Tkaniny, zabawki, meble, kilimy, tekstylia i ceramika

11 minut czytania

/ Sztuka

Tkaniny, zabawki, meble, kilimy, tekstylia i ceramika

Lidia Pańków

Kompleksowość, która nam kojarzy się przede wszystkim z uniwersum Ikea, była częścią szerszej strategii RZUT-u, toruńskiej spółdzielni, która nabierała rozpędu w latach 50. i 60.

Jeszcze 3 minuty czytania

Stosy zszarzałych teczek wepchniętych do niskich regałów z politurą, która straciła blask.  Wypełnione po brzegi papierami, leżą jedna na drugiej w bezładzie, który od razu rzuca się w oczy. Taką niepokojącą instalacją rozpoczyna się w CSW w Toruniu zupełnie klasyczna wystawa poświęcona spółdzielni RZUT, która działała w latach 1935–1996, najpierw w Gdyni, a potem, od wczesnych lat powojennych, do połowy 90., właśnie w Toruniu. Regały z teczkami zostały żywcem przyniesione ze strychu dawnej siedziby RZUT-u, przejętej dziś przez nowoczesny salon samochodowy. Kuratorzy Marta Kołacz i Cezary Lisowski uważają uratowanie ich za szczęśliwy traf. Dla nowych użytkowników budynku spółdzielniane archiwa nie przedstawiały żadnej wartości. Można przypuszczać, że trafiły do CSW w samą porę – nim zniszczały. Ustawienie tak zdawałoby się dziwnej scenografii na wejściu dość tradycyjnie zorganizowanej wystawy to dobry ruch. Bezładne stosy (w języku urzędowym nazywane „archiwami akt osobowych”) nie są tylko wydumaną dekoracją teatralną. Materialny bałagan mówi o zerwaniu z tradycją – już nie powojennym, ale tym, które nastąpiło po ’89, wraz z likwidacją PRL-owskich zakładów rzemieślniczych i przemysłowych oraz rozpadem instytucji regulujących dawny system. I nawet jeśli nie ma w tych dokumentach najcenniejszego  dziedzictwa spółdzielni artystycznej – konkretnych projektów wzorniczych, dizajnerskiego mięsa – poszarzałe, piętrzące się teczki i segregatory, które wyglądają, jakby miały się za chwilę zsunąć z półek i rozlecieć, otwierają pytanie o to, do kogo należy z trudem odzyskiwane materialne dziedzictwo PRL-u. Kto ma zadbać o selekcję, ustalić hierarchie, zostawić to, co cenne i znaczące? Osierocona i nadszarpnięta zębem czasu dokumentacja prosi się o wiarygodny instytucjonalny nadzór.

O tym, że RZUT wyrobił sobie renomę nie tylko w regionie, miał wzięcie wśród turystów z Polski i zagranicy, informują fragmenty tekstów reklamowo-propagandowych pokazanych w gablocie:

Kto jest w Toruniu, ten kupuje pamiątkę ze Spółdzielni „Rzut”. (…) Klienci mogą wybierać nie tylko spośród ludowych wyrobów włókienniczych, ceramicznych, drewnianych.

Wszechstronni Rzemieślnicy i Utalentowani Artyści. Spółdzielnia RZUT 1935–1996

kuratorzy: Marta Kołacz i Cezary Lisowski, CSW Znaki Czasu, Toruń, do 18 października 2015.

I dalej:

Z roku na rok przybywa zamówień od kupców zagranicznych: na meble – eksportowane do USA, Szwecji i Belgii, na inne produkty „Rzutu” – wysyłane do Szwecji, Wielkiej Brytanii, Holandii, Czechosłowacji.

To właśnie wszechstronność oferty spółdzielni zapewniła jej długotrwały sukces. Można się domyśleć, że ta część działalności przynosiła pracownikom solidne dywidendy. Biznes miał się dobrze nawet w trudnych czasach. Wśród pracowników, którzy udzielają wywiadu w filmie towarzyszącym wystawie, są tacy, którzy dołączyli do RZUT-u jeszcze w kryzysowych latach 80. Spółdzielnia była atrakcyjnym miejscem zatrudnienia dla artystów i rzemieślników, dawała poczucie stabilności i solidności. Na udostępnionych zwiedzającym fotografiach oglądamy pracownicze wycieczki w Tatry, święta, rocznice, wystawy, konkursy i czas rekreacji. Mimo częściowo  propagandowego wymiaru dokumentacji czuć energię tamtych zdarzeń.

