ingerencji w struktury władzy, sferę publiczną, oddziaływanie mediów i praktyki życia codziennego. Przyczyny tej rewolucji są oczywiste i nie do podważenia. Zgadzam się z Joanną Krakowską, że rewolucje mają realny powód i w tym sensie mają rację. Retoryka konieczności, zastosowana przez autorkę felietonu, również jednak należy do języka rewolucji, a nie jest wyłącznie jej opisem. Czy jednak musi być tak zawsze? Udane rewolucje, jak rewolucja amerykańska, zdaniem Hannah Arendt, broniły przede wszystkim zasady wolności, politycznej sprawczości, a nie zasady konieczności, która, uznana przez przywódców rewolucji francuskiej i bolszewickiej za prawo każdej rewolucji, miała zgubny wpływ na ich przebieg. Może powinniśmy działać na rzecz nowych modeli rewolucji, zamiast wspierać poprzez stosowanie retoryki konieczności jej dawne historyczne wcielenia?

Przeszkadza mi w publicystyce dotyczącej akcji #metoo odgórne rozbrajanie i deprecjonowanie wszelkich krytycznych argumentów jako z natury seksistowskich i wiktymizujących ofiary przemocy. Tego rodzaju argumentacja antagonizuje sferę publiczną w myśl zasady, kto nie z nami, ten przeciwko nam.

Akcja #metoo jest pozornie na wskroś demokratyczna, każdy w niej może wziąć udział. Zaspokaja instynkty wspólnotowe, piętnuje bezapelacyjnie jej przeciwników, bezwarunkowo uznaje rację zbiorowego „pozwu”. Jej zasięg każe postawić pytanie, czy ktokolwiek z nas nie był ofiarą przemocy seksualnej. Ale także, już mniej wygodne: czy ktokolwiek z nas się jej nie dopuścił? Nie stawiam tych pytań ironicznie, lecz serio. I, dodam, jestem całkowicie przeciwny bagatelizowaniu zjawiska i skali przemocy seksualnej przez prawicowych publicystów. Jeśli przyjmiemy jednak retorykę rewolucji, to musimy też uznać, że różnica między kobietą-ofiarą a mężczyzną-prześladowcą zyskuje w niej kluczowe polityczne znaczenie. Co w konsekwencji prowadzi do utrwalenia konserwatywnej genderowej binarności płci (na co wiele osób starało się już zwrócić uwagę). 

Akcja ta nabiera cech rewolucji antypatriarchalnej. Bo jak na razie na ławie oskarżonych rewolucyjnego trybunału zasiadają niemal wyłącznie biali zamożni mężczyźni (już niekoniecznie heteroseksualni). Akcja #metoo spełnia jeszcze jeden ważny warunek: działania politycznego w pełni usprawiedliwionego etycznie. Nic dziwnego, że zyskała gorących orędowników wśród aktywistek i aktywistów lewicowych ruchów emancypacyjnych, którzy tego rodzaju etyczną legitymizację własnych działań politycznych uznają za rację swojego politycznego istnienia. Pozwala ona zwalczać wrogów i oczyszczać własne szeregi. Pole nadużyć może być olbrzymie, ponieważ rzecz dotyczy zachowań seksualnych obarczonych wielką mocą stygmatyzowania oraz sytuacji pozbawionych na ogół świadków. Joanna Krakowska dostrzega ten problem, ale równocześnie – akceptując słuszność i konieczność rewolucji – ignoruje go, nie podejmując choćby próby namysłu nad sposobami rozwiązania.

Warto przywołać w tym kontekście argument Axela Honnetha w sławnym jego sporze z Nancy Fraser na temat walki o uznanie w ramach współczesnej polityki sprawiedliwości. Honneth twierdzi, że swoją koncepcję walki o uznanie, którą toczą ludzie zagrożeni dyskryminacją i wykluczeniem, Fraser rozważa wyłącznie w ramach ustabilizowanych w Ameryce ruchów emancypacyjnych – rasowych, feministycznych, seksualnych – próbując nadać im nośność klasowego konfliktu. W jego opinii walka o uznanie nigdy nie przebiega jednak w całości w ramach ideologicznie uformowanej racji politycznej (przez mniejszości etniczne na przykład). Nie podziela przekonania Fraser, że wszystkie obszary społecznego cierpienia i niesprawiedliwości zostały już prawidłowo wyartykułowane w ramach istniejących ruchów emancypacyjnych.

