Punk: niedokończony projekt
„Jubilee”

16 minut czytania

/ Muzyka

Punk: niedokończony projekt

Tomasz Swoboda

Punk był być może ostatnią poważną próbą stawienia oporu spektaklowi jako naczelnej zasadzie rządzącej relacjami międzyludzkimi. Potem, czyli przez ostatnie czterdzieści lat, nikt już nie uwierzył, że to w ogóle możliwe

Jeszcze 4 minuty czytania

Andrew Gallix, jeden z dwóch – obok Richarda Cabuta − redaktorów antologii „Punk Is Dead. Modernity Killed Every Night” pisze we wprowadzeniu do tej książki, że punk to prawdopodobnie najczęściej omawiany ruch młodzieżowy w historii, lecz zarazem stawia on najsilniejszy opór akademickiej analizie. Niezależnie od zawartej w tym stwierdzeniu przesady – charakterystycznej dla poetyki wstępu – jest w nim nieco prawdy. Niezliczone próby anglosaskich badaczy najczęściej odbijają się od punka jak od twardej betonowej ściany, grzęznąc w socjologicznych i kulturoznawczych pseudorozpoznaniach, w których specyfika zjawiska musi się nieuchronnie zatracić. Na polskim obszarze opinia Gallixa wydaje się o tyle mniej trafna, o ile owych akademickich analiz nie ma wcale zbyt wiele, a najważniejszą pozostaje chyba „Dekada buntu” Remigiusza Kasprzyckiego. Niezależnie zaś od obszaru językowego najciekawszymi pozycjami są te z gatunku historii mówionej i anegdotycznej, od bezkonkurencyjnego, przełożonego na polski „England’s Dreaming” Jona Savage’a po „Punk Rock: An Oral History” Johna Robba czy też antologię „Please Kill Me: The Uncensored Oral History of Punk”. Książka Gallixa i Cabuta sytuuje się na przecięciu tych wszystkich tendencji: między analizą a wspomnieniami, między historią a współczesną kontekstualizacją, co odpowiada też temperamentowi obu autorów – wykładowcy Sorbony i interdyscyplinarnego artysty.

Na początku była jednak muzyka. To też może nie do końca prawda, ale dobrze brzmi – zwłaszcza w kontekście jednego z najlepszych tekstów antologii, opowiadającego o europejskim tournée Patti Smith z albumem „Horses”, jednym z kilku początków punka na kontynencie. Zespół Patti Smith występował w londyńskiej telewizji tylko przez osiem minut, ale pokazał telewidzom wszystkie swoje gitary. Oświetlone blaskiem reflektorów les paule, gibsony i fendery mówiły jedno: „Patrzcie, dzieciaki, oto najdoskonalsze zwieńczenie dwóch tysięcy lat chrześcijańskiej cywilizacji: gitara elektryczna”. Najdoskonalsze, gdyż nie tylko niewymagające szczególnych umiejętności, ale nawet – w wypadku punka – czyniące z braku umiejętności zaletę czy nawet przymus. W jednym z zinów z 1977 roku można było przeczytać prostą receptę na nieuchronny sukces: „To jeden akord. To drugi. A to trzeci. Teraz załóż zespół”. Nie przeszkodziło to późnym latom 70. być ostatnim momentem, kiedy muzyka naprawdę znaczyła, czy wręcz, jak ujmuje to Gallix, kiedy była sprawą życia i śmierci. Być może dałoby się nawet postawić tezę odwrotną: że to dzięki tej prostocie muzyka punk mogła być (wydawać się?) właściwą drogą ku utopii. Simon Reynolds – autor książki o postpunku – zastanawia się wprawdzie w swojej późniejszej pracy („Totally Wired”), czy wybór tej drogi nie był błędem, ale nie kwestionuje tego, że droga ta istniała, że śladami Sex Pistols szło nią wielu.

Ale muzyka nie była wszystkim. Tytułowe „Modernity Killed Every Night” to chwilowa nazwa sklepu, w którym ówczesna partnerka Malcolma McLarena, Vivienne Westwood, sprzedawała, a przede wszystkim pokazywała projektowane przez siebie ubrania. Połączenie jej kalwinistycznej etyki pracy z uosobieniem bohemy, jakim był twórca i menadżer Sex Pistols, stworzyło iście wybuchową mieszankę, z której narodził się londyński punk. Nie zapominajmy jednak o krótkiej wizycie Patti Smith w 1976 roku, podczas której artystka paradowała w kaszmirowej marynarce Yves Saint Laurent – zgodnie z zasadą, że kiedy masz trochę pieniędzy, powinnaś je wydać na coś horrendalnie drogiego, żeby w gorszym czasie móc dalej czuć się godnie.

