dwutygodnik - strona kultury

Kwiecień 2009

01 2009

02 2009

Maj 2009

03 2009

04 2009

05 2009

Czerwiec 2009

06 2009

07 2009

Lipiec 2009

08 2009

09 2009

Sierpień 2009

10 2009

11 2009

Wrzesień 2009

12 2009

Wrzesień 2009

13 2009

Październik 2009

14 2009

15 2009

16 2009

Listopad 2009

17 2009

18 2009

Grudzień 2009

19 2009

Grudzień 2009

20 2009

Styczeń 2010

21 2010

22 2010

Luty 2010

23 2010

24 2010

Marzec 2010

25 2010

26 2010

Kwiecień 2010

27 2010

28 2010

Maj 2010

29 2010

30 2010

31 2010

Czerwiec 2010

32 2010

33 2010

Lipiec 2010

34 2010

35 2010

Sierpień 2010

36 2010

37 2010

Wrzesień 2010

38 2010

39 2010

Październik 2010

40 2010

Październik 2010

41 2010

42 2010

Listopad 2010

43 2010

44 2010

Grudzień 2010

45 2010

46 2010

Styczeń 2011

47 2011

Styczeń 2011

48 2011

Luty 2011

49 2011

50 2011

Marzec 2011

51 2011

52 2011

Kwiecień 2011

53 2011

54 2011

Kwiecień 2011

55 2011

Maj 2011

56 2011

57 2011

Czerwiec 2011

58 2011

59 2011

Lipiec 2011

60 2011

61 2011

Sierpień 2011

62 2011

63 2011

Wrzesień 2011

64 2011

65 2011

Październik 2011

66 2011

67 2011

68 2011

Listopad 2011

69 2011

70 2011

Grudzień 2011

71 2011

72 2011

Styczeń 2012

73 2012

74 2012

Luty 2012

75 2012

Luty 2012

76 2012

Marzec 2012

77 2012

78 2012

79 2012

Kwiecień 2012

80 2012

81 2012

Maj 2012

82 2012

Maria Poprzęcka

NA OKO:
Głód i lęk koloru

Maria Poprzęcka

„Po co otwarłem oczy
zalewa mnie świat kształtów i barw
fala za falą
kształt za kształtem
barwa za barwą
wydany na łup
jadowitych zieleni
intensywnych żółtych słońc
jaskrawych czerwonych homarów
jestem nienasycony”.

Czy oczy Tadeusza Różewicza nasyciłyby stroje peruwiańskich wieśniaczek, ich spódnice, kubraki, chusty, wyszywanki, pompony? Czy chciałby zamknąć oczy zalewane falami barw, bijących z ich straganów zarzuconych tkaninami, czapkami, swetrami? Żółcienie i oranże, o których mógłby śnić van Gogh, granaty o głębi nocnego nieba Południa, róże i amaranty przyprawiające o ból oczu, czerwienie czerwieńsze od bandera rossa, cytrynowe zielenie, zjadliwe seledyny – kolory, wobec których zgasłyby fluorescencje dyskotekowej psychodelii. W drodze do świętej Doliny Inków turystów czeka wizyta w ośrodku edukacyjno-handlowym, gdzie mają nauczyć się odróżniać lamę od alpaki i dzikich wigoni. I poznać odwieczne techniki przędzenia, barwienia i tkania wełny. W glinianych miseczkach jakieś listki, grudki nie wiadomo czego, łodyżki, nasionka, robaczki. Cochinilla, nununca, amarilla – z tych niepozornych drobinek wybucha owa niewiarygodna erupcja barw. Barw, które zdają się kompensować bury, pustynny krajobraz Costy i brunatną surowość niemal bezroślinnych Andów.

Compra, amigo! Oszołomiony inwazją koloru europejski amigo zaczyna grzebać w towarze i wyszukuje beżowo-brązowy sweterek, stonowaną uszatą czapkę „premierówkę”, dobiera stosowne rękawiczki. Wszystko oczywiście zdobne w lamy i inkaskie ornamenty, których symbolikę usiłuje mu włożyć do głowy miejscowy przewodnik – to przecież pamiątki i prezenty z podróży. Wzdraga się jednak przed zakupem żrąco jaskrawej, fioletowo-trawiasto-różowej makaty, pulsującego amarantem i pomarańczem ponczo, czapki, na której gryzą się nawzajem wszystkie kolory tęczy. To cudowne, ale przecież nie włożę tego w Warszawie, nie dam teściowej, nie powieszę w domu… Najwyżej jakiś etniczny drobiazg. To przecież nie ta kultura.

„Trzeba zauważyć, że dzikie narody, osoby nieokrzesane i dzieci mają wielkie upodobanie do żywych kolorów; że zwierzęta wpadają w złość na widok niektórych barw; że natomiast ludzie wykształceni unikają żywych kolorów zarówno w ubiorze, jak w swym otoczeniu, generalnie usiłując oszczędzać wzrok” – to uwaga poczyniona przez Goethego w jego „Farbenlehre”, pierwszym dziele, w którym rozważano psychiczne aspekty oddziaływania barw. Uwaga sprzed niemal dwustu lat pierwsza sygnalizuje zjawisko określone mianem chromofobii – lęku przed kolorem.