Dobrym przykładem na to przechwycenie akcji #metoo przez grupy ideologicznie już uformowane jest reakcja amerykańskich aktywistów gejowskich na oświadczenie Kevina Spacey i jego coming out. Ich ostra reakcja związana była z rzekomą intencją aktora, żeby odwrócić swoim coming outem uwagę od faktu seksualnego molestowania osoby niepełnoletniej. W związku z tym wielu z nich autorytarnie oświadczyło, że mimo swojego coming outu Kevin Spacey nie zostanie włączony do społeczności LGBT. Uzurpowanie sobie władzy nad jakąkolwiek społecznością poprzez eksponowanie własnego autorytetu w sferze publicznej, czy też tworzenie tego autorytetu poprzez tego rodzaju retoryczną uzurpację, szkodzi sferze publicznej. Odmowa wstępu do społeczności LGBT w nikłym stopniu wiązała się jednak z potrzebą uznania moralnej racji ofiary Kevina Spacey, domagającej się po latach sprawiedliwości. Była przede wszystkim obroną ideologicznej zasady coming outu, ustanawiającej polityczną widzialność społeczności amerykańskich gejów, która może się poszczycić realnymi zdobyczami w zakresie wywalczonych praw. Coming out przestaje być wtedy faktem publicznego ujawnienia własnej orientacji seksualnej, który pozwala zburzyć złudzenie o naturalności heteroseksualnej normy, lecz zaczyna podlegać ewaluacji jakiegoś zbiorowego trybunału. Więcej – staje się czymś na kształt sakramentu lub rytuału przejścia warunkującego przynależność do wspólnoty.

Znowu daje o sobie znać zasada nierozdzielania i nieróżnicowania stosowana w praktykach #metoo. Publiczny coming out Kevina Spacey niewątpliwie czyni go, wbrew głosom gejowskich aktywistów, częścią społeczności LGBT, czy się to komuś podoba, czy nie. Ich retoryka w istocie odtwarza nacjonalistyczne zasady weryfikowania wartości poszczególnych obywateli. W myśl tej logiki tylko „prawdziwy Polak” jest Polakiem. Tymczasem demokratyczna zasada tworzenia społeczności zakłada, że w jej gronie znajdują się nie tylko osoby, które uznajemy za moralne, sprawiedliwe i uczciwe. Zatem w przypadku Kevina Spacey ocenie nie powinien podlegać jego coming out, ale zgłoszona przez kogoś krzywda, która powinna być rozpatrzona uczciwie i rzetelnie, bez prowokowania histerycznych reakcji mediów. Przykład Kevina Spacey wyraźnie ujawnia ten fantazmat czystości własnych szeregów, jaki czai się za akcją #metoo przechwyconą przez ideologicznie ugruntowane ruchy emancypacyjne. Nieuznanie jego coming outu ma jeszcze ten ideologiczny atut, że pozwala utrzymać tradycyjny wzorzec wroga, który jednoczy wszystkie ruchy emancypacyjne: białego, zamożnego i heteroseksualnego przynajmniej w wizerunku społecznym mężczyzny.

Jeśli współczesne teoretyczki radykalnej demokracji, takie jak Chantal Mouffe i Nancy Fraser, głoszą zasadę otwartych negocjacji w ramach publicznej debaty, zwolenniczki i zwolennicy akcji #metoo starają się, wbrew temu, udowodnić, że istnieje możliwość działania słusznego i skutecznego, które po pierwsze pomija procedury prawne, a po drugie podważa zasadność prowadzenia jakiejkolwiek debaty i jakichkolwiek negocjacji. Fantazmat rewolucji ożywia niewątpliwie akcję #metoo, zasadę wolności ukradkiem wymieniając na zasadę konieczności.