Mimo wszystko to nie w marynarkach YSL występują bohaterowie punkowych filmów, o których w „Punk Is Dead” mówi się całkiem sporo. Nie chodzi przy tym o pozycje najnowsze, takie jak ciekawy skądinąd dokument BBC „Punk Britannia” czy niezbyt udaną fabułę „CBGB”. Nie chodzi też o dokumenty czy mockumenty z epoki, jak klasyczny „The Great Rock’n’Roll Swindle” – choć bez odwoływania się do filmu Juliena Temple’a historii punka opowiedzieć nie sposób. Na pierwszy plan w refleksji nad tym zjawiskiem wychodzi bowiem zdecydowanie nieco chyba zapomniany „Jubileusz” Dereka Jarmana. Kiedy ogląda się ten film dzisiaj, nie pozostawia on już, jak w latach 90., uczucia „obciachowości” ani też, jak w latach dwutysięcznych, przyjemnego dotyku retro. Jego siła – bo właśnie, po latach, chyba znów nabrał siły – bierze się z czegoś innego: na poszukiwanie tego czegoś chciałbym tu, mocno skrótową drogą, wyruszyć.

Pewnym tropem są inne filmy – przywoływane nie tutaj, lecz w „England’s Dreaming” Savage’a: doskonale współczesny z punkiem „Taksówkarz”, w którym przemiana Roberta de Niro przyjmuje symboliczną postać irokeza na głowie, a także późniejszy „Łowca androidów” z subtelnie wystylizowanymi na punków replikantami. W obu tych dziełach wykorzystanie punkowej mody w przemyślny sposób zostaje powiązane z problematyką etyczną: w pewnym sensie Scorsese i Scott stworzyli przecież wariacje na temat sloganu No future! Na jeszcze innych zasadach za punkową uznana może być twórczość Godarda i nowej fali (punk avant la lettre!) czy Von Triera i innych reżyserów Dogmy (pogrobowców punka) – obie „szkoły” podchodziły wszak do techniki filmowej właśnie w punkowy sposób, stosując w niej zasadę trzech akordów, jakkolwiek obrazoburczo może to zabrzmieć w uszach filmoznawców.

Trudno jednak nie pomyśleć o wymienionych twórcach w kategoriach estetyki DIY, którą tak doskonale pokazała pod koniec 2013 roku paryska wystawa „Europunk”, poświęcona wizualnym przejawom ruchu. Punk objawił się tam jako specyficzna kultura materialna, silnie osadzona w bardzo precyzyjnych ramach technologicznych, stworzonych z jednej strony przez betonową architekturę, z drugiej zaś – przez wynalazek kserokopii, oryginalnie wykorzystany przez twórcę punkowej typografii, Jamiego Reida. Wszechobecny Savage przypomniał w katalogu do tej wystawy okładkę do jednej z płyt The Buzzcocks – własnoręcznie wykonane polaroidem zdjęcie, będące w zamierzeniu żartobliwym nawiązaniem do „Dzieła sztuki w dobie reprodukcji technicznej” Benjamina. Berliński myśliciel byłby zapewne zachwycony, widząc triumf zina jako artystycznego przejawu oddolnej kultury o tak silnych robotniczych korzeniach.

„Punk is Dead. Modernity Killed Every Night” pod redakcją Richarda Cabuta i Andrew Gallixa, Zero Books, 336 stron, w księgarniach od października 2017„Punk is Dead. Modernity Killed Every Night” pod redakcją Richarda Cabuta i Andrew Gallixa,
Zero Books, 336 stron, w księgarniach w Wielkiej Brytanii od października 2017
Być może byłby także zachwycony tym, co można było w owych zinach znaleźć. Obrazy związane z muzyką, oczywiście; z modą, a jakże. Ale też wszechobecny seks. Seks w swoim wymiarze transgresyjnym. Dość przypomnieć, że na tiszertach Vivienne Westwood widniały ilustracje z pedofilskiego czasopisma, a także maska słynnego gwałciciela z Cambridge. Zgodnie z długą tradycją – flagellację nazywano wszak „angielskim zboczeniem”, co było też związane z często stosowaną w tamtejszej edukacji karą biczowania − londyńskie ziny chętnie ukazywały sadomasochistyczny erotyzm, nie stroniąc tu od konfiguracji homoseksualnych. W środowisku McLarena homoerotyzm postrzegany był bowiem jako wyższa forma dekadencji, a tym samym wyzwanie rzucone purytańskiej obyczajowości i całej tradycji wywodzącej się z epoki, którą nie bez powodu określamy do dziś mianem wiktoriańskiej. Trudno nie zauważyć tu zbieżności z dziedzictwem roku 1968 i koncepcjami seksualności wyrażanymi w tamtym okresie przez Michela Foucault, choć londyński punk fascynował się wówczas raczej Wilhelmem Reichem: zin „London’s Outrage” Jona Savage’a (kogóż by innego?) już w 1976 roku zamieszczał wycinki z „Psychologii mas wobec faszyzmu”. Mogę się mylić, ale w Polsce Reich był subkulturowo wykorzystywany chyba dopiero w latach 90. przez scenę noise i „Antenę Krzyku”. A dekadę wcześniej na jednym z wieżowców mojego blokowiska widniało intrygująco dwuznaczne, wysprejowane hasło: „Punki się nie pierdolą”. Co kraj, to obyczaj.