Badający ten fenomen angielski estetyk David Batchelor posuwa się do twierdzenia, że jest to cecha szczególna kultury Zachodu. Jego zdaniem, od starożytności kolor był w niej marginalizowany, usuwany, dezawuowany. Filozofowie (z walnym udziałem Platona), teoretycy sztuki, wreszcie sami artyści dostarczali różnych argumentów na rzecz eliminacji koloru z kultury, zmniejszania jego znaczenia, zaprzeczania jego złożoności. Po pierwsze, kolor miał być właściwy domenom uznanym za podrzędne lub obce – temu, co kobiece, wschodnie, barbarzyńskie, prymitywne, infantylne, dziwaczne, patologiczne. Po wtóre, postrzegano go jako zewnętrzną powłokę, a nie istotę rzeczy, coś powierzchownego, dodatek, nadmiar, niemal makijaż. Jako taki kolor był niemoralny – był bowiem ułudą. Był zwodniczy, sztuczny, fałszywy. Oceniano go jako zaledwie drugorzędne doznanie empiryczne, niewarte traktowania serio. I moralnie, i poznawczo był więc bez wartości. Przede wszystkim należał do niższego świata zmysłów, a nie wyżyn ducha czy intelektu. Był więc sprzeczny z wyższymi wartościami duchowej kultury zachodniej.

Jak zwykle przy tak dramatycznie i kategorycznie stawianych tezach, nietrudno o argumenty przeciwne. Przede wszystkim przypomnieć można bardzo głęboko sięgającą symbolikę barw, ściśle związaną z symboliką światła o najwyższych właśnie duchowych znaczeniach i przesłaniach. Newtonowskie rozszczepienie światła na barwy widma słonecznego, owo utożsamienie koloru ze światłem dało naukową podbudowę – choć akurat wtedy stara symbolika światła i koloru traciła już na znaczeniu. Ale nigdy nie straciła znaczenia symbolika barw zakorzeniona w tradycji i w psychice: czystości bieli, władczości czerwieni, niebiańskości błękitu, rajskości zieleni, grozy czerni.

Nowożytna myśl o sztuce zdaje się jednak tezę o niechęci do koloru potwierdzać – i to niezależnie od kolorystycznych osiągnięć sztuki Tycjana i wenecjan. Spór, co ważniejsze w sztuce: rysunek czy kolor, spór długotrwały i wielosłowny, sprowadzał się w istocie do przeciwstawienia intelektu i zmysłowości. A także – niestety – pierwiastka męskiego i kobiecego. Jeszcze u schyłku XIX wieku wpływowy francuski teoretyk i krytyk sztuki, Charles Blanc, dowodził: „Związek rysunku i koloru jest konieczny dla zapłodnienia malarstwa, tak jak związek kobiety i mężczyzny dla zapłodnienia ludzkości; lecz trzeba aby rysunek zachował swą przewagę nad kolorem. Gdy dzieje się inaczej, malarstwo zmierza ku ruinie; zostanie zgubione przez kolor, tak jak ludzkość została zgubiona przez Ewę”.

Cytat może zirytować (słusznie!) zarówno feministki, jak miłośników sztuki uformowanych przez polskich kolorystów, którzy zdołali im wmówić, że istotą malarstwa jest kolor. Konserwatyzm krytyka łatwo ośmieszyć, ale problem pozostaje. Przy pozorach upodobania w barwności, nasza kulturowa niechęć do koloru objawia się w najróżniejszych postaciach. Przypomnijmy, jakim szokiem dla wielbicieli antyku było odkrycie polichromii greckich świątyń i posągów. Uczone spory toczono długo, lecz niezależnie od nich, czy estetycznie byłby dziś dla nas dopuszczalny upstrzony kolorami ateński Akropol? Wenus z Milo o uszminkowanych czerwono ustach? O gałkach ocznych z barwnych kamieni, spoglądających „jak żywe”? A to dopiero osiemnastowieczny klasycyzm kazał nam pokochać szlachetną biel marmurów i ślepe oczy posągów.

Niewątpliwie chromofobia cechowała kulturę (a zwłaszcza architekturę) modernistyczną, z jej chłodną powściągliwością, samoograniczeniem, upodobaniem do bezcielesnej, nieskalanej bieli. O nowoczesnym kulcie bieli będzie mowa w następnym felietonie. Teraz tylko spójrzmy na nasze gusty, od czego zaczęliśmy. Okazuje się, że w naszych codziennych nawykach i wyborach jesteśmy dziedzicami starej, chromofobicznej tradycji. To, co zbytnio pstre czy jaskrawe, odbieramy jako kiczowate, w złym guście, w najlepszym razie popkulturowe. Najprostszy przykład – czarno-biała fotografia wydaje się nobliwsza od kolorowej. Wprowadzenie ostrych barw do mieszkalnego wnętrza wymaga dużej estetycznej samoświadomości, inaczej – wiocha. Elegancki jest ciemny garnitur, a nie seledynowy. A sukienka w kolorze różowej landrynki, lila torebka i szpilki posypane turkusowym brokatem? To dobre tylko dla Barbie.

Maria Poprzęcka, historyk sztuki z Instytutu Historii Sztuki UW. Ostatnio opublikowała: „Oko, widzenie, sztuka. Od Albertiego do Duchampa” (słowo/obraz terytoria 2008).

NA OKO:
Thonet w jądrze ciemności

Zdjęcie dwojga murzyńskich dzieci o posępnych, zgoła nie dziecinnych twarzach. Patrzą w obiektyw, jedno wrogim, drugie znękanym spojrzeniem

Czytaj dalej

NA OKO: Cisza po
wojnie i pokoju

Gościnny występ Teatru Maryjskiego objawił niepojętą słabość krytyki i mediów. Te ostatnie o odjeździe trzynastu tirów już nie doniosły

Czytaj dalej

NA OKO:
Rozmówki afrykańskie

Etiopia. Wysiadamy. Starszyzna wioski zapłacona – 200 birr. Płaci się każdej osobie za każdy spust migawki (zawsze ktoś liczy). Ceny pokazywane są na palcach

Czytaj dalej

Komentarze (0)