Co gorsze, rewolucyjny impuls gruntownej naprawy świata i natury człowieka zyskuje sojusznika w instytucjach, które do tej pory chroniły piętnowane zachowania. Zrywając umowy, zawieszając w obowiązkach, zwalniając z pracy oskarżonych o seksualną przemoc mężczyzn, instytucje te głoszą własną niewiedzę i niewinność, a reagując szybko i stanowczo, ucinają wszelkie śledztwo w tej sprawie, które mogłoby zamącić jednoznaczny osąd w kwestii następującej: kto jest odpowiedzialny za powszechne praktyki przemocy i nadużycia w miejscach pracy? Rewolucyjny impuls służy więc umocnieniu władzy i tak już silnych instytucji, które pospiesznie i niebezinteresownie wymierzają sprawiedliwość. A ofiary zgłaszanej przemocy chętnie przystają na ten układ, bo znajdują się w sytuacji podległości wobec tych instytucji. I w tym momencie rewolucja przekształca się w kontrrewolucję. Podobnemu wzmocnieniu, na skutek akcji #metoo, ulegają mechanizmy medialne takie jak sensacjonizm, emocjonalne ferowanie opinii, odwoływanie się do osądu moralnej większości, które w innych przypadkach są – słusznie – krytykowane i piętnowane.

Zaślepieni racją moralną aktywiści i aktywistki starają się ignorować szkody wyrządzone sferze publicznej. A jest ich bez liku. Zacznę od najbardziej oczywistych. Jeśli sprawiedliwość można wymierzyć poza prawem, oznacza to ni mniej, ni więcej, tylko wsparcie populistycznej frazeologii podważającej zaufanie do istniejących procedur legislacyjnych. I nawet jeśli ten brak zaufania jest usprawiedliwiony zjawiskiem ponownej wiktymizacji ofiar przemocy seksualnej w trakcie śledztwa i procesu, porzucenie z definicji drogi prawnej otwiera pole niewyobrażalnych nadużyć, których ofiarą może paść każdy z nas („me too”). Jedynym kryterium oceny słuszności takiego postępowania staje się przekonanie o własnej racji, a nie rzetelność zastosowanej procedury sprawiedliwości. Poza tym wymierzanie kary w tak przeprowadzonym „dzikim” procesie zdaje się nie mieć końca, u jej kresu znajduje się wizja śmierci społecznej, która jako jedyna jest zdolna zaspokoić nietemperowany niczym żywioł mściwości.

Może najbardziej dramatycznym wyrazem tej mściwości jest usunięcie Kevina Spacey z nakręconego już filmu Ridleya Scotta. Jaki jest powód tej kary i jakie są jej konsekwencje? Za rewolucją podąża cenzura. Ponieważ akcja #metoo zakłada nieprzedawnienie winy, idąc za logiką Ridleya Scotta, należałoby porządnie przeszukać i ocenzurować archiwa kultury, usuwając wszelkie ślady po twórczości sexual predators. W przeciwnym razie musimy uznać, że mamy do czynienia z procesami pokazowymi i sądem kapturowym, a także nieprzyjemnym pokazem własnej moralnej nieskazitelności.

Zatarcie różnicy między różnymi formami przemocy oraz nieproporcjonalność kary – wbrew retoryce głoszącej, że wszystkie one tworzą kulturę gwałtu – naruszają zasadę sprawiedliwości. Weźmy znowu przykład Kevina Spacey i jego ofiary. Czy nie istnieje różnica między sytuacją czternastolatka, który dobrowolnie przebywał w sypialni aktora w nocy i który po odrzuceniu jego awansów spokojnie opuścił jego mieszkanie, a sytuacją, dajmy na to, dziesięciolatka, który zostaje poddany przemocy fizycznej prowadzącej do aktu seksualnego? Czy sprawczość ma wpływ na charakter traumatycznego zdarzenia? Ideologiczne zawłaszczanie pojęcia traumy i idąca za tym jego inflacja są bez wątpienia złą podstawą społecznej sprawiedliwości. Bo nawet jeśli uznamy, że subiektywne odczucie traumatycznego zdarzenia zasadniczo się nie różni w obu przypadkach, nie powinno to być podstawą zrównania ciężaru obu przestępstw.