Choć zasada ta nie do końca się sprawdza w przypadku krajów zachodnich. Pomimo skupienia się na londyńskich i szerzej – angielskich – przejawach zjawiska autorzy „Punk Is Dead” parokrotnie podkreślają mobilność członków ówczesnej sceny, dzięki czemu ruch zyskał pewną jednolitość. Nie tylko muzyczno-estetyczną, ale także społeczną. Judy Nylon, współtwórczyni muzyki ambient, a także przedstawicielka feministycznego punka, podkreśla w przedmowie do książki, że w początkach tego twórczego fermentu w gruncie rzeczy mało kto przejmował się aspektami wizualnymi czy muzycznymi: to, co się działo, było „zbiorowym krzykiem serca szukającego ucieczki od biedy, nudy i rozpaczy”. Im silniejsze nasze poczucie, że zdanie to brzmi naiwnie i tandetnie, tym dalej znajdujemy się od punkowego esprit i tym bardziej obcy jest nam ruch, który właśnie z powodu tej obcości uznać można za ostatnią istotną subkulturę powstałą w ramach rock’n’rolla. Ostatnią, która wytworzyła tak dużo energii.

Również tej negatywnej. Nic dziwnego: tego typu erupcje muszą przynosić też pewne straty, z lubością podkreślane potem przez ich zagorzałych przeciwników. Do dziś słyszalne są pełne hipokryzji oskarżenia rzucane pod adresem roku 1968, sytuacjonistów, surrealistów i innych ruchów, które w pewnym momencie historii całkiem skutecznie zatrzęsły posadami tego świata – nie na tyle skutecznie jednak, by zmienić dominujący model politycznego i ekonomicznego porządku. Sam Jon Savage zwraca jednak uwagę, by nie zapominać o wspomnianym już flircie McLarena z pedofilią (chodzi nie tylko o wspomniane tiszerty, ale też o późniejsze kontrowersje wokół Bow Wow Wow), banalizacji fizycznej przemocy, apologii narkotyków czy też o fascynacji totalitaryzmem, związanej niewątpliwie – jak w wypadku faszyzmu − z zainteresowaniem chtonicznymi mitami, z czego narodził się przecież tak zwany nazi punk.

Jak wspomniałem, podobne zarzuty można by odnieść do wielu wywrotowych ruchów, których pokrewieństwo z punkiem jest w „Punk Is Dead” wielokrotnie przywoływane. Bezpośrednimi poprzednikami twórców punka byli, oczywiście, sytuacjoniści, ale obecni w książce autorzy równie chętnie odnoszą się do awangard z początku XX wieku – przede wszystkim do surrealizmu oraz dada. Wspólny wszystkim tym ruchom gest prowokacji i sprzeciwu wobec zastanej rzeczywistości połączony z – jakbyśmy dziś powiedzieli – dekonstrukcją spektaklu jako podstawowego wymiaru tworzenia pozwala widzieć w punku ostatni (znów?) awatar tak bezkompromisowego podejścia do estetyczno-etycznych wzorców epoki czy nawet podsumowanie XX-wiecznych awangard. Nie tylko zresztą XX-wiecznych: wszak nie bez przyczyny jedni z najważniejszych punkowych twórców nosili tak barwne i pomysłowe pseudonimy, jak Tom Verlaine czy Penny Rimbaud. Ten symboliczny hommage złożony poetom przeklętym znajduje w książce swój odpowiednik w postaci radości, jaką dzieli się z nami Judy Nylon w związku z faktem, iż zdążyła pokazać Man Rayowi swój tatuaż wzorowany na jego słynnej fotografii „Violon d’Ingres”. Równie symboliczny wymiar ma rozdział poświęcony Arthurowi Cravanowi – jednej z najbarwniejszych postaci przedwojennej awangardy, tajemniczo zaginionemu poecie i bokserowi, figurze patronującej niejako ex post punkowemu buntowi i uczczonej właśnie monograficzną wystawą w barcelońskim Muzeum Picassa.