Bohaterki i bohaterowie filmowego wywiadu podkreślają dobrą i życzliwą atmosferę panującą w zakładach. Zatrudniona w administracji Wanda Janguszewska wyjaśnia przejrzystą strukturę RZUT-u, którego walne zgromadzenia dawały pracownikom realne poczucie decyzyjności. Chciałoby się usłyszeć więcej – jak wyglądała samoorganizacja, rekrutacja, jak wypracowywano linię działalności. Wątek menedżerski, który mógłby dzisiejszych fanów spółdzielczości wiele nauczyć, jest na wystawie ledwie zasygnalizowany. Szkoda, tym bardziej że model RZUT-owski – jak się wydaje – wypalił. Janguszewska miała nadzieję, że po restrukturyzacji spółdzielnia przetrwa przełom roku ’89. Myliła się – zakłady ledwo dociągnęły do połowy lat 90.

widok wystawy

Wystawę w CSW organizuje prosty branżowy podział: tkaniny, zabawki dziecięce, meble domowe i wyposażeniowe, kilimy, tekstylia z malowanego jedwabiu i ceramika. O symbolicznej przynależności spółdzielni do Torunia informuje sekcja z gipsowymi i ceramicznymi formami do kolejnego towaru eksportowego – pierników. I mimo że to podział podstawowy, niemal szkolny, taka konstrukcja ekspozycji nie razi. Można sobie pomiędzy sekcjami wędrować, kontemplować albo sięgnąć po materiały drukowane i podjąć wysiłek samoedukacji.

Tkaniny z ręcznie drukowanego płótna lnianego Andrzeja i Stefanii Milwiczów pociągają jaskrawą, a przez to nawet dziś nowoczesną kolorystyką i dyskretnymi deseniami. Drobne filcowe zabawki (projektant nieznany) – kot, królik, słoń, pies i sarna, wykonane w tradycji wileńskich jarmarków, uświadamiają, że trudne czasy miały swoją miększą odsłonę. W dzisiejszej kulturze kidadultowo-hipsterskiej znalazłyby natychmiast fanów. Zaskakuje sekcja modowa. W kolekcji ręcznie malowanych jedwabnych apaszek, za które odpowiadała włączona do RZUT-u dopiero w 1975 Spółdzielnia Pracy Przemysłu Ludowego i Artystycznego „Jedność”, rzuca się w oczy świeża paleta i nowoczesne, abstrakcyjno-figuratywne wzory. Fajnie, gdyby sięgnął po nie jakiś młody polski projektant i dokonał reinterpretacji. Przyłączenie „Jedności”, zaowocowało kolejnym sukcesem eksportowym – barwnymi kilimami. Sumaki z motywami rycerskimi, architektonicznymi i botanicznymi płynęły do Stanów Zjednoczonych, sprzedawały się w Danii, Belgii, Francji i Holandii.

RZUT szczycił się również ofertą kompleksową – wyposażył wnętrza salonu Mody Damskiej w Warszawie (1957), Teatru Ziemi Pomorskiej, Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki (1957), sklepu E. Wedel i restauracji Polonia (1960). Na tym nie koniec: RZUT otrzymał intratne zamówienia: od Polskiej Żeglugi Morskiej na wystrój wnętrza statku N/S Toruń, od Pałacu Kultury w Warszawie na zestaw krzeseł. Tę realizację projektu autorstwa Zygmunta Majchrzaka, ucznia profesora Jana Bogusławskiego związanego z PWSSP w Poznaniu, też pozyskano do wystawy. Różni się od reszty pokazywanych obiektów – krzesła są monumentalne, zgodne z historyzującą i ostentacyjną estetyką PKiN.

Tak szeroka oferta, zdawałoby się od Sasa do Lasa, nie wynika z rynkowej dezorientacji czy chęci eksperymentu. Kompleksowość, która nam kojarzy się przede wszystkim z uniwersum Ikea, była częścią szerszej strategii spółdzielni, nabierającej rozpędu w latach 50. i 60.

A czy można wyłowić jakąś RZUT-owską specjalność? Zapewne należałoby wytypować meble. Te zaprojektowane wraz z całym wnętrzem dla nowo otwartej biblioteki dla dzieci mogą być uznane za realizację sztandarową. Ich smukłe formy i pomniejszona skala są wyrazem dążenia projektantów do tworzenia przedmiotów zanurzonych w nowe społeczne konteksty, adekwatnych do warunków życia ludzi na małej przestrzeni, wśród niewielkiej ilości funkcjonalnych przedmiotów. Pośród autorów projektów popularnych mebli wybija się kilka nazwisk: Jan Szafrański, Czesław Knothe, M. Wierzbicki, Izabela Sternińska. Dla laika, nieobeznanego z historią powojennego polskiego wzornictwa, te nazwiska pozostaną dość anonimowe. Zabrakło kuratorskiej determinacji, żeby znaleźć formułę na przybliżenie postaci nie tylko przez produkt.

widok wystawy

O historii RZUT-u informują plansze – spółdzielnia wykiełkowała z przedwojennego  gdyńskiego „salonu” oferującego grafikę użytkową i projektowanie wnętrz. Jego działalność ówczesna prasa wita z entuzjazmem: w mieście, „gdzie tworzą się dopiero wnętrza, gdzie urządzenie gustownego, taniego, a jednocześnie w nowoczesnym duchu miasta utrzymanego mieszkania nie jest rzeczą łatwą”, wróży RZUT-owi „najlepsze widoki powodzenia”. Za najcenniejszą misję autorzy pochwalnego artykułu zatytułowanego „Inicjatywa potrzebna i słuszna” uważają „spolszczenie wnętrza polskiego, oparłszy go na pierwiastkach ludowych”.

Tę samą strategię podejmuje spółdzielnia wyłoniona ponownie w latach powojennych. Program „sztuki socjalistycznej w treści i narodowej w formie”, przyjęty na IV Zjeździe Polskich Artystów Plastyków, daje twórcom z ludowego sektora rzemieślniczego wolną rękę. Integrujące działania, których główną inicjatorką jest Wanda Telakowska, sprzyjają zrzeszaniu się rozproszonych po wojnie plastyków w kolektywy. Kluczowe są dwa hasła: z jednej strony konieczność uruchomienia rękodzielniczych warsztatów w warunkach zdegradowanego przemysłu, z drugiej – umasowienie produkcji przedmiotów opartych na motywach ludowych i narodowych. RZUT jest ideologicznie spójny z komunistyczną propagandą zespołowej pracy i niesienia estetycznych wartości pod strzechy. Jak większość powstających w kraju spółdzielni, podlega pod Centralę Przemysłu Ludowego i Artystycznego (CPLiA). Postulowane motywy narodowe najdobitniej widać w serii mebli w stylu podhalańskim projektu inżynier Górskiej do schroniska w Gorcach i dla Powiatowego Domu Kultury projektu Mariana Sigmunda.

A jednak są na wystawie elementy zupełnie na opak z hasłami ludowości, egalitaryzmu i masowości, choćby przedstawiony na planszach projektowych, na fotografiach i w propagandowym filmie, toruński hotel Helios. „Okazuje się, że umiemy budować hotele nie tylko w ENEREFIE” – brzmi filmowa puenta wypowiedziana energicznym głosem spikera. Odniesienie do Zachodu jako miary polskiego sukcesu przewija się przez wystawę co rusz. Odsyłają do niego wycinki prasowe pełne wykrzyknikowych zawołań: „6000 sztuk ceramiki «archaicznej» dla zagranicy”, „Ceramika do USA, Japonii, Belgii i NRF”, „Zakopiańskie meble dla Anglii i Szwecji”. Można potraktować je anegdotycznie albo spróbować przyjrzeć się krytycznie temu głęboko zakorzenionemu, paradoksalnie wzmocnionemu przez komunizm przekonaniu, że miarą sukcesu jest uznanie Zachodu. 

I jeśli we „Wszechstronnych Rzemieślnikach i Utalentowanych Artystach” czegoś brakuje, to choćby nikłej próby prześledzenia obecności RZUT-u w polskim domu. O przywiązaniu do pięknych, lekkich RZUT-owskich mebli z wyeksponowanym usłojeniem drewna i naturalnym kolorytem mówi w filmie jedna z byłych pracownic zakładu. Przyznaje, że za nic nie zmieniłaby ich na coś „dzisiejszego”. Łza się w oku kręci. Pytanie – co dalej?