Akcja #meetoo zrodziła się na gruncie amerykańskim, a jej niekontrolowane skutki służą, moim zdaniem, umacnianiu struktur władzy, jak w przypadku każdego ruchu, który wspiera się na purytańskiej polityce seksualnej. Warto w tym kontekście wspomnieć o dwóch istotnych konfliktach ideologicznych w ramach amerykańskich ruchów emancypacyjnych w latach osiemdziesiątych XX wieku. Jeden dotyczył ataku na pornografię i żądania prawnego jej zakazu zgłoszonego przez niektóre środowiska feministyczne. Drugi związany był z rozpowszechnianiem w środowiskach gejowskich konserwatywnych wzorców partnerstwa jako remedium na epidemię AIDS. Oba te przypadki wywołały gwałtowny sprzeciw – zarówno w środowisku feministycznym, jak i gejowskim – i podzieliły głęboko każde z nich. Klaus Theweleit badając procesy kształtowania się nowoczesnego podmiotu patriarchalnego, odwoływał się w „Męskich fantazjach” właśnie do amerykańskiego purytanizmu. Władza mężczyzn i prawo do gromadzenia majątku musi iść w parze z seksualną wstrzemięźliwością: „im więcej własności prywatnej i im bardziej cnotliwe ciało, tym większa szansa na niebo”. Seksualna wstrzemięźliwość staje się zatem moralną rękojmią prawa do ekonomicznych i statusowych przywilejów, które w akcji #metoo nie są przecież kwestionowane, choć to one są przyczyną nadużycia władzy.

Zamiast walczyć z zasadą niesprawiedliwej dystrybucji dóbr, jaką wytwarza rynek masowych mediów (dopuszczając tym samym możliwość nadużycia władzy), akcja #metoo konserwuje purytańskie mity i legitymizuje status quo. Wzmacnia władzę mediów i dostarcza okazji do moralnej autolegitymizacji instytucji odpowiedzialnych za ukrywanie seksistowskich praktyk. Oskarżenie ze strony kobiet, które w tym systemie władzy aktywnie uczestniczą, walcząc na przykład o pozycje filmowych gwiazd (i niebotyczne honoraria), zyskało szerokie wsparcie kobiet, które w tak uprzywilejowanej sytuacji się nie znajdują.

Akcja #metoo nie podejmuje próby rewizji skostniałych ideologicznych podziałów w obrębie ruchów emancypacyjnych. Wystarczy wskazać na pole wykluczeń, jakie ta akcja generuje. Nie obejmuje, na przykład, przypadków nadużycia władzy kobiet wobec kobiet oraz kobiet wobec mężczyzn, a także bardzo ogranicza pole przemocy mężczyzn wobec mężczyzn. Jeśli za miarodajne uznać dane statystyczne dotyczące przemocy domowej w Wielkiej Brytanii: przemoc mężczyzn wobec kobiet nie aż tak znacząco różni się procentowo od przemocy kobiet wobec mężczyzn. Co nie oznacza, że jest to przemoc o tym samym charakterze i że nie jest ona genderowo warunkowana (w obu przypadkach odmiennie). Bo już wskaźnik śmiertelności ofiar przemocy wskazuje na znacznie większą różnicę – przeważają kobiety. Niewidzialność zjawiska przemocy kobiet wobec mężczyzn związana jest z poczuciem wstydu i wzorcami patriarchalnej męskości, jakie akcja #metoo w całej rozciągłości potwierdza i, paradoksalnie, afirmuje. W tym miejscu chciałbym przypomnieć o tym, co pisała bell hooks o krzywdach, jakie wzorce te wyrządzają mężczyznom. Jednostronne eksponowanie jednego typu przemocy – zdaniem bell hooks – nie służy ruchom feministycznym.

Ustanowienie nowych praktyk rewolucyjnej sprawiedliwości wymierzanej za pośrednictwem mediów społecznościowych wprowadza silne podziały z racji dostępu do tych mediów, gotowości na własną widzialność w ich panoptycznym środowisku oraz kulturowych kompetencji wymaganych wobec ich uczestników. Uruchomiony zostaje proces, za który nikt już nie bierze odpowiedzialności, władza egzekwowania wyroków zostaje oddana instytucjom, które nie powinny budzić społecznego zaufania. Ale satysfakcja płynąca z przekonania, że oto sprawiedliwości staje się zadość, jest zbyt silna, aby ktoś próbował postawić temu tamę.