To wszystko wcześniej, a co było potem? Jak długo trwał punk? Co i komu przekazał? Co po nim zostało? Nieco dziwnie brzmią słowa Savage’a, że w październiku 1977 roku wszystko już się kończyło (sic!). Nie tylko on jednak jest zwolennikiem tezy, według której punk – jeśli pozostać przy metaforze erupcji – był wybuchem niebywale silnym i równie niebywale krótkim. Faktem jest, że w 1978 cały ruch i większość jego przejawów – zwłaszcza muzycznych – zostały zagospodarowane przez przemysł rozrywkowy. Wyodrębnianie kolejnych fal punka nie ma w tym świetle sensu: punk to tylko pierwsza fala, która tylko na moment wychynęła ponad poziom morza, by równie szybko się w nim rozpłynąć. Co dyskwalifikuje tak zwaną drugą falę? Wattie z The Exploited nie miał już pojęcia o sytuacjonistach, a Penny Rimbaud i jego Crass swoim anarchistycznym pacyfizmem oddali ulicę skinheadom. A co z punkowymi spadkobiercami i rozgałęzieniami? Nie żartujmy. Gotyk ze swoją fatalną muzyką to – jak określa go Reynolds – dziecinny punk w wersji fantasy, zaś seksistowski new wave niemal wprost sprzeniewierzył się punkowym ideałom.

Te ideały przecież jakoś żyły. A może raczej, zważywszy na efemeryczny charakter zjawiska, przemknęły na horyzoncie późnej nowoczesności. W „Punk Is Dead” przewijają się one w toku kolejnych opowieści: sekularyzm, wegetarianizm, a także – w odróżnieniu od wcześniejszych awangard – emancypacja kobiet czy po prostu feminizm. To tendencje, które nie są może dla punka swoiste, lecz do których rozpowszechnienia punk z pewnością się przyczynił i już to, zważywszy na głęboko konserwatywny świat wartości popkultury, trudne jest do przecenienia. Szczególnie może warto podkreślić kwestie związane z seksualnością, gdyż we wcześniejszych opracowaniach zwracano uwagę na jej transgresyjny i parodystyczny wymiar, tutaj zaś punk pokazany jest także jako źródło dążeń i postaw równościowych. Z polskiej perspektywy brzmi to trochę jak opowieść z kosmosu, zwłaszcza gdy David Wilkinson opowiada o zjawisku działającego już w latach 60. robotniczego, górniczego ruchu gejowskiego w północnej Anglii, z którego wyrósł choćby Pete Shelley z The Buzzcocks.

Ale specyfika ruchu punk i jego rola w historii kultury dotyczy raczej czegoś innego. Tak jak to często bywa, myśl o tym pojawiła się u mnie w wyniku równoległej, krzyżowej lektury kilku zupełnie odmiennych książek: nieco kuriozalnej pracy Jeana-Louisa Bischoffa o relacjach między subkulturami muzycznymi a religijnością („Tribus musicales, spiritualité et fait religieux. Enquête sur les mouvances rock, punk, skinhead, gothique, hardcore, techno, hip-hop”) oraz świeżo wydanego eseju Vincenta Kaufmanna o wpływie mediów na literaturę („Dernières nouvelles du spectacle. Ce que les media font à la littérature”). W jednym miejscu swojej rozprawy Bischoff przyrównuje Johnny’ego Rottena do Gustava Landauera – postromantycznego mesjanisty, ucznia Bakunina, z jego koncepcją radykalnego anarchizmu wywodzącą się wprost z romantycznych korzeni. Kaufmann z kolei uzmysławia ostateczny już triumf spektaklu, przed którym skapitulowała definitywnie także literatura. W świetle tych dwu refleksji całkowicie zrozumiałe staje się to, co mówi „punkowy filozof”, Simon Critchley, pokazujący Sex Pistols i spółkę jako ruch z gruntu romantyczny, to znaczy wierzący, że życie i świat można zmienić dzięki sile wyobraźni. O nieco inną, ale głęboko pronowoczesną wizję romantyzmu upominała się u nas Agata Bielik-Robson, pisząc o tej formacji kulturowej jako o „niedokończonym projekcie”. Podejmując to wyzwanie, przenosząc prorocze idee sytuacjonistów, Deborda i Vaneigema, do kultury popularnej, punk był ostatnią – jak dotąd, czy w ogóle, po wsze czasy? – poważną próbą stawienia oporu spektaklowi jako naczelnej zasadzie rządzącej relacjami międzyludzkimi. Potem, czyli przez ostatnie czterdzieści lat, nikt już nie uwierzył, że to w ogóle możliwe. Dlatego też punk wciąż pozostaje – pozostanie już na zawsze? – dokładnie tak, jak w piosence „Nostalgia” The Buzzcocks, an age yet